#Eq8FE

Z rokiem, w którym PIS wygrał mojemu ojcu normalnie odpierdala. Zaczęło się, że wypił po ogłoszeniu wyniku sam ze szczęścia 0,5l wódki jednym duszkiem. Następnie zaczęły się komentarze podczas oglądania wiadomości ciągłe wyklinanie dawnych rządzących i opowiadanie co dobrego robi teraz rząd dla ludzi zachowywał się jak Jehowy. Po jakimś czasie podczas pierwszego czarnego protestu, ubrał się cały na biało i rozdawał ulotki, które drukował w domu o ograniczenie aborcji. Ma swoją listę sklepów, dokładnie sprawdzonych. 

Chodzi do tych, gdzie szef jest Pisowcem tak samo jak on. Wyrwał mi z ręki tabletkę antykoncepcyjną dla kotki bo to wola boska aby rodziła małe. Nie zdążyłem z 2 tabletką i kotka urodziła 6 małych. Co tydzień na tacę rzuca co najmniej 100 zł, przez co skurczyło się moje kieszonkowe. Wyciągnął pieniądze z banku, który należał do kogoś z PO oszczędności, przez co stracił roczny zysk. 

Na Facebooku jest adminem na grupie popierającej PIS.Nie mogę już z nim dłużej wytrzymać, jego życie to partia nie potrafi rozmawiać o niczym innym jak o polityce i jak wcześniej kradli a teraz to 500+ to wszystkim dobrze. 

Chcę się wyprowadzić jak najszybciej i gdy się nie opanuje to zerwać kontakt bo nie jest to zdrowe zachowanie. Za rok kończę 18 lat i oznajmił mi, że wejdzie ze mną głosować aby szatan nie zwiódł mnie, bym nie zagłosował na złą partię. Oto kilka przykładów z życia mojego ojca i mojej męczarni z nim. Niech to minie...

#Mj7k2

Opiszę wam koszmar jaki mnie spotkał, gdy miałam 11 lat. Z powodu uporczywego kaszlu zostałam wysłana do sanatorium w góry. Często chorowałam, a lekarze nie potrafili znaleźć przyczyny.

W sanatorium miałam być miesiąc, a wytrzymałam tam nieco ponad trzy tyg. Byłam kozłem ofiarnym. W sali w trzema starszymi od siebie dziewczynami. Często przesiadywali u nas chłopcy.

Ja wychowana na wsi nie za bardzo wiedziałam jak mam reagować, gdy ktoś się ze mnie śmieje i mnie wyzywa, więc reagowałam agresją. Gdy ktoś na mnie krzyczał, krzyczałam na niego. Nie wiem czemu, ale czułam, że tak się "obronię"
Niestety ich było więcej.

Bawiło ich to jak próbuję się bronić.
Kiedyś gdy szliśmy do jakieś sali w grupie starszy chłopak popchnął mnie tak, że zbiłam sobie kolana, gdy wywróciłam się z impetem na podłogę.
Powiedziałam o tym pielęgniarkom, powiedziałam konkretnie kto to zrobił. Wezwała dwóch chłopaków po ok 17 lat, którzy wmówili jej, że jestem głupim dzieckiem i sobie to wymyśliłam. Uwierzyła im. Dwóch na jedną, sorry
Potem leżałam w łóżku, bo mnie bolało, a te ch*je przychodziły do nas do sali, siadały na moje bolące kolana i śmiali się wraz z dziewczynami z mojego pokoju. Dziewczynami, które rzekomo mnie lubiły.

Kiedyś dostałam tak mocno w twarz, że miałam siniaka na policzku.
Gdy siniaka zauważyła pielęgniarka powiedziałam, że stałam przy drzwiach, gdy te się otworzyły i to dlatego. Przecież wcześniej nikt mi nie uwierzył.
Teksty pt: "byłby Twoim ojcem, ale mnie pies na klatce wyprzedził" to pikuś. Potrafili dotykać moją bieliznę, wyrzucać ją przez okno. Strasznie ich bawiło tak jak ich było trzech, a ja jedna próbowałam wyrwać im moje majtki.

Raz zmusili mnie abym pocałowała się z moim "chłopakiem".
Nie chciałam tego. Byłam jak wryta, gdy ten koleś mnie całował i dotykał po szyi i po brzuchu. Właśnie tak wyglądał mój pierwszy pocałunek.

