Mam 15 lat.
Moja matka 30, a ojciec 90.
Gdy się urodziłam, ona miała 15, a on 75 lat.
Wstyd mi okropnie jest się przyznać przed koleżankami.
Wiem, że oni mnie nie chcieli, ale to okropne uczucie wiedzieć, że twój ojciec to jednocześnie dziadek.
Pracuję jako kelnerka. Ostatnio jakiś wąsaty Janusz (koło 50.), wraz z kolegami, obchodził w naszej restauracji urodziny, niby nic nadzwyczajnego. Byłam odpowiedzialna za obsługę tego stolika.
Po obiedzie panowie zaczęli zamawiać różnego rodzaju trunki. No i stopniowo solenizant robił się śmielszy. Tu zarzucił jakimś komplementem, tu próbował klepnąć w tyłek. Wkurwiało mnie to okropnie, ale dalej starałam się być miła, bo tak wypada. Po kolejnej flaszce leciały już propozycje dołączenia się, żarciki typu „może pójdziemy na zaplecze, he, he”. Oczywiście jego koledzy mieli przy tym pełno śmiechu.
Po kilku godzinach mordęgi, policzków bolących od sztucznego uśmiechania się, nastał moment zapłaty rachunku. Moment zemsty.
Janusz kładzie pieniądze na „talerzyku” i pstryka na mnie palcem. Przychodzę. Uśmiecha się, puszcza oczko i mówi, że reszta dla mnie, jako napiwek za miłą obsługę. Z dość dużego rachunku otrzymałam jakieś 7 zł z groszem... Uśmiechnęłam się i powiedziałam: „Dzięki, tato, ale wolałabym, żebyś płacił alimenty, bo za 7 złotych, to przez miesiąc nie wyżyję”. Szczęka mu opadła do ziemi, przy stole kompletna cisza, a ja odeszłam. Mina jego i kolegów zrekompensowała mi ten przejeb*ny wieczór.
Czy zrobiłem dobrze? Oceńcie sami.
Swego czasu spotykałem się z pewną dziewczyną. Duża rodzina, troje rodzeństwa, mieszkali wszyscy z rodzicami i babcią (matką matki). Moi rodzice ją uwielbiali, moja siostra też. Byliśmy ze sobą ponad 2 lata, zaręczyliśmy się, mieliśmy wstępne plany na ślub, ale nigdy nie doszło do zbliżenia, „bo to nie po bożemu”. Pochodziła z bardzo religijnej rodziny (wręcz fanatycznej) – na każdej ścianie w domu wisiały dewocjonalia, sama była organistką w kościele w swojej wsi. Jednak „prawdziwymi chrześcijanami” byli tylko na papierku. Ojciec w domu nie miał nic do powiedzenia, zaszczuty przez jej matkę i swoją teściową. Przychodził z pracy, dostał jeść i wyjazd do roboty przy gospodarstwie (mieli świnie, kury, kaczki). Niemal codziennie chodzili do kościoła, ale za plecami to matka z babką jechali po wszystkich we wsi – plotki, osądzanie, fochy były na porządku dziennym. Ale do kościółka i na tle mieszkańców wsi to idealna rodzina.
Po pewnym czasie dziewczyna zaczęła powielać zachowania z domu – obgadywanie innych, plotki, fochy, obrazić się potrafiła i nie odzywać, mimo że siedziała obok i mówiłem do niej, to zero reakcji, a kościół i ksiądz to priorytet życiowy. Dochodziło nawet do tego, że gotowali księdzu obiad, czy to u siebie, czy na plebanii i zapraszali go raz w tygodniu na niedzielny obiad. Miarka się zaczęła przebierać, gdy po 12 godzinnej harówce w polu przy ziemniakach nie dość, że nie usłyszałem nawet dziękuję, to nad ranem trafiłem do szpitala z migotaniem komór (choruję przewlekle na serce). Nikt mnie nie odwiedził, mimo że siedziałem tam tydzień – nie przyjdę, bo mamy wykopki, nie przyjdę, bo msza rocznicowa, nie przyjdę, bo coś tam.
