Historia o tym, jak się zaręczyliśmy. A właściwie, jak tego nie zrobiliśmy.
Kilka lat temu mój chłopak wpadł na pomysł w prima aprilis, żeby wkręcić rodzinom, że się zaręczyliśmy. Myśleliśmy, że nie uwierzą tak łatwo. Ale uwierzyli.
I my też. Tak nam się wkręciło mówienie, że bierzemy ślub, że w sumie... sami się przekonaliśmy. I tak doszło do planowania ślubu i zakładania rodziny, a w sumie nie było żadnych zaręczyn i chyba nikomu to nie przeszkadza.
Mój przyszły mąż zaprosił mnie na weekend na działkę swoich rodziców. To przemili ludzie, ale jakoś strasznie się przy nich stresuję. Oni - zamożna, ale skromna, kulturalna rodzina, potomkowie szlachty, mają własny herb. A z drugiej strony ja - po prostu ja.
Na owej działce produkują własne wino - poczęstowali nas. W moim genialnym umyśle ubzdurałam sobie, że na bani będę pewniejsza siebie.
Po wypiciu całej butelki byłam rzeczywiście w swoim żywiole...
Przyszłej teściowej ciągle powtarzałam, że zazdroszczę jej świetnego biustu i mam nadzieję, że dzieci zestarzeją mi się tak dobrze, jak ona. Teściu podał gulasz własnej roboty - zżarłam pół gara, poszłam do łazienki, zrzygałam się, wróciłam i zapewniałam, że pyszny (serio był dobry, to ja byłam najebana). Jeszcze zdążyłam uczyć teściową tańca brzucha oraz stwierdzić, że do ślubu welonu nie założę, bo to symbol dziewictwa, a my z Adamem (narzeczony) to generalnie szalejemy.
Następnego dnia wyjechałam, bo ze wstydu bym spłonęła. Narzeczony z rodzicami nie mają do mnie żalu (teściowa dała mi nawet wodę z ogórków i paracetamol na drogę), ale po tej akcji wcale nie będę się stresowała mniej przy kolejnym spotkaniu.
Pracowałem kiedyś w księgarni w Sky Tower we Wrocławiu. Może to kwestia lokalizacji, ale pełno klientów było w stylu "znam dyrektora - już tu nie pracujesz". Powody awantur były błahe, ludzie potrafili zmieszać mnie z błotem za nic.
Hitem był facet, który kazał mi szybko przyszyć mu guzik w płaszczu, bo mu się oderwał, "a zaraz ma bardzo ważne spotkanie z prezesem czegoś tam". Oferował mi za to 2 zł. Kiedy odmówiłem (nie miałem nawet nitki), zwyzywał mnie od nieudaczników, którzy, cytując z pamięci, "nigdy nie osiągną jego poziomu majątku, nie korzystając z nadarzającej się okazji".
Co ciekawe, jednym z najmilszych klientów, a kasowałem go parokrotnie, był
Leszek Czarnecki, miliarder i właściciel całego budynku.
Kojarzycie tą pastę o ojcu wędkarzu?
Ja też urodziłem się w rodzinie, w której i ojciec, i matka są pasjonatami. Akwarystyki. W ogóle poznali się na jakiś targach skalarów czy czymś podobnym i od tego momentu ich miłość kwitła.
Ludzie latami zbierają na samochody, ojciec latami tworzył swoje wymarzone akwarium 1375 l, na zamówienie. Mieszkają w małym mieszkanku i to akwarium zajmuje pół pokoju - a, oczywiście, nie jest to jedyne akwarium. Mama nauczyła się kupować akcesoria w Chinach, więc teraz co tydzień przychodzi jakieś milion paczek z artykułami typu Żywicy Zamek Dekoracji Starożytne za 2$. Połowa kończy w szufladzie, bo żal wyrzucić, ale też żal rybom dać, bo taki badziew.
