Dzisiaj jechałam busem do Katowic. W połowie drogi wszedł do busa pewnien mężczyzna. Około sześćdziesiątki. Nie był on zbyt ładnie ubrany i ciągnął za sobą dwie duże torby. Na pierwszy rzut oka można było powiedzież, że był on złomiarzem lub coś w ten deseń.
Miejsca wolne były na środku i dwa obok mnie. Jako że miał torby, zajął te dwa obok mnie. Ludzie patrzyli na niego z pogardą i raczej nie chcieli, aby obok nich usiadł. Po chwili wyciągnął z torby jakąś zapisaną kartkę i książkę. Kiedy się przyjrzałam, spostrzegłem, że była to książka od języka angielskiego dla początkujących. Myślałam sobie, po co osobie w wieku 60 lat potrzebny angielski...
Po chwili ktoś mnie szturchnął, patrzę, a to ten pan. Zdejmuję słuchawki i pytam się o co chodzi. Zapytał mnie, czy mogłabym mu przetłumaczyć dwa zdania na język angielski, bo on akurat ich nie umie zrobić. Widział, że jestem zmieszana, ale zrobiłam to o co mnie poprosił i oddałam mu kartkę. Widział, że nie bardzo ogarniam to co się przed chwilą stało. Szturchnął mnie ponownie i powiedział mi, że uczy się angielskiego, aby umieć porozumieć się z wnuczką, która ma 6 lat, ale potrafi mówić tylko w języku angielskim. Jego córka wyjechała 15 lat temu do Londynu i niedawno się z nią skontaktował. Ubiera się ubogo i wydaje jak najmniej pieniędzy, aby zarobić na bilet i mieć pieniądze na przeżycie w Anglii. Byłam zdziwiona jego wyznaniem.
Nie oceniajmy człowieka po jego wyglądzie:)
14 stycznia 2011 roku stałam się najszczęśliwszą osobą na świecie. Podczas studniówki miłość mojego życia oświadczyła mi się. W wieku 20 lat miałam narzeczonego. Mimo drwin wielu osób, ja cieszyłam się niezmiernie i byłam gotowa wyjść za Kubę za mąż w każdej chwili. Moi rodzice podchodzili do tego z przymrużeniem oka, lecz ja wiedziałam czego chcę.
Po zdanej maturze wybrałam się na studia. Z racji tego, że Kuba już pracował, postanowiliśmy razem zamieszkać. W wieku 22 lat zaszłam w ciążę. Zmieniłam studia na zaoczne, Kuba nadal pracował, a nasze wspólne życie nadal super się toczyło.
25 grudnia 2013 roku urodziła się nasza córeczka Zosia. Rok później w ten sam dzień wzięliśmy ślub. Miałam przy sobie dwie najważniejsze osoby. Kubę i Zosieńkę.
W marcu dowiedzieliśmy się, że znów jestem w ciąży. Mimo młodego wieku wiedziałam, że sobie poradzimy. Kuba miał dobrze prosperującą firmę, ja konto w banku z oszczędnościami od rodziców.
6 grudnia Zosia miała w przedszkolu spotkanie z Mikołajem. Razem z mężem wybraliśmy się na to ważne wydarzenie razem z nią. Wracaliśmy dosyć późno. Na drodze było ślisko, padał śnieg. Kierowca jadący naprzeciwko z duża prędkością stracił panowanie nad kierownicą i czołowo w nas uderzył. Obróciliśmy się wkoło, następnie uderzyliśmy w drzewo. Ostatnie słowa Kuby, które słyszałam, to abym walczyła o życie, bo muszę żyć dla Zosi i Fasolki (tak nazywaliśmy nasze jeszcze nienarodzone dziecko). Następnie obudziłam się w szpitalu. Z dzieckiem wszystko było w porządku, ja miałam lekki wstrząs mózgu i złamaną rękę. Zosia straciła dużo krwi, lecz jej stan był stabilny. Kuba... wylądował na oiomie i walczył o życie.
Mój świat się zawalił. W ciągu jednej chwili wpadłam w szał. Płakałam, krzyczałam, błagałam lekarza, aby go uratowali.
