#vYT6L

Poszedłem ostatnio na pocztę odebrać list (awizo w skrzynce). Jedna osoba przede mną. Dziewczyna maksymalnie 20 lat chciała wysłać jakiś list (o zgrozo, polecony). Z grubsza to rzuciła pani w okienku kopertę i powiedziała, gdzie to ma dojść. Podała nazwę instytucji. Pani wielkie oczy, kazała jej zaadresować kopertę. Ja czekam, a ta dzwoni (chyba do matki) po instrukcje i żeby jej sprawdziła adres (?!). Miała smartfona w ręce i sama tego nie zrobiła, tylko zadzwoniła do mamusi...
Byłem w szoku. Czy młodzi ludzie naprawdę nie wiedzą, jak prawidłowo zaadresować list? Nikt ich tego nie uczy?

#oifNI

Mam 26 lat i dziwną przypadłość. Każde nowe łóżko, w którym śpię, oznaczam, sikając na nie. Chodzi to za mną już dobre 10 lat.
Kiedyś będąc pierwszy raz u rodziny na wsi spałam z 10 lat młodszym bratem w łóżku. I oczywiście zesikałam się... W stresie nie wiedziałam co zrobić i rano zwaliłam wszystko na brata. To samo było, gdy przyjechałam poznać rodzinę mojego męża. Również „oznaczyłam” swój teren. Po przeprowadzce do nowego mieszkania „oznaczyłam” swoje łóżko.
Po sikaniu na łóżko po raz pierwszy nigdy więcej mi się to nie zdarza.
Nie wiem. Może w poprzednim życiu byłam psem?

#b3vLa

Znacie to uczucie, gdy po raz pierwszy puszczacie bąka przy swojej drugiej połówce? Ja właśnie poznałam. A stało się to przy kichaniu. Zrobiłam to tak mocno i tak napięłam mięśnie, że głośność gazu, który ze mnie wyleciał, była większa niż odgłos młota pneumatycznego.
No cóż, wyobrażałam to sobie inaczej, ale przynajmniej było śmiesznie. Aż się biedny herbatą zakrztusił. Ale przynajmniej mam to za sobą :")

#OFBOc

Będąc w liceum, miałam przyjaciółkę, która była ode mnie kilka dni młodsza. Gdy nadchodził czas osiemnastek, postanowiłyśmy zrobić wspólnie wielką imprezę. Prawie sto osób, wynajęty spory klub, ogromnych rozmiarów tort i litry alkoholu. Byłyśmy ogromnie podekscytowane, wszystko planowane było kilka miesięcy, żeby było dopięte na ostatni guzik.

Dzień przyjęcia, sobota. Od samego rana nie czułam się dobrze, aż w końcu po południu straciłam przytomność. Obudziłam się w szpitalu, około godziny dwudziestej pierwszej. Było mi naprawdę przykro, że ominęła mnie moja własna osiemnastka.
Ze szpitala wyszłam dopiero po dwóch dniach obserwacji, na szczęście okazało się, że to nic poważnego, związane z lekami, które biorę. Napisało do mnie kilku znajomych z życzeniami, pytając, jak się czuję, obiecując, że zaległe prezenty przekażą mi przy najbliższym spotkaniu. Koleżanka, z którą organizowałam imprezę, przyszła odwiedzić mnie jeszcze w szpitalu, przez godzinę przepraszając mnie i żałując, że nie mogłam przyjść. Zapytałam ją o jakieś zdjęcia, powiedziała, że robił je kolega z klasy i obecnie są w trakcie obróbki.

Minęły jakieś trzy tygodnie, właściwie zdążyłam już zapomnieć o zdjęciach, życzeniach, prezentach i odżałować nieobecność. W czwartek chłopak powiedział, że w sobotę zabiera mnie na urodziny jego kolegi. Zaproponował, żebym ubrała sukienkę i szpilki kupione specjalnie na moją osiemnastkę – „coby się nie zmarnowały”. Z chęcią się zgodziłam. W sobotę wieczorem wsiedliśmy do samochodu, zapytałam o to, gdzie jedziemy, odparł, że zna tylko adres, więc nie pytałam o więcej. Gdy dojechaliśmy na miejsce, zorientowałam się, że to ten sam klub, w którym miała odbyć się moja impreza, chłopak uśmiechnął się tylko, kwitując, jaki to świat jest mały.

