#3GI1W

O szczęściu w nieszczęściu.

Miałem być na weselu u koleżanki z pracy. Niestety nie byłem, bo jej narzeczony na dwa tygodnie przed ślubem dość poważnie złamał w pracy nogę. Lekarz powiedział, że jak będzie odpoczywał i się kurował, to jest szansa, że co prawda na parkiecie to może i nie pohula, ale uda mu się przebrnąć przez przyjęcie. Niestety, koleżanka strzeliła focha i z narzeczonym zerwała, bo ona sobie inaczej to wszystko wymarzyła... O zmianie terminu nawet nie chciała słyszeć, bo podjęła decyzję ostateczną.

I tak sobie myślę, że miał chłop szczęście poznać charakter niedoszłej żony przed ślubem, bo przynajmniej uniknął rozwodu.

#9u41C

Historia wydarzyła się, kiedy byłam w 4 klasie szkoły podstawowej.
Pewnego dnia jedna z nauczycielek kazała kilku uczniom chodzić po klasach w celu poinformowania pozostałych o jakimś nadchodzącym szkolnym wydarzeniu. Jednym z tych wybrańców byłam ja, pewna dziewczyna z 6 klasy (dajmy jej na imię Paulina) i kilka innych osób.
Tak sobie chodzimy po klasach i informujemy, kiedy mój kolega pyta, do której nauczycielki idziemy teraz, na co ja odpowiadam:
– Do każdej, byle nie do tej głupiej, wrednej pani Doroty.
Na co Paulina odpowiada:
– Ale to moja mama...

Przysięgam, że o tym nie wiedziałam. Nawet nie były do siebie podobne... Nie wyobrażacie sobie nawet, jak mi się zrobiło głupio.
Tak że no, fajnie byłoby wtedy stać się niewidzialnym czy coś. Ja wolałam przeprosić i odpowiedzieć jej, że już jednak tak nie myślę. Z pewnością mi uwierzyła :/ 
Jedno jest pewne: ta sytuacja nauczyła mnie, żeby nigdy na nikogo źle nie mówić.

#mGc28

Trzy razy miałam raka. Trzy razy się wyleczyłam, jednak cały czas było ryzyko zachorowania, a razem z nim 30% szans na przeżycie... Wczoraj odebrałam wyniki badań... Jestem już w 100% zdrowa i nie ma mowy o żadnym raku! Czekałam na ten dzień od 12 lat! Pamiętajcie, że warto wierzyć we wszystko, a cuda się zdarzają!

#xpmnh

Byłem lubiany i zawsze potrafiłem dogadać się z ludźmi. Zawsze miałem kogo poprosić o pomoc i raczej nie miałem wrogów. Od dziecka kręciła mnie elektronika, więc postanowiłem założyć swój serwis. Spełnić takie malutkie marzenie. Co ważne, zajmowałem się tym od kilku lat i w regionie każdy znał mnie jako „dobrego fachowca”. Telefon z prośbą o usługę otrzymywałem codziennie.

Potem ci sami ludzie, którzy często oczekiwali mojej pomocy, dowiedzieli się, że planuję otworzyć działalność... Nagle okazało się, że jestem partaczem, nic nie potrafię zrobić, że zniszczyłem masę sprzętu i nie ma co ze mną współpracować. Z dobrego fachowca stałem się zwykłym oszustem bez żadnej wiedzy. W małej miejscowości to miało ogromne znaczenie. Telefon zamilkł, nie tylko jeżeli chodzi o klientów. Koledzy o mnie zapomnieli. 
Ostatecznie do otwarcia nie doszło, nie odważyłem się. Za to na robieniu mi antyreklamy w postaci bajek o mojej nieudolności, opowiadanych znajomym, przyłapałem mojego najlepszego kumpla. 
Do tej pory nie rozumiem, dlaczego ludzie to zrobili. Czy bali się, że będę miał w życiu lepiej? Że będę chciał za swoją pracę pieniądze? Nie pojmuję.

#tMgRS

Koszty nocy w najdroższych hotelach w Polsce kształtują się na poziomie powiedzmy 10-20 tys. zł za noc, załóżmy nawet, że będzie to 30 tys. zł. Tej sumy nie przebije jednak koszt mojej jednej nocy wakacyjnej... Niestety nie w żadnym najdroższym hotelu, tylko nocy w domku letniskowym nad jeziorem, z dziewczyną, którą niezbyt lubię, a z którą uprawiałem seks bez zabezpieczenia pod wpływem alkoholu. Dlaczego bez zabezpieczenia? Ja tego w ogóle nie chciałem i nie planowałem, więc oczywiste też, że nie miałem zabezpieczenia, a jako że byłem pod wpływem alkoholu, m.in. za sprawą tej dziewczyny, która hojnie mnie alkoholem częstowała, to nie miałem pełnej kontroli nad tym, co się w danej chwili dzieje. Los za to, że raz w życiu się bardziej upiłem, pokarał mnie alimentami w wysokości 800 zł na moją córkę. Oznacza to, że ta jedna jedyna noc w domku letniskowym kosztowała mnie 800 x 12 x 18 = 172 800 zł...
I to nie licząc podwyżek alimentów i faktu, że mogę alimenty płacić dłużej niż 18 lat.

