Dwa tygodnie temu postanowiłam zawalczyć z depresją.
Jeśli zastanawialiście się kiedyś, ile czasu zajmie rozplątanie niemytych i nieczesanych dwa miesiące 80-centymetrowych włosów... 18 godzin. Kłąb wyczesanych - wielkości cheeseburgera.
Niedawno wstawiłam wyznanie o mojej przyjaźni z gołębiem.
Jak pisałam w komentarzu, gołąbek nazywa się Ziarenko.
Od pewnego czasu Ziarenko zaczął siadać mi na ramieniu, kiedy czekał ze mną na autobus.
I dzisiaj przyszłam z kolejnym wydarzeniem z Ziarenkiem jako główną postacią.
Zaczynając: Mieszkam na 3 piętrze. Ziarenko nigdy nie wszedł ze mną do klatki, więc tym bardziej do mieszkania. Postanowiłam pokazać mu w jakiś sposób mój balkon, bo powoli brakowało mi Ziarenka, a same spacery do autobusu mi nie wystarczyły. Więc co wymyślił mój mózg? Że zacznę rzucać gołębiowi ziarna i chleb najwyżej jak się dało.
Pomijając kilka ofiar (m.in stara babcię obrzuconą chlebem), w końcu się udało. Ziarenko pofrunął do góry i siadł na balkonie. Nic wielkiego się nie stało. Do czasu.
Następnego dnia była niedziela. Gołąb siedział ze mną na balkonie i "gadaliśmy", po chwili ptak gdzieś poleciał na dach. Ja w obawie wyjrzałam za ramę balkonu. A ten miły i kochany gołąbek ściągnął za sobą całe stado gołębi!
Nie dość, że zużyłam kilka opakowań chleba i ziaren, to musiałam wymyć cały balkon z ptasich odchodów.
Spokojnie, Ziarenko więcej nie zrobił takiej akcji, a ja dalej mam stałego towarzysza.
Pierwsza nocka w pracy. Muli jak cholera. Do roboty nie było kompletnie nic. Poszedłem w ustronne miejsce, położyłem się na ziemi. Przybrałem niewygodną, "przypadkową" pozycję i zasnąłem. Zanim ktoś mnie znalazł, minęła dobra godzina.
Gdy obudził mnie kolega, powiedziałem mu, że straciłem przytomność, pamiętam tylko mroczki przed oczami i koniec.
Pozwolili mi iść do domu wcześniej :)
Miałam wtedy może osiem lat... na pobliskim placu zabaw straszyła wtedy grupa "lokalesów" - ludzi bardzo młodych, butnych i okrutnych. Potrafili ot tak bić mniejsze dzieci, dokuczać im, czasami też okradać z dwóch złotych na soczek. Rodzice albo nie dawali wiary, albo nie dawali rady gnojków złapać, ewentualnie sami stanowili mniejszą siłę niż tamta kilkunastoosobowa grupka gówniarzy. Zbiorowo i indywidualnie jakoś nigdy nic grubszego nie udało się zdziałać w tej sprawie. Uciekali, zakrzykiwali co słabszych psychicznie, mieli dobre opinie w szkole, gdy ktoś kto ich znał doniósł, itd...
Moje osiedle leżało bardzo blisko pewnego lubelskiego uniwersytetu, w związku z czym przechodziła przez nie całkiem spora ilość studentów/studentek. Pewnego dnia, gdy poszłam z koleżankami na plac późnym, czerwcowym wieczorem, zostałam pobita przez "kolegów" ze szkoły (ja klasa 1, oni 7). Uciekałam z płaczem do głównej alei osiedla, aż wpadłam na nogi dwóm młodym kobietom, które zapytały mnie co się stało. Przytuliły mnie, wytarły łzy, krew z rozbitego nosa i poczęstowały gumą. Gdy im wyjaśniłam co się stało, jedna z nich poszła do pobliskiego akademika, a po jakimś czasie wróciła z dwoma rosłymi chłopakami i powiedziała, żebym ich zaprowadziła na ten nieszczęsny plac.