Gdy weszliśmy do środka, zobaczyłam te same dekoracje, ten sam tort, wszystko co razem z koleżanką przygotowałyśmy na naszą imprezę oraz wielki transparent z napisem „Wszystkiego najlepszego i dużo zdrowia”. Wtedy się przekonałam, że mam najlepszych przyjaciół na świecie ;)

PS Dla ciekawskich – klub należał do koleżanki mamy mojej przyjaciółki, dlatego łatwo było zmienić termin, tort robił mój tata, który jest cukiernikiem, dlatego zrobienie nowego nie stanowiło problemu. Nie miałam wtedy telefonu, dlatego nie mogłam sprawdzić żadnych snapów czy zdjęć na Instagramie z przyjęcia, toteż nie podejrzewałam, że impreza wcale nie miała miejsca ;)

#OvtO6

Cała sytuacja miała miejsce rok temu, gdy spotykałem się ze swoją, jak wtedy myślałem, przyszłą żoną. W tym czasie, o którym piszę, byliśmy już razem prawie 2 lata i żyłem w przekonaniu, że między nami jest bardzo dobrze, pomimo że był to związek na odległość. Widywaliśmy się regularnie co weekend i odległość 150 km, która nas dzieliła, w zasadzie nie istniała. No ale apetyt rośnie w miarę jedzenia i weekendowe spotkania przestały mi wystarczać. Zaproponowałem dziewczynie wspólne mieszkanie. Z radością przystała na propozycję, ale pod warunkiem, że to ja się przeprowadzę. Zgodziłem się. Ona zresztą nie mogła przenieść się do mnie ze względu na studia, które kończyła, no i inne czynniki (ale to mało ważne tutaj :)).
Dojazd do mojej roboty był średni, więc trochę w tajemnicy zakupiłem motor, coby szybciej do pracy dojeżdżać i wracać z powrotem do domu. Motor malutki, tani, taki mały bzyk, idealny na takie dojazdy. Gdy tylko udało mi się go zarejestrować i kupić te wszystkie rzeczy dla motocyklisty, tj. kask, rękawice, kombinezon itd., to bardzo podekscytowany pojechałem do dziewczyny pochwalić się nowymi zakupami. Pojechałem do niej bez uprzedzenia i sugerowania tego, że mogę się u niej pojawić. Był środek tygodnia, czyli dzień, w którym się nie widzimy. Po SMS-ach mogłem przypuszczać, że jest w domu i tak było. W pełnym umundurowaniu motocyklisty raczej średnio widać, kto jest w środku. Przyjeżdżam. Dumnie wybieram numer w domofonie, dumnie otwieram drzwi i mniej dumnie wchodzę na drugie piętro. Drzwi otwiera mi moja dziewczyna, która bardzo zdziwiona mówi: „Tomek! Przecież jesteśmy umówieni na dziewiątą! No ale jak już jesteś, to wchodź <dostaję_całusa_w_kask>”.
Nietrudno się domyślić, że ja wcale nie mam na imię Tomek. Dziewczyna jak zobaczyła, kto jest w kasku, to zapomniała, jak się oddycha.
Zdradzała mnie od roku.
A prawie się przeprowadziłem...

#p7jr1

Jestem jednym z osobników przedstawiających zagrożony gatunek pospolitego nastolatka i choć w tym wieku powinnam raczej chodzić spać i wstawać wcześnie, to poprzedniej nocy jakoś tak wyszło, że przed ekranem posiedziałam sobie do 4 rano. Dużo snu straciłam, ale mam wrażenie, że nie bez powodu.
Kiedy już w końcu wtaszczyłam się na łóżko i zaczęłam przysypiać, usłyszałam nagłą walkę o życie.
Wstałam, zapaliłam światło, co się okazało? Ryba dokładnie o tej godzinie z jakiegoś powodu wyskoczyła mi z akwarium. Gdybym zasnęła chociażby 5 minut wcześniej, prawdopodobnie nie zdołałabym jej uratować, biedna udusiłaby się i wyschła, o czym dowiedziałabym się dopiero następnego dnia.
Przypadek? :D