Pamiętam jak pytali mnie: "czy jesteś idiotką?" odpowiadałam nie. Dostałam w twarz. Ponowne pytanie. Znów nie. Znów policzek. Sytuacja powtarzała się tak długo aż powiedziałam: tak.

Kiedyś gdy sprzeciwiłam się kolesiowi rzucił mną o podłogę i wykręcił mi rękę tak, że prawie płakałam z bólu. Kazał mnie przeprosić, ale nie chciałam. Dociskał do tego momentu, że juz nie mogłam wytrzymać z bólu. Przeprosiłam

Apogeum? Koleżanka z sali zostawiła kasę na wierzchu, a że grasował złodziej, to wzięłam ją do kieszeni i poszłam jej szukać, aby jej oddać. Potem okazało się, że to była zasadzka, bo ktoś myślał, że to ja jestem tym złodziejem.
Nie miałam tam życia, a chciałam tylko dobrze.

Płacząc w słuchawkę powiedziałam rodzicom, że albo mnie odbiorą albo się zabije, bo nie wytrzymam tam ani dnia dłużej.
Nigdy nie powiedziałam im co tak naprawdę tam się stało. Minęło ponad 10 lat. Nikt do końca nie wie. A boli do dzisiaj.

#U91vg

Jestem studentką 1 roku medycyny. Niestety już są ludzie, którzy wypytują mnie o to, jaką wybrałam specjalizację i czy mogą się do mnie zapisać, bo oj, tu boli, tam szarpie, a może receptę wypiszę, a jeśli nie, to na pewno znam kogoś, kto wypisze, najlepiej żeby leki za darmo były. Dla niezorientowanych - najpierw robi się 6 lat studiów, potem 13-miesięczny staż, potem zdaje się egzamin końcowy i na podstawie punktów, jakie się zdobyło z niego dostaje się (albo i nie) na wybraną specjalizację. Tak więc jeszcze długa droga przede mną. W prośbach takich przodują babcie.

Siedziałam ostatnio razem z chłopakiem u jego babci. Cudowna kobieta, taka babuleńka z obrazka, robiłyśmy razem ciasto, a luby naprawiał jej komputer. Nagle dzwonek do drzwi, otwieram i ukazuje się wredna sąsiadka. Taka, co wszystkich ma za plebs, bo ona pochodzi z rodziny szlacheckiej, na dzień dobry nie odpowiada, przyczepia się do wszystkiego, za to cukier chętnie pożyczy. Ot, chyba wszyscy znają taki typ. No i właśnie przyszła po jakiś drobiazg. Niestety Pani Babcia, jak ją nazywam, nie ma w sobie za wiele asertywności, i już szuka, choć z chłopakiem próbujemy sąsiadkę wyprosić.

W międzyczasie sąsiadka zainteresowała się mną, zaczyna wypytywać. Gdy usłyszała magiczne słowo "medycyna", zaświeciły jej się oczy i nie dosłuchała, że dopiero studia. I że ojej, bo coś mnie ostatnio w krzyżu łupie. Ja na to, że chętnie przyjmę, bo chociaż nie jestem od tego, to na pewno jej się przyda. Nie mam wizytówki, ale proszę, już piszę. Wzięłam kartkę, długopis i napisałam "Imię i nazwisko [inne niż moje, żeby nie znalazła mnie w razie czego], Prywatna praktyka psychiatryczna, przypadki ciężkie. [adres]". Jak to zobaczyła, to się zapowietrzyła i trzasnęła drzwiami.

Pani Babcia stoi w progu kuchni i ze zdziwieniem się pyta, gdzie się podziała sąsiadka, my z chłopakiem ledwo powstrzymujemy śmiech. Przyznałam się w końcu co zrobiłam i dostałam gratulacje. "Bo widzisz, dziecko, ja z nią nie mogłam, aż się znalazł ktoś, kto ją wygonił. Dzięki ci piękne, całe ciasto będzie dla ciebie".
Tym sposobem zyskałam całą blachę pysznego ciasta marchewkowego i jej wdzięczność :D

#P7DGH

Jestem w pełni samodzielną studentką. Sama się utrzymuję i sama o sobie decyduję. Do rodzinnego domu na drugim końcu Polski zjeżdżam tylko na święta (w wakacje też pracuję).
Moi rodzice są dość upierdliwi i staroświeccy, nie raz odwalali mi akcje typu: zabieranie ubrań, które są niegodne szanującej się panienki, więc gdy tylko mogłam, ograniczyłam kontakt do minimum. Tym razem również się nasłuchałam. Gdy przyjechałam, miałam włosy do pasa i wściekle różowe ombre. No właśnie, miałam.