W pewnym momencie daliśmy sobie miesiąc na naprawę związku, nic to nie dało, więc spróbowałem to ratować kolejnymi trzema miesiącami, gdzie ustaliliśmy co zrobimy, by to naprawić. Nadal nic to nie dało. W pewnym momencie postawiłem już krzyżyk na moim związku i przestałem się starać, tak jak ona, ale zaraz były pretensje i roszczenia, oliwy dolewali moi rodzice i siostra, bo winy szukali we mnie.
Pewnego wieczoru napisałem do koleżanki z pracy, chciałem po prostu z kimś pogadać, popisaliśmy raz, drugi, piąty i w końcu spotkaliśmy się tak o, na spacer/ kawę. Zaczęło mi zależeć na kimś, kogo interesuje moje życie, pasje, problemy. I tak doszło do sytuacji, gdzie zacząłem się spotykać z ową koleżanką, prawie trzy miesiące minęły, zanim rozstałem się z poprzednią dziewczyną. Dzisiaj minęły już trzy lata, jak jesteśmy razem, z czego dwa jesteśmy po ślubie. Z moją rodziną nie utrzymuję kontaktu, pokłóciliśmy się i zostałem wydziedziczony. Nie żałuję. Ani przez moment. Wyniosłem się od rodziców, zmieniłem nazwisko, żyjemy z żoną skromnie w wynajętym mieszkaniu i możemy na siebie liczyć.
Wniosek? Walcz o siebie, zanim będzie za późno i obudzisz się w toksycznym małżeństwie.
Pracuję w sklepie, który ostatnio zyskuje coraz większą popularność w Polsce. Można tu kupić wszystko do domu, biura, drobne gadżety, przekąski itp.
Kilka lat pracowałem w hurtowni, hurtownia upadła, więc postanowiłem wyjść do klientów detalicznych, bo co złego może się stać?
Ano może.
Szeroko pojęte buractwo i cwaniactwo.
Podium zajmują klienci i klientki z Ukrainy, większość zdecydowanie nie przyjmuje do wiadomości, że ktoś nie rozumie ich języka i mówienie głośniej i puszczanie przekleństw co drugi wyraz, nie sprawia, że magicznie nauczę się języka w pół minuty. Ci, którzy umieją polski, nie rozumieją słowa „nie”. Nie można odpakować produktów, nie można zwrócić bielizny, nie można zareklamować bez paragonu i tak dalej. Tu już ogranicza mnie tylko ilość znaków, jakie mogę użyć. Na dokładkę – przepychanie się przez kolejkę, ubliżanie pracownikom, kradzieże.
Drugie miejsce na podium zajmują oczywiście Polacy.
Proszę, dziękuję, przepraszam. Tych trzech słów nie zna 90% klientów. Dzień dobry, do widzenia – tych przy kasie zapomina 99%.
Słowo klucz – klient. JA JESTĘ KLIENT, JA MOGĘ! Mogę wchodzić z psem, mimo że nie wolno, mogę odpakować wszystkie artykuły, mimo że nie wolno. Ja mogę wszystko, bo inaczej więcej tu nie przyjdę (ojej, serio? nikt nie zatęskni). Dziecko zrzuciło produkty z półki? Plebs pracowniczy posprząta. Dziecko zsikało się na podłogę? Wytrę ręcznikiem z półki i go tam odłożę (autentyczne! I jeszcze wielka obraza majestatu, jak pracownik zareagował, bo widział to na kamerach). Zjedzone przekąski podczas zakupów? Opakowanie wrzucę w półkę. Nie zliczę, ile razy usłyszałem na kasie, gdy odmówiłem zwrotu przez brak paragonu, że jestem każdym epitetem polskiej mowy podwórkowej.
A teraz pozytywy – Azjaci. Jest ich u nas w rejonie bardzo dużo, potrafią pięć słów po polsku – proszę, dziękuję, przepraszam, dzień dobry i do widzenia. Podchodzą uśmiechnięci, łamią te dzień dobry, pokazują na Google translator, o co im chodzi i cieszą się, jak im się pomoże i pokaże. Nigdy nie robią burd, nigdy nie są uciążliwi, chamscy...