#HOKkt

Chodziłam do podstawówki we wsi, gdzie każda klasa liczyła co najwięcej 12 osób. Miałam takie „szczęście”, że trafiłam do klasy, gdzie tylko 5 osób, w tym ja, nie miało rodziny w tejże szkole. Przez całe trzy lata byłam świadkiem dyskryminacji i duszenia ambicji małych dzieci. Pewnego dnia miarka się przebrała.
Zawsze byłam pilną uczennicą i miałam odrobioną pracę domową, lecz jak wiadomo, każdemu się zdarza coś zapomnieć, i ja też zapomniałam odrobić pracy domowej. Na nic zdały się błagania, płacz (za każdą tróję lub gorszą ocenę dostawłam mega wp¡€®d0|, więc bałam się myśleć co będzie, jak dostanę jedynkę). Dostałam jedynkę.
O ironio, następnego dnia syn pani dyrektor nie odrobił pracy domowej. Co powiedziała nauczycielka? „O, Marcinku, nie odrobiłeś pracy domowej? No, Marcinek pierwszy raz nie odrobił pracy domowej, więc mu chyba darujemy, dobrze, dzieci?” Nikt się nie odezwał. Po chwili zaczęłam się śmiać, do tej pory nie wiem czemu. Zapytałam się pani nauczycielki, czemu mi wczoraj nie darowała, przecież ja też nie miałam pracy domowej po raz pierwszy. Cisza.
Nauczycielka nie wpisała jedynki Marcinkowi, a ja straciłam wiarę w sprawiedliwość.

#lScjw

Głupota niektórych ludzi mnie przeraża.
Sprzedaję różne rzeczy w sieci. Ostatnio jakaś dziewczyna zamówiła książkę za pobraniem. Przesyłka wróciła. Skontaktowałem się z nią przez e-mail, poprosiła, by wysłać książkę jeszcze raz. Wysłałem – znów wróciła. Dzwonię, a ona mnie przeprasza, bo ona się niedawno od rodziców wyprowadziła i nie wiedziała, że musi do skrzynki pocztowej zaglądać, bo do tej pory poczta do niej pojawiała się na jej biurku...

#Sfb1d

Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy razem z moimi znajomymi założyliśmy skromną kapelę. Graliśmy w naszej wsi, a później w miasteczkach. Rozwijaliśmy swoją pasję. Ja grałam na skrzypcach, jedna dziewczyna na pianinie, a dwóch chłopaków na gitarze. Naszym wokalistą był mój chłopak. Połączyliśmy muzykę klasyczną z popową. Świetnie się przy tym bawiliśmy, to nie była praca, to było doświadczenie.
Pewnego wieczoru, kiedy tworzyliśmy nową piosenkę, dostaliśmy maila z pewnej wytwórni z propozycją współpracy. Byliśmy w szoku, świętowaliśmy do rana. Czas do podpisania kontraktu mijał bardzo szybko, ponieważ pracowaliśmy nad nowymi utworami.
Wreszcie nadszedł ten dzień. Dzień podpisania kontraktu. Wsiedliśmy do samochodu. Niestety pogoda nam nie dopisała, padał śnieg i ulice były bardzo śliskie. Jechaliśmy bardzo powoli. Bałam się, że nie zdążymy na czas. Nagle dość ostry skręt. Za zakrętem wyjechał na nas rozpędzony samochód. To było tak szybko... Trzask. Hałas. Krzyki. Ból... Coś mocno przygniotło moją rękę. Coraz mocniejszy ból i... ciemność. Straciłam przytomność. Przez mgłę słyszałam jakieś głosy, światła. Budziłam się kilka razy, ale po chwili znów traciłam świadomość. Wreszcie ocknęłam się. Byłam poprzypinana jakimiś rurkami, koło mnie siedzieli rodzice. Mama, gdy mnie zobaczyła, poderwała się gwałtownie, aż zakręciło mi się w głowie. Znowu poczułam ten ból, ale oprócz bólu pustkę, jakbym straciła kawałek siebie. Nie czułam ręki, bo jej nie miałam... Straciłam rękę. Nie mogę już grać.

Jeszcze kilka miesięcy temu moim problemem było, co włożyć na podpisanie kontraktu, a teraz zastanawiam się, jak żyć bez ręki.
Dodaj anonimowe wyznanie