Ta pasja moich rodziców (którą naprawdę podziwiam) zawsze wpływała na moje życie. Uważali, że ja również, jako ich syn, mam w duszy wielką miłość do gupików i neonów. Ja jednak miałem w duszy wielką miłość do gitary, która nigdy nie została zrozumiana. Pamiętam, jak na 18. urodziny dostałem, zamiast wymarzonej gitary, zarąbiście duże akwarium, którego nie było gdzie położyć, więc zajęło miejsce na komodzie, na której wcześniej trzymałem swoją ukochaną kolekcję figurek. W sumie był to bardziej prezent dla rodziców niż dla mnie, bo to oni z wielkim podekscytowaniem zaplanowali wystrój, zakupili rośliny i "doradzili mi" jakie ryby wybrać (gatunek, o którym marzyła moja mama).
W końcu jednak się wyprowadziłem do innej dzielnicy mojego miasta i poznałem dziewczynę. Strasznie fajna, ładna, miła, pogadaliśmy razem o muzyce i serialach. Więc jesteśmy sobie na trzeciej czy tam czwartej randce, jemy loda w moim ulubionym parku, a tu nagle BUM - pojawiają się moi rodzice. Na początku standard: "A kto to? O, masz dziewczynę! O, jak miło! Nic nie mówiłeś, Piotrusiu", a potem mija pięć minut i mój ojciec zaczyna "No najgorsze są zoologi, nic ci nie powiedzą, a potem taki nowicjusz wrzuca te ryby do wody z kranu i wielki szok, że zdychają po tygodniu". Do akcji wchodzą neonki, brzanki, molinezje, a moja dziewczyna siedzi i słucha. No fajnie, pewnie ucieknie.
I nagle zaczyna kłócić się z moim ojcem, czy lepsze akwa proste czy profilowane. Ja w szoku. Dyskusja schodzi na rośliny.
No i okazało się, że moja dziewczyna też jest zarażona tą pasją. Aktualnie nie wiem, czy dalej się spotykamy dlatego, że coś dla niej znaczę, czy dlatego, że z moją matką omawiają nowy wystrój akwarium.
Aha, i dostałem na prezent urodzinowy takie mniejsze akwarium do nowego mieszkania, bo wszyscy widzieli, jak jest mi smutno, że nie mogę wziąć tego "swojego" starego (wymówiłem się brakiem miejsca). Wyśmienicie.
Jestem 33-letnią matką, żoną i alkoholiczką. Nie piję codziennie, ale jak zacznę, to nie przestanę do tzw. zgonu. Nikt nawet tego nie podejrzewa. Kiedyś poruszyłam ten temat, to mnie wyśmiano. Zupełny brak wsparcia plus co ludzie powiedzą. Mąż uważa, że nie mam problemu. Ja wiem swoje. Na razie tłumaczę brak picia lekami na ciśnienie (nie biorę). Chcę do AA i się wstydzę.
Jestem tak samotny, że dzisiaj śniło mi się, że kogoś przytulam. To była najwspanialsza chwila, jakiej doświadczyłem w ciągu ostatnich kilku lat.
Tak, jak napisałam w wyznaniu #kPpAG, moja mama często wyjeżdżała i dostawała najróżniejsze prezenty. Tata za to często chodził do swoich pacjentów.
Dziesięć lat temu latem, standardowo, zostałam sama w domu z wiedzą, że ktoś ma przyjść z prezentem dla mamy. Zawartość przesyłki miała być niespodzianką, więc mama nie wiedziała, co dostanie.
W końcu w okolicach 10 zjawił się gburowaty facet z ogromną skrzynią. Położył ją w progu, kazał coś podpisać i pomimo prośby o pomoc odszedł, tym samym zostawiając drobną mnie z ogromną przesyłką, którą, na prośbę mamy, miałam zanieść na pierwsze piętro.
Zebrałam się i uniosłam skrzynkę, ale już po dwóch schodkach nie dałam rady i zwyczajnie wywaliłam się. Coś trzasło. Ze skrzyni zaczęło wpływać wino i zalewać schody.
Nie miałam wtedy najlepszej relacji z mamą, często się kłóciłyśmy, a tata po pracy bywał zmęczony i nie chciałam go dodatkowo stresować, więc zaczęłam panikować.