Na noc wiążę włosy w kitkę, po pierwszej nocy w domu obudziłam się bez niej. Moja szurnięta matka ścięła ją tuż za gumką. Gdy poszłam zapytać co tu się KUR*A stało, znowu się nasłuchałam od matki, że wyglądałam jak ćpunka, co ludzie powiedzą i tak dalej. Ojciec jej tylko wtórował.

Tego było za wiele. Spakowałam się, wyszłam i już więcej nie mam zamiaru wracać. Teraz jestem już u siebie i chce mi się płakać. Miałam obsesję na punkcie długości moich włosów, to właśnie one były moim największym atutem, wręcz hodowałam je. Teraz czuję się jak babochłop. Do fryzjera pójdę dopiero po świętach, ale wiem, że tu nic sensownego nie da się zrobić. Kitka była związana niedbale, a matka prawdopodobnie cięła ją tępymi nożyczkami. Najdłuższe kosmyki sięgają ledwo za uszy, jednak spora część odstaje zaledwie centymetr od głowy, najprawdopodobniej skończę ze strasznie krótką fryzurą, których tak nienawidziłam od dzieciństwa. Nawet pisząc to wyznanie wciąż płaczę. Ponad trzy lata zajmie mi odzyskanie takiej długości, jaką miałam.

#t9w01

Natknęłam się w poczekalni na historię o niewymawianiu "R" i postanowiłam podzielić się swoją. Nie będzie raczej porywająca, choć może kogoś rozbawi.

Zacznę może od tego, że chodziłam do logopedy przez jakieś 4 lata, gdy byłam dzieckiem, nie przyniosło to jednak szczególnych efektów. Mimo powtarzania wierszyków i łamańców, rozumienia schematów tego jak ma się język ułożyć, jak drgać itd. oraz ćwiczeniu tego ile tylko można, po prostu nie wychodziło (potem okazało się, że może to utrudniać zła budowa podniebienia, ale to już inna historia i opowiem ją innym razem). W końcu sama nauczyłam się jakoś maskować tę wadę, lecz wciąż nie jest to prawdziwe, dźwięczne "R", a bardziej takie jak we francuskim czy niemieckim. W normalnej rozmowie aż tak tego nie słychać, lecz są momenty, gdy rzuca się w oczy (czy raczej w uszy).

1. Wszelkie urządzenia elektroniczne: telefon, mikrofony, dyktafon. Nie wiem, jak to się dzieje, ale gdy mówię przez któreś z nich, od razu słychać, że z moim "R" jest coś nie tak. Tym sposobem ludzie, których znam z internetu i rozmawiam z nimi przez komunikatory głosowe, od pierwszej rozmowy słyszą, że coś jest "nie tak", podczas gdy osoby z mojej klasy czy sąsiedztwa nie zauważają tego zwykle, póki sama się nie przyznam i nie zaczną się nad tym głębiej zastanawiać.

2. Języki obce. Do pewnego momentu moje "R" było nawet atutem (angielski, niemiecki, francuski, języki skandynawskie itp.), lecz kiedy przychodzi do rosyjskiego lub, z drugiej strony, hiszpańskiego, czuję wielką niemoc. Wielokrotnie zwracano mi uwagę na "za dużo wpływów z angielskiego/francuskiego", a mi głupio się przyznać...

3. Emocje. Maskowanie wady wymowy wymaga właściwie ciągłego skupienia, a kiedy zaczynam się denerwować albo ekscytować, mówić dużo i szybko - oczywiście mówię też dużo mniej wyraźnie i w pewnym momencie wszystko przestaje działać tak jak powinno. Gdy w szczycie złości powiem komuś "pieldol się", zwykle nie udaje się już utrzymać powagi sytuacji.