Już planuję zwolnienie, niestety. Bo gdy widzę, że na parking podjeżdża kolejne auto i wysiada madka Polka z dwoma bąbelkami i mężem patusem, albo zajeżdża bryka typu porsche i wysiada parka z pieskiem, to już wiem, że znowu będę nazywany tak jak pewne panie w domu publicznym.
W życiu nie spodziewałem się, że ludzie potrafią być takimi chamami. Znakomita większość jest negatywna, a te kilka osób, które potrafią faktycznie się normalnie po ludzku zachować są mniejszością.
Pracowałem tu 1,5 roku i odpadłem.
Aspekty najbardziej pozytywne, to 10-, 14-latki, którzy przy zakupie podróbki nerfa upewniają się trzy razy, czy gdyby nie działał, to można z paragonem zwrócić, po czym chowają go do specjalnej przegródki w portfelu w Spidermana czy innego mana. Jest dzień dobry wtedy, do widzenia...
Doszedłem do takiego momentu w życiu, że obecnie była, z którą się przyjaźniłem 15 lat i przez rok byliśmy w związku, doprowadziła mnie do takiego stanu, że teraz chodzę na terapię do psychologa. Daje mi cały czas szansę na powrót, ale za każdym razem dobija słowami, że jest moją byłą albo nazywa mnie kumplem, a nie chce nic, co najwyżej przyjaźń. Czeka mnie długa terapia, a ją chyba całkowite urwanie kontaktu z mojej strony, bo się zachowuje, jakby nic się nie stało, a ja nie potrafię.
Jako małe dziecko hucznie obchodziłem Święto Pracy. Przez kilka lat zawsze przekopywałem moje pole 2x2 m i siałem owies.
Ta duma, kiedy twoje plony rosną, później je ścinasz, a na koniec karmisz konika :)
Mam bratową, która kompletnie nie panuje nad swoim 5-letnim synem. Wkurza mnie to okropnie, bo chłopiec nawet w miejscu publicznym jest nieznośny. Zaczęło się to jak młody miał ze 3 latka, wiadomo, pierwszy bunt. Gdy byliśmy w jakimś sklepie, a ona nie chciała mu czegoś kupić, to urządzał histerię, rzucał się na podłogę, płakał. A mamusia prawie go przepraszała i kupowała co synuś chciał, aby tylko ludzie nie mówili, że zła z niej matka. Jak ze mną był w sklepie i próbował swoich sztuczek, to dalej robiłam zakupy, nie zwracając uwagi na jego udawany płacz, po kilku próbach dał spokój. Raz nawet byłam z bratową i powiedziałam jej wprost, żeby zostawiła go w spokoju, to była zdziwiona, że to zadziałało i młody się uspokoił, ale co z tego, jak potem mu uległa i kupiła zabawkę.
Wczoraj byliśmy w sklepie z elektroniką, a w niego jakby diabeł wstąpił – zaczął biegać, dotykać wszystkiego, mało nie stracił tabletu. A mamusia co? Oglądała to co chciała zobaczyć i tylko raz powiedziała, żeby nie biegał. Powiedziałam jej, żeby mu coś powiedziała, bo jak mały coś strąci, to będzie musiała zapłacić, ale jej to nie obeszło. Więc poszłam za małym i powiedziałam mu, że jak coś zepsuje, to sprzedamy jego konsolę, żeby zapłacić za szkodę... Może i niezbyt to pedagogiczne, ale przynajmniej zadziałało.
Dodam jeszcze, że w domu nawet papierka po cukierku nie wyniesie do śmietnika, talerza do zlewu, tylko tam gdzie je, tam zostaje wszystko. Ma siostrę, 11 lat, ona potrafi się zachować, jeśli mały coś zbroi, to ona jest winna, musi mu pomagać sprzątać.