Po dwóch dniach mogłam wyjść ze szpitala. Codziennie odwiedzałam Zosię i Kubę. Całkowicie przestałam o siebie dbać. Nie słuchałam lekarzy, miałam kompletnie gdzieś to, że zaraz będę rodzić.
15 grudnia Zosia również wyszła ze szpitala. Oddałam ją pod opiekę moich rodziców, sama natomiast siedziałam całe dnie przy Kubie, który cały czas był nieprzytomny.
Dokładnie w 2 urodziny Zosi, a w naszą 1 rocznicę ślubu, na świat przyszło nasze drugie dziecko. Zaraz po porodzie zadzwoniłam do mamy, aby przywiozła mi Zosię, gdy już to zrobiła, pielęgniarka z dzieckiem na ręku zawiozła mnie na salę, na której leżał Kuba. Trzymając go za rękę tuliłam w swoich ramionach dwie córeczki. Czułam, że to nasze ostatnie wspólne chwile. Chwile spędzone w czwórkę.
Na drugi dzień Kuba umarł. Wiedziałam, że czekał tylko na to, aby narodziło się nasze drugie dziecko - Wiktoria. Wiktoria, bo zwycięstwo. Zwyciężyła dla siebie, dla Zosi, dla mnie, dla Kuby.
Mimo że Kuby z nami nie ma, ja wiem, że on nad nami czuwa.
Jeszcze kilka lat temu w naszym domku mieszkały cztery pokolenia. Prababcia, babcia, mama i ja.
Prababcia miała 90 kilka lat, była silną kobietą ale z początkami demencji. Głównie opiekowała się nią babcia, więc ja z mamą się nie wtrącałyśmy i tylko pomagałyśmy w miarę potrzeby. Jednak po śmierci babci opiekę nad nią przejęłyśmy my.
Szybko przekonałyśmy się, że prababcia wcale nie musi siedzieć w fotelu, wystarczyło troszkę przestawić meble, usunąć dywaniki i dać prababci laskę, żeby mogła się w miarę sprawnie przemieszczać. Przekonałyśmy się również, że prababcia wcale nie musi jeść wyłącznie kaszek. Zaczęłyśmy jej gotować normalne posiłki. Ogólnie okazało się, że z prababcią nie było tak źle, jak nam wmawiała babcia. Więc poszłyśmy o krok dalej, uzbierałyśmy pieniądze i kupiłyśmy wózek inwalidzki. Prababcia wychodziła na spacer ze mną pod rękę, a kiedy się zmęczyła kontynuowała spacer na wózku prowadzonym przez mamę. Potem kilka miesięcy odkładałyśmy pieniądze na wakacje. Wykupiłyśmy domek pod lasem na dwa tygodnie. Zabrałyśmy się oczywiście z prababcią i jej nowym czworonożnym przyjacielem. Była przeszczęśliwa mogąc zamoczyć nogi w jeziorze, wybrać się z pieskiem do lasu czy zwyczajnie cieszyć się słońcem.
Często słyszałyśmy od ludzi słowa podziwu za to, ile wysiłku wkładałyśmy w opiekę nad prababcią.
Do czasu gdy skończyła sto lat. Jej emerytura została oczywiście podniesiona, wynosiła prawie 3 tys. Jak drastycznie zmieniła się opinia ludzi na nasz temat? "Na pewno opiekują się babulką tylko dla emerytury", "Wygodne to takie życie, co? Trzymać biedną babuleńkę samą w domu i zbierać z nią hajs". Gdy zepsuł nam się telewizor, kupiłyśmy większy. Co na to inni? No przecież, że za babcine pieniądze. Remont łazienki? Przecież babcia sponsoruje.
Jaka szkoda, że nie dostrzegli, że kupiłyśmy również specjalny fotel dla babci. Wydałyśmy niemałe pieniądze na okulistę. Że łazienka po remoncie była lepiej przystosowana dla osób starszych. A na większym ekranie babcia lepiej widziała Wilka i Zająca.
Dwa lata po setnych urodzinach miałyśmy już zaplanowany wyjazd do rodziny prababci pod ukraińską granicą. Niestety, prababcia zmarła na trzy miesiące przed wyjazdem. To była grypa, która przekształciła się w zapalenie płuc.