#B75qu

Pierwszy raz w życiu, a trochę już lat mam, trawi mnie od środka i piecze frustra z powodu sytuacji będącej kombinacją cynizmu i bezczelności tryumfujących nad uczciwym podejściem do sprawy. Głąb, który na żywca ściągał na sprawdzianie z dosyć ważnego przedmiotu, nie ukrywając się z tym zupełnie, i co najlepsze, podobno widział to wykładowca, który zwyczajnie nie zareagował, zarobił piątki (chodzi o studia), podczas gdy ja jako jedyny niekorzystający z naukowych pomocy ledwo to w tym pierwszym terminie zaliczyłem. Tak że mogę sobie pogratulować uczciwości w podejściu do życia oraz frajerstwa.

Biję się z myślami, czy pisać skargę do dziekana z żądaniem powtórzenia kolosa, co z góry jest skazane na przegraną choćby z tego powodu, że nie jestem świnią i nie chcę robić pod górę kilku osobom, które również zaliczyły i są z tego powodu szczęśliwe, że sprawa jest z głowy, chociaż z rozmów bilateralnych już po wszystkim wiem, że każdy miał pomoce dydaktyczne, więc wychodzi, że ja jako jedyny się tego nauczyłem. Do pozostałej reszty nie mam zastrzeżeń, ale ten cyniczny baran, który nawet nie bardzo wiedział co przepisuje, mierzi mnie coraz bardziej swoją arogancją, tupetem, bezczelnością i głupimi tekstami o tym, jaki to on zaradny i jakie świetne oceny zbiera. Nie chcę również robić problemu profesorowi, którego zwyczajnie szanuję, bo tytuł na takim trudnym kierunku to jest coś, czego chciałbym mieć choć dziesiątą część w rozumie, jednak nie ukrywam, że strasznie mnie zawiódł swoim brakiem reakcji.

Swoje lata już mam i wydawać by się mogło, że przeżyłem wiele, ale po tej sytuacji straciłem znaczną część i tak już ledwie tlącego się przekonania, że przyszłość jakoś się jednak ułoży i w końcu będzie dobrze. Nie chodzi tylko o moje studia, ale o całokształt. Niestety, jeśli jakość kształcenia wszędzie wygląda podobnie jak u mnie (a nie jest to uczelnia najwyższych lotów, chodziło głównie o papier, no ale litości, jakieś minimum przyzwoitości obowiązuje), to całą naszą cywilizacją jesteśmy na równi pochyłej, coraz bardziej stromo głową w dół.

#RUmIF

Pracuję w supermarkecie na stanowisku kasjer-sprzedawca. Wiecie co jest najgorsze w tej pracy? Nie, nie wypłata. Nie, nie zapieprz. Jeśli kasjer jest bystry, zwyczajnie miły i uśmiechnięty, to da radę. Najgorsze jest sprzątanie marketu na koniec dnia... Ja rozumiem, klient nasz pan, ale do cholery, czy tego mięsa wciśniętego za paletę mąki, które dopiero jak śmierdziało, to dało się zlokalizować, nie można było dać kasjerce i powiedzieć: „Nie chcę tego schabu”? Czy nie można powiedzieć, że w koszyku rozwalił się jogurt, tylko zostawić przed kasą z myślą „może się nie wyleje”?! Czy naprawdę kasjer musi pakować pana zakupy, no bo skoro pan położył już zapakowane na taśmę i musiałam rozpakować, to i trzeba spakować. Czy trudno położyć butelkę na moją prośbę, bo jak szarpnie taśma, to spadnie, tym bardziej że stoi z brzegu? Nie i uj. Zbiło się, bo ja szarpałam taśmą automatyczną! No i sprzątnij, jak kolejka, a na zmianie tylko w trzy kasjerki.
Tak, wiem, że mogłam się uczyć, tobym tutaj robić nie musiała, ale żadne studia nie nauczą kultury i szacunku wobec drugiego człowieka.

PS W najgorszych momentach wspominam, jak pani sprzątająca jednego z klientów ściągnęła z kolejki w kasie, wręczając mu ścierę i mopa z żądaniem posprzątania kibla, który zasrał tak, że wejść się nie dało. I choć ja bałam się o nią, bo to grozi dyscyplinarką, ludzie zaczęli jej bić brawo. Jej, sprzątaczce marketu, nie jemu, „panu”. Wtedy jestem uśmiechnięta.
Dodaj anonimowe wyznanie