Nie rozumiem zachowania bratowej, jedno dziecko nie może nic, jest za wszystko karcone, a drugie może wszystko. Staram się nie wtrącać, bo „ty nie masz dzieci, to co możesz wiedzieć o wychowaniu”.
Historia zaczęła się w zeszłe wakacje. Na jednym z najpopularniejszych obecnie portali społecznościowych nagle zaczęłam otrzymywać mnóstwo zaproszeń do grona znajomych oraz wiele wiadomości. Każdego dnia po kilkadziesiąt. Wszystkie wiadomości i zaproszenia były od mężczyzn, wszystkie po hiszpańsku/portugalsku. Panowie byli głównie z Argentyny i Brazylii. Dzięki internetowemu translatorowi tłumaczyłam te wiadomości na język polski. Pisali jaka jestem piękna i ogólnie podryw (wielu z nich miało zdjęcia profilowe z żonami/dziewczynami/ dziećmi).
Moje zdjęcie profilowe nie jest w bikini ani a'la gwiazda instagrama. Nie mam i nigdy nie miałam nic wspólnego z tamtym rejonem świata; nie mówię po hiszpańsku, dlatego szybko wywnioskowałam, że to musi być pomyłka. Muszę dodać, że moje imię i nazwisko nie jest typowo polskie, kobiety tak samo nazwane znalazłam na całym świecie. W związku z powyższym wywnioskowałam, że pewnie jest w Argentynie jakaś lokalna celebrytka/ pogodynka/ piosenkarka etc., o takim samym imieniu i nazwisku oraz trochę podobnej aparycji do mnie, która wzbudza zainteresowanie mężczyzn.
Jako że moja "popularność" przez wiele miesięcy nie słabła, sama byłam ciekawa o co chodzi. Próbowałam w tym celu rozmawiać z niektórymi "fanami" po angielsku, ale żaden z nich nie znał tego języka. Po pewnym czasie sobie odpuściłam. Zmieniłam ustawienia konta tak, że obcy ludzie nie mogli wysyłać mi zaproszeń. Wiadomości ignorowałam.
Po około pół roku coś mnie jednak naszło, żeby może znowu spróbować się dowiedzieć co i jak. Zaczęłam tłumaczyć moje wiadomości na hiszpański, żeby dogadać się z panami, jednak oni nie byli zbyt chętni żeby tłumaczyć o co chodzi i dlaczego do mnie piszą.
Do czasu, gdy zaczęłam konwersacje z młodym policjantem z Argentyny. Zapytał się, czy jestem "dziewczyną z filmu". Opisałam mu moją sytuację i dopytywałam jaki film. Niechętnie odpowiedział, że pornograficzny (!). Po dłuższej rozmowie znalazł dla mnie nawet link do tego filmu. W jego hiszpańskim tytule dojrzałam moje imię i nazwisko. Po przetłumaczeniu okazało się, że brzmi on: "Anna Nowak, moja przyjaciółka z facebooka, robi loda jak profesjonalistka". Na filmie natomiast mocno zaangażowana dziewczyna, z różową obrożą i na smyczy (!) uszczęśliwia jakiegoś pana.
Nie o takiej sławie marzyłam :D
Ostatnio sporo tu było wyznań o stosunkach rodzic – dziecko, dlaczego któraś ze stron urwała kontakt, to i ja dorzucę swoje.
Generalnie moi rodzice nie byli chyba najgorsi. W sensie bity nie byłem (a przynajmniej ja tego nie pamiętam. Moja starsza siostra twierdzi inaczej). Miałem co jeść, w co się ubrać, a jak ładnie poprosiłem, to nawet dostawałem coś, na czym mi zależało. Relacji z rodzicami natomiast nigdy nie mieliśmy (już miałem odruchowo pisać „nie zbudowałem”, a przecież to rodzic powinien budować relacje z dzieckiem). Dlaczego?