Co usłyszałyśmy zamiast kondolencji? "Pewnie trudno wam teraz bez emeryturki", "Och, na pamiątkę macie teraz dużą łazienkę i telewizor!", "To problem z głowy. Ile odłożyłyście z tego hajsu?", "Szkoda. Już po tysiakach"...
Szczerze? Te słowa zabolały mnie bardziej niż śmierć prababci. Na to, że prababcia niedługo odejdzie byłam przygotowana. Na to, jakimi sukinsynami potrafią być ludzie, już nie.
Moja świnka morska, kiedy leży na mojej klatce piersiowej i chce już do klatki, to "strzela" mnie ramiączkiem od stanika - ciągnie je do góry, po czym puszcza. Skubana wie, że czasami to boli.
No. To tyle :)
Szedłem ulicą, kiedy zaczepił mnie dres i mówi, żebym oddał telefon. Ja grzecznie wypinam słuchawki i podaję telefon, nie chcąc robić problemu. Na moje szczęście w tym momencie piosenka na YT przez autoodtwarzanie zmieniła się na jakiś Bonus RPK, za którym nie przepadam, a dres na to:
- Ee, takiej prawilnej mordy to nie okradnę. Pozdro.
DZIĘKI, BONUS :D
Gdy miałam tak 9-10 lat, wymyśliłam sobie teorię o miłości od pierwszego wejrzenia.
A więc tak, moja teoria brzmiała tak:
Kiedy człowiek umiera, to trafia do nieba i tam sobie żyje, i żyje, i żyje. Ale w niebie też się zakochuje. Jeżeli ta druga osoba też się zakocha, to Pan Bóg zsyła te dwie osoby na ziemię, miejsca nie muszą być blisko siebie, mogą być zupełnie różne. Mogą być oddalone o miliony kilometrów.
Ale żadne z tych ludzi nie pamięta o tym co się stało. I tak sobie człowiek żyje i żyje, dorasta, przechodzi wszystko jeszcze raz. Jeszcze raz uczy się chodzić, jeszcze raz kończy szkołę, jeszcze raz idzie do swojej pierwszej pracy.
I tak mija tym dwóm osobom życie, ale gdy się spotkają, nagle tak po prostu, zakochują się w sobie. I to jest ta miłość od pierwszego wejrzenia.
Byłam pomysłowym dzieckiem...
Nie jest łatwo to przyznać, ale od prawie 7 lat jestem uwikłana w toksyczny związek, z którego nie potrafię się wydostać. Wspólnie wychowujemy 5-letnie dziecko i mieszkamy razem od 6 lat. Przyjęłam na siebie ciężar upokorzeń, aby utrzymać ten związek przy życiu. Mój narzeczony dodatkowo walczy z nałogiem narkotykowym i aktualnie jest w tygodniowym ciągu. Nie stosuje przemocy fizycznej, ale zaczął wykorzystywać mnie finansowo, przepalając nasze całkiem spore oszczędności i obiecując zwrot w poniedziałek. Aktualnie jest na mieście, flirtując z innymi kobietami, czym podzielił się ze mną przez telefon, a ja w tym czasie siedzę w domu z naszym dzieckiem.
Jeśli ktoś mnie zapyta, czy go kocham, bez wahania odpowiem, że tak. Lecz szczerze mówiąc, chciałabym przestać. Tym bardziej że dwa miesiące temu usłyszałam od niego, że sam nie wie, czy to jeszcze miłość, czy już tylko przyzwyczajenie, co tłumaczy jego zwlekanie z tematem ślubu.
Często myślę o tym, jak licho się czuję z faktem, że na to wszystko pozwoliłam.
Nie lubię i boję się osób z zespołem Downa. Mam kuzyna właśnie z tą chorobą, który często odwiedza nas ze swoimi rodzicami. Zaczęło się od pamiętnej sytuacji, kiedy typ prawie mnie zgw@łcił we własnym domu.
Poszłam do łazienki, nie wiem jakim cudem on się tam znalazł, ale wyobraźcie sobie, że dobiera się do was 120 kilowy typ z mętnym spojrzeniem, cały zaśliniony i obrzydliwie się uśmiecha i ma uwypuklenie na rozporku.