Na szczęście po spojrzeniu na zegarek uświadomiłam sobie, że do przyjścia taty zostało pięć godzin, bo gdzieś tam jeszcze miał wstąpić itd. Uradowana wytachałam skrzynię na zewnątrz i... szkło zakopałam pod płotem, a skrzynię zaciągnęłam pod płot sąsiadów. Po tym dokładnie wymyłam schody, wywietrzyłam cały dom i pobiegłam do sąsiadki. Skrótowo wyjaśniłam o co chodzi i że ma nikomu nic nie mówić, po czym zerwałam z jej ogrodu kilka róż, razem przyozdobiłyśmy je różnymi wstążkami, zapłaciłam i wróciłam zadowolona do siebie.
Mama była trochę zawiedziona prezentem, ale przynajmniej uniknęłam kłótni. ;)
Wielka sobota, 7:30. Obudziła mnie kłótnia.
7:35. Odciągam tatę, który rzucił się na mamę.
8:00. Dzwonię po policję. Mama grozi, że się zabije.
8:50. Przyjeżdża policja. Tracę poczucie czasu. Zabierają tatę. Mama wpada w panikę, zaczyna go bronić. Wynoszę się z domu.
20:43. Dostaję SMS z podziękowaniem od mamy za wezwanie policji, która pomogła zdenerwować ojca, który po powrocie z izby wytrzeźwień dokończył to, co zaczął rano.
Szedłem sobie chodnikiem po dość mało uczęszczanej ulicy, wkoło nikogo, po lewej jednia, po prawej płot i nagle… cios w głowę, potworny ból, ciemno przed oczami… No nie straciłem przytomności, ale było blisko.
Okazało się, że miejscowe kawki rozbijają orzechy rzucając je na płytki chodnika, ale niektóre mylą orzechy z kamieniami…
Guz jak orzech, ale kokosowy.
Byłem jeszcze dzieckiem, razem z dziadkiem wybraliśmy się do pobliskiego parku. Podążaliśmy przez las. Ja, 9-letni chłopiec z zabawkowym pistoletem w ręku, biegnący przed dziadkiem, strzelałem do drzew, jak to dziecko. W połowie drogi do parku poczułem bolesne jakby ukłucie w nodze, poczułem ogromny ból. Gdy spojrzałem na nogę, ujrzałem ogromnego psa (po latach dziadek wspominał go jako coś jakby czarny owczarek niemiecki). Pies jednym szarpnięciem powalił mnie i zaczął szarpać oraz ciągnąć mnie po ziemi... I w tym samym momencie ujrzałem mojego dziadka rzucającego się na psa, porównałbym to do ataku lwa na hienę. Całego przebiegu walki nie pamiętam, ale wiem, że dziadek i pies bardzo długo szarpali się na ziemi. Moment, który utkwił mi w głowie to dziadek duszący psa i cały pokrwawiony. Pies wyrwał się dziadkowi, gryząc go po rękach, dziadek po którymś ugryzieniu wstał i kopnął tego psa z takim impetem, że usłyszałem trzask. Pies zaczął skomleć i uciekł. Obserwowałem to w bezruchu, z jednej strony płacząc z bólu, ale balem się, że pies zagryzie dziadka i przy tym zapominałem, co mi się właśnie przydarzyło.
Po całej sytuacji dziadek niósł mnie na rękach do domu. Tam chwilę poczekaliśmy na ojca, który zwolnił się z pracy po telefonie dziadka i zabrał nas do szpitala.
Pamiętam, jak dziadek niosąc mnie na rękach ciągle mnie pocieszał i mówił, że nie będę musiał chodzić do szkoły parę dni, że pójdziemy do sklepu, a w jego oczach widziałem łzy. Teraz sobie zdaję z tego sprawę - jaki on musiał czuć ból w stosunku do mojego jednego małego ugryzienia.
Psa uśpiono, okazało się, że był z osiedla niedaleko parku, a właścicielka poniosła grzywnę.
Dzisiaj rozmawiałem o tej sytuacji z ojcem. Obecnie mam 17 lat, dziadek już nie żyje, ale ojciec opowiedział mi, jak siedział i rozmawiał ze swoim tatą.
Dziadek powiedział, że ugryzienia bolały niesamowicie, ale nie mógł pozwolić, by pies wygrał, bo dorwałby się wtedy do mnie (dodam jeszcze, że dziadek służył jako żołnierz zawodowy, miał stopień chorążego z tego co wiem).
Dzięki, Dziadku, za wszystko, spoczywaj w spokoju.
Dodaj anonimowe wyznanie