Powodów pewnie jest wiele, ale wg mnie to po prostu alkohol. Moi rodzice wracali do domu po pracy i siadali przed telewizorem, pijąc praktycznie codziennie jakieś cztery piwa. Nie rozmawialiśmy za bardzo o czymś, poza tym, co trzeba zrobić lub jak byliśmy w towarzystwie. Pomimo że mieszkaliśmy w Wawie, wyprowadziłem się na studia, by jak najszybciej uciec od marazmu. Jeszcze przez studia otrzymywałem pomóc, ale starałem się jak najszybciej usamodzielnić i jakoś znormalizować stosunki z rodzicami. Na święta kupowałem zawsze bilety na jakieś wyjścia, tak by spędzić czas razem... ale byli zmęczeni. Jak się wyprowadziłem, moi rodzice zaczęli więcej pić i szczególnie matka zaczęła się staczać – straciła pracę i pewnie gdyby nie sprzedaż domu, to mieliby poważne problemy finansowe. Sprzedali dom, wyprowadzili się na wieś, a ja i siostra dostaliśmy sporo pieniędzy na wkład własny (o co nigdy nie prosiłem, ale jestem wdzięczny).
Parę lat temu zobaczyłem się z matką, która była już w okropnym stanie – ledwo potrafiła utrzymać równowagę, a i dogadać się było ciężko. Powiedziałem wtedy, że albo alkohol i brak kontaktu ze mną, albo idzie na terapię, za którą chętnie zapłacę. Wybrała to pierwsze. W konsekwencji braku kontaktu z matką, ojciec się obraził („czcij ojca i matkę swoją”, pisał w SMS-ach). Tak oto zostałem wydziedziczony.
Ostatnio stan matki się mocno pogorszył, wygląda to na pełną demencję. Mam wyrzuty sumienia, że nie mogę jej pomóc, ale cóż... próbowałem. Ojciec próbował jakiś czas temu znowu pojechać po wyrzutach sumienia, argumentując, że kontaktowałem się z nimi tylko gdy czegoś chciałem. Dopiero teraz, mając trzy dychy na karku, uświadomiłem sobie, że tak... w końcu oni taki model komunikacji narzucili.
Stąd taki mały apel: jak usłyszycie znowu o jakiejś staruszce, której to dzieci nie odwiedzają, nie oceniajcie za szybko. Jeżeli jesteś rodzicem, zapytaj dziecko o to, czym się interesuje, niech cie wprowadzi w swój świat, a nie skupiaj się tylko na tym, by wykonywało Twoje polecenia.
Wpłynęła wypłata, więc po pracy pojechałem samochodem do galerii handlowej na małe zakupy plus do drogerii po puszki dla kota. Zaparkowałem, wysiadłem i idę do galerii. Przechodziłem na przejściu dla pieszych, gdy jadąca suvem blondi lvl 25/30 mało mnie nie potrąciła. Otworzyła okno, usłyszałem epitety i pouczenie, że mam patrzeć, gdzie lezę, bo ona jedzie i mam uważać. Nie wdałem się w dyskusję, po pracy i tak nie miałem siły się kłócić i stwierdziłem, że nie warto. Blondi zaparkowała swoją nową suvkrowę z czterema kręgami na masce obok mojego złomexa i też poszła do galerii.
Po drobnych zakupach przyszła kolej na drogerię. W drogerii spotkałem tę samą paniusię rozmawiającą przez telefon, w koszyku miała masę gratów, ale zauważyłem też blond farbę do włosów – i tu zrodził się mój szatański plan. Udając, że szukam czegoś na półce, podpatrzyłem, jaka to farba i kolor, znalazłem taką samą na półce, zrobiłem fotkę i podmieniłem wnętrze pudełka na marchewkowy rudy. Korzystając z nieuwagi blondi, podmieniłem jej pudełka w koszyku. Ten drugi blond w rudym opakowaniu kupiłem i dałem żonie, ostrzegając, że to jest blond.
Po powrocie do samochodu zauważyłem, że przy okazji mnie zastawiła, więc musiałem wsiadać od strony pasażera, ale diabelski uśmieszek w lusterku mi to wynagrodził ;)
Żona zmieniła odcień włosów, a ja… Spłonę w piekle :D
Dodaj anonimowe wyznanie