Mam odruch wymiotny, jak to sobie przypomnę. Gdyby nie mój ojciec go nie odciągnął to nie wiem, jak sytuacja by się skończyła. Uważam, że osoby z z tym schorzeniem nie powinny się rozmnażać. Po co? Aby rodzić chore dzieci? Może jestem bezduszna, może nieczuła ale dla mnie osoby z zespołem Downa są straszne. Kiedy patrzę na taką osobę nie wiem, czego się spodziewać. Jakbym patrzyła na zwierzę.
Wielcy obrońcy praw życia dzieci z Downem w 99% przypadków nie mieli do czynienia z takimi osobami lub mieli jedynie z dziećmi "niewinnymi aniołkami" a nie z prawie dorosłymi osobami z popędem seksualnym, którego nie potrafią kontrolować i z niesamowitą siłą.
Szczerze? Gdybym dowiedziała się i miała pewność, że moje dziecko urodzi się z Downem, to dokonałabym aborcji za granicą bo wiem, że nie udźwignęłabym ciężaru wychowania takiego dziecka, a tym bardziej co stałoby się z nim, kiedy mnie zabraknie.
Mam ponad 30 lat. Jestem chirurgiem w jednym z większych polskich szpitali pediatrycznych.
Kiedy byłam nastolatką, popełniłam wiele błędów, których do teraz żałuję. W domu bieda aż piszczała. Pomimo moich licznych "wyskoków" udało mi się dostać na medycynę na uczelni w moim mieście. Byłam bardzo szczęśliwa.
Na pierwszym roku zaszłam w ciążę, facet się zmył i zostawił mnie samą.
Nie byłam w stanie zapewnić Jej bytu, wiec zdecydowałam się na adopcję ze wskazaniem (znajomi znajomych rodziców znajomej mojej mamy). Mieszkali na drugim końcu Polski. Utrzymywałam z nimi kontakt mailowy, czasami wysyłali mi Jej zdjęcia, a ona sama nosiła moje nietypowe imię. Wiem, że była szczęśliwa.
Po studiach wyprowadziłam się z domu i zaczęłam nowe życie.
W zeszłym miesiącu trafiła do nas 16-latka po wypadku samochodowym. Skala obrażeń była potężna. Dostałam telefon ze szpitala w środku nocy, spakowałam potrzebne rzeczy i sruu do stołu operacyjnego. Dziewczyna miała bardzo zmasakrowaną twarz, spalone włosy, liczne poparzenia, wybite zęby, dziura zamiast lewego oka.
Żaden widok nigdy mną tak nie wstrząsnął.
Operacja trwała kilka godzin.
W 5 godzinie zatrzymanie akcji serca. Nie udało się.
Nigdy nie czułam się tak źle.
Rodzice dziewczyny nie zdążyli przyjechać (ona była w moim mieście u przyjaciółki w odwiedzinach, oni mieszkali w 500 km dalej).
Po operacji przyszedł czas na wypisanie papierologii i dopiero teraz poznałam Jej dane.
Może niektórzy się już domyślają.
To była Ona, moja malutka dziewczynka, krew z mojej krwi. Nie udało mi się Jej uratować. Mojego rodzonego dziecka. Kiedy na korytarzu zobaczyłam jej rodziców, zemdlałam.
Od tamtego czasu jestem na urlopie. Nigdy nie czułam tak wielkiej niemocy. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Niby nigdy Jej nie poznałam oko w oko, ale przecież to Ją nosiłam pod swoim sercem.
Spoczywaj w pokoju, Celestynko...
W mieszkaniu nade mną żyje niebezpieczny alkoholik. Boję się zapraszać kogoś, boję się wychodzić z domu. Boję wracać wieczorem od chłopaka i wchodzić do mieszkania. Ostatnio wołał mnie i mojego brata. Pukał do mieszkania. Ponoć wczoraj chodził po naszym balkonie. Maltretował swoich synów i chodził na dworze z maczetą. Policja zabrała go do jakiegoś ośrodka. Boję się, że wróci, wypuszczą go i co wtedy?
Rozmawialiśmy kiedyś z policją, bo zadzwonił do nich, że niby mój tata chce wysadzić coś gazem (zaspani otworzyliśmy drzwi). Policja powiedziała, że nic nie mogą zrobić, dopóki coś się nie stanie.
Wstydzę się, bo chciałabym, żeby umarł. Niech on zniknie.
Dodaj anonimowe wyznanie