4. Najbardziej problematyczne są jednak nagromadzenia "R" obok siebie. Rower? Masakra. Czarna krowa w kropki bordo? Wolę nawet o tym nie myśleć. Niestety, rodzice nie przewidzieli katastrofy i obdarzyli mnie zacnym imieniem BARBARA. Cóż, niedługo będę musiała przestać przedstawiać się jako "Basia", bo na pewnym etapie życia już trochę nie przystoi. Już nie mogę się doczekać kilkukrotnego powtarzania danych osobowych za każdym razem, gdy będzie je trzeba gdzieś podać. Będzie zabawnie.

PozdRRRawiam :D

#1Apqh

Jednym z momentów w moim życiu, kiedy najbardziej wstydziłem się tego, jakim jestem człowiekiem, był moment, gdy zasłabłem w autobusie, a kobieta, którą wcześniej wyzywałem w myślach od obrzydliwych kaszalotów i wymyślałem dla niej najbardziej kreatywne obelgi, zaoferowała mi wodę, otarła mi twarz chusteczką, proponowała wezwanie karetki albo mojej rodziny i praktycznie odprowadziła mnie do domu twierdząc, że sumienie nie dałoby jej spokoju, gdyby nie miała pewności, że jestem cały i zdrowy.

#At8Fo

Nasz syn ma prawie dwa lata. Od chwili jego narodzin wysłuchuję rad, w jaki sposób powinnam go wychować, jak ubierać, co powinien jeść, co JA powinnam jeść, a czego nie (gdy jeszcze karmiłam go piersią), co ma wziąć, by przestał kaszleć itp. Zna to pewnie każda młoda mama :)

Słyszę grzmiące słowa "książką i Internetem dziecka nie wychowasz!" (lubię wiedzieć co mówi fachową literatura, nie wierzę ślepo w to, co czytam, ale czasem sprawdzam co może zadziałać, modyfikuję, próbuję. Mam swój rozum). Względem rad rodzinki bliższej i dalszej wyznaję zasadę "pogada sobie, pogada, posłucham, a i tak zrobię jak uważam", ale czasem cierpliwości mi brakuje, gdy kolejny raz słyszę to samo (szczególne gdy to co słyszę uważam za kompletną bzdurę lub wiedzę przestarzałą o dobre 20 lat), tłumaczę dlaczego tak nie robię, a druga strona swoje. To ogólny zarys sytuacji.

Pewnego dnia odwiedziły nas moje ciotki (obie bezdzietne singielki po 50) i moja babcia, a ich mama. Syn miał wtedy 1,5 roku i zrobił kupkę w pieluchę (oczywiście oswajamy go z nocnikiem, ale na całkowitą rezygnację z pieluch jest jeszcze dla niego za wcześnie). Zmieniam mu tą nieszczęsną pieluchę, a te trzy stoją i gadają:
- Ojej, taki duży chłopczyk i jeszcze robi w pieluszkę!
- A nie wiesz gdzie nocniczek?
- Jak chcesz kupkę, to wołaj! Dlaczego chłopczyk nie woła?
Miałam tego powyżej uszu i wypaliłam:
- Nie przejmuj się, synu, za 10 lat one też mogą robić w pieluchy.
I nastała cisza...

Cud, że się nie obraziły na amen, pewnie dlatego, że (pomimo irytujących rad) jesteśmy blisko, ale plus, że na pewien czas mieliśmy spokój. Ja i dziecko ;)

#Rc8kb

Jeszcze dwa lata temu nauczyciele w mojej szkole normalnie prowadzili lekcje. Potem wprowadzono rzutniki, te super nowoczesne tablice, prezentacje itd.

Efekt tego jest taki, że gdy w szkole była awaria i nie było prądu, przez cały dzień nic nie robiliśmy, bo nauczyciele nagle nie wiedzieli, jak prowadzić lekcje.

#C0655

Nigdy nie miałam ze swoim chłopakiem "cichych dni". Nie dlatego, że nie mamy powodów do kłótni, ale dlatego, że kiedy się obrażę na śmierć, on zaczyna śpiewać "Petitki Lubisje to przepyszne misje" z udawanym wschodnim akcentem, a ja nie jestem w stanie powstrzymać śmiechu. To działa od 4 lat.
Dodaj anonimowe wyznanie