Jest mi strasznie głupio z tego powodu, że mój brak biegłości w języku angielskim ogranicza mnie, choć mam już 21 lat. Jestem pewien, że mój poziom umiejętności ledwie osiąga A1. Zawstydza mnie to, a zarazem zazdroszczę tym, którzy włada nim płynnie. Często zastanawiam się, czy w ogóle mogę jeszcze nauczyć się go dobrze i jak wiele czasu by mi to zajęło.
Przeszedłem przez egzamin maturalny, ale to raczej szczęśliwy traf. Moja zrozumiałość jest niewielka i zmagam się z tym, jak prawidłowo podejść do nauki, aby nie czuć wstydu. Negatywnie wpływa to na moje poczucie wartości i marzę, aby opanować język angielski do perfekcji, zamiast czuć się jak analfabeta.
Moja niemoc językowa mocno mnie ogranicza - nie jestem pewny, czy mogę swobodnie podróżować, bojąc się, że nie będę w stanie się porozumieć. Gdy ktoś zwraca się do mnie w obcym języku, czuję zażenowanie, że nie jestem w stanie pomóc. Język angielski wydaje mi się pełen tajemnic i mam do niego wielką blokadę.
Nie umiem się przyznać komukolwiek do tego, że chociaż mój mąż powiedział mi, że mnie zdradził po 17 latach związku i od jakiegoś czasu już mnie nie kocha, ja wciąż nie potrafię wywalić go ze swojego życia. Wstydzę się tego.
W Toruniu chyba już w środku zimy zaczął się sezon turystyczny, bo w weekendy zaraz za oknem mojej pracy rozstawiał się uliczny śpiewak, który śpiewał piosenkę "Hallelujah", potem inną, potem znowu "Hallelujah", potem inną i znów "Hallelujah" i tak w kółko od rana do nocy przez cały weekend, a ja pracuję właśnie w weekendy i rzygam już tą piosenką nawet przez zamknięte okna!
Najlepiej wtedy po pracy wrócić do domu... Szkoda, że mieszkam dokładnie po drugiej stronie ulicy.
Byłam raz na obozie i razem z taką większą grupą stworzyliśmy taką fajną „ekipę”. Prawie cały czas spędzaliśmy wszyscy razem i nigdy nie było między nami żadnych spin. W naszej ekipie były dwie przyjaciółki, które znały się już jakiś czas wcześniej. Po pewnym czasie mocno się pokłóciły, i to tak naprawdę. Jako iż miałam dobry kontakt z obiema „stronami”, to posłuchałam obu wersji wydarzeń i zajęłam stanowisko po jednej z nich. Ogółem wydarzyło się to podczas czasu wolnego, więc nasza ekipa siedziała w innym pokoju niż my i zbytnio nie ogarnęła, że była jakaś drama. Siedziałam więc z tą dziewczyną sam na sam w pokoju i ją pocieszałam. Nie do końca zarejestrowałam jak, ale przeszłyśmy do tematu mojego życia i mojej historii. Tak więc zaczęłam opowiadać jej o moich toksycznych „przyjaciółkach”, podczas czego popłynęło mi trochę łez. W pewnym momencie dziewczyna oznajmiła, że musi iść po coś i zaraz wróci. Zostałam zapłakana w pokoju i czekałam na nią 5, 10, 15 minut. Po około 20 minutach wyszłam sprawdzić, czy nic jej się nie stało i po drodze weszłam do pokoju reszty. Zobaczyłam ją tam, roześmianą i wesołą. Nigdy nie wyjaśniła mi co się stało, a nawet zaczęła być dla mnie nieprzyjemna.
Gdy miałam jakieś 5-6 lat i chodziłam do kościoła z rodzicami, pod koniec mszy zawsze słyszałam, jak ksiądz mówi: „Idźcie w pokoju Chrystusa”, a wierni odpowiadają: „Bogu niech będą dzięki”. Myślałam, że są znudzeni mszą tak jak ja i że myślą sobie „Bogu niech będą dzięki, że to już koniec tej nudnej mszy”.
Moi rodzice porównują mnie co kuzynostwa czy dzieci znajomych – jak oni się ładnie zachowują, a jak ja, gdzie oni są (liceum/studia), a ja kończę zawodówkę i nie chcę robić matury. Na spotkaniach rodzinnych często jestem głównym obiektem wyśmiewania czy drwin ze strony całej rodziny. Nawet moja mama (bo tata cały czas za granicą pracuje) nie chce ze mną rozmawiać, uważa grę czy telewizor za coś ważniejszego, wyprasza mnie z salonu i w prosty mówi mi, że mam iść do siebie, bo nie chce słuchać mojego pierdolenia, jak minął mi dzień czy co się dzisiaj stało... To boli.
Przez pierwsze 10 lat mojego życia myślałam, że po operacji lekarz na pamiątkę robi zdjęcie szwów i daje to zdjęcie pacjentom, żeby mogli pochwalić się szwami swoim znajomym. Miałam żal do babci, że poszła na zdjęcie szwów i nigdy mi tego zdjęcia nie pokazała, ale nie chciałam jej prosić, bo myślałam, że to na tyle intymne, że będzie się wstydzić.
Rzadko jeżdżę pociągiem do pracy. Właściwie raz jechałem.
Ale jak już jechałem, to przysnąłem i obudziłem się o jedno województwo za daleko.
Mój młodszy brat do 13 roku życia wierzył, że „panie z domu dziecka” rodzą dzieci dla wszystkich par na całym świecie.
Wszystkie nasze argumenty zbywał śmiechem albo pukaniem się w czoło... Nie dało się go przekonać, że jest inaczej, dopóki kolega nie wyśmiał go na Facebooku.
Moja siostrzenica poszła do pierwszej klasy podstawówki. No i wiadomo, chłopcy z klasy to małe rozrabiaki pełne energii. Jeden chłopiec dodatkowo ma ADHD, więc było go wszędzie pełno. Pewnego razu na zebraniu moja siostra usłyszała, że pani wychowawczyni skarży się na tego chłopca, bo nie chce pisać na lekcji, a jego wymówką jest „boli mnie ręka”, ogólnie mocno go krytykowała. Ciągle mówiła, że jest leniwy i niegrzeczny.
Po paru miesiącach tej samej gadki, podczas przerwy obiadowej dzieci biegły co sił w nogach, aby zająć kolejkę. Chłopiec spadł ze schodów i złamał rękę, na którą narzekał. Okazało się, że ma raka kości... SZEŚCIOLATEK MA RAKA.
Dla wszystkich był to wielki szok, nauczycielka przepraszała godzinami. Gdyby nie ten wypadek, mogliby to odkryć za późno. Zorganizowano zbiórkę, rozpoczęto leczenie.
Słuchajcie, co mówią wam wasze dzieci i nie lekceważcie ich.
Dodaj anonimowe wyznanie