Pokazałam im z daleka, kto mnie i koleżanki dręczył. Pani najpierw poszła z nimi porozmawiać, a kiedy i ją zwyzywali i zaczęli w nią rzucać śmieciami, wróciła do nas i poszli tam jej koledzy. Ja i oni wcześniej czekaliśmy za rogiem najbliższego bloku. Nie wiem, co dokładnie się stało, bo tamta pani po prostu powiedziała, że odprowadzi mnie i wkręconą po drodze w to koleżankę do domu i tak też zrobiła, a ja nie miałam powodu, żeby się stawiać. Od tamtej pory tamto towarzystwo więcej na placu się nie pojawiło i nie rozrabiało na osiedlu.
Potem każdej młodej kobiecie i mężczyźnie mówiłam "cześć", bo byłam pewna, że oni wszyscy się znają i są kolegami/koleżankami, a co za tym idzie, i oni znają mnie i wiedzą o co chodzi. Zawsze każdy mi odpowiadał i uśmiechał się do mnie, a ja i koleżanka z tamtej akcji chodziłyśmy dumne jak pawie, bo byłyśmy kumpelami pań studentek :)
W dzieciństwie miałam pewną dziwną przyjaciółkę. Nie chodziła ze mną do szkoły, ale mieszkała kilka domów dalej. Zawsze przychodziła do mnie, gdy nikogo nie było i szła sobie zanim rodzice zdążyli przyjść. Chyba tylko raz widziała się z moją mamą. Często też włóczyłyśmy się po lesie. U niej w domu bywałyśmy raz na dwa tygodnie i zawsze te wizyty były dziwne - w domu pusto, wchodziłyśmy garażem, jej pokój w ogóle nie miał zabawek, zabraniała czegokolwiek dotykać, a jak już się coś przestawiło, to później trzeba było przestawiać itd. Ważne dla historii jest też to, że jako dziecko byłam chorobliwie nieśmiała. Tzn. wielkim problemem było dla mnie powiedzenie komuś "dzień dobry". Tak więc nigdy się nie odważyłam pójść do mojej przyjaciółki i spytać o nią. Ją to nawet cieszyło, więc tak sobie żyłyśmy przez kilka lat.
A potem tak po prostu przestała przychodzić, nie widywałam jej nigdzie itd. Oczywiście byłam zbyt nieśmiała, by o nią spytać, więc najpierw zamartwiałam się, a po dwóch latach zaczęłam zapominać o jej istnieniu. Potem w liceum przeprowadziłam się do dziadków i już całkowicie skupiłam się na innych rzeczach.
Ostatnio wróciłam do rodzinnego miasta i miałam okazję porozmawiać z matką mojej byłej przyjaciółki.
Spytałam co u jej córki. Wtedy sąsiadka spojrzała na mnie zdziwiona i stwierdziła, że przecież ona dziecka nie ma i nigdy nie miała.
Przez całe życie miałem jednego, cudownego przyjaciela. Był dla mnie zawsze wtedy, kiedy go potrzebowałem. Rodzice śmiali się, że jak któryś z nas będzie musiał bez drugiego przeżyć choć parę dni, to nie wytrzyma. To była prawda. Zawsze czułem, że łączy nas więź, której nikt nie potrafi wyjaśnić. Wiedziałem, kiedy jest smutny, nawet bez rozmowy z nim, on potrafił czytać ze mnie jak z otwartej księgi. Nikt ani nic nie potrafiło nas rozdzielić, nic oprócz śmierci. Miał 21 lat.
Płakałem, krzyczałem, wyłem. Nie potrafiłem uwierzyć, że on nie wróci. Rozwaliłem automat z jedzeniem w szpitalu. Trzech dorosłych mężczyzn nie potrafiło mnie utrzymać, więc dostałem środki uspokajające. Po obudzeniu się po prostu wyszedłem, nie mówiąc nic nikomu z rodziny. Pojechałem do naszego azylu (łąka poza miastem) i zasnąłem tam na dosłownie godzinę. Do domu wróciłem nad ranem i próbowałem zasnąć, ale nie umiałem.
Nie chcę wiedzieć, jak wyglądałem na pogrzebie, bo pamiętam ich przerażone miny, kiedy mnie zobaczyli. Wtedy już nawet nie płakałem. Wiedziałem, że nie dam rady zostać w tym mieście, bo to mnie zjadło od środka. Rodzina się obraziła, bo przecież jak mogę ich zostawić i przeprowadzić się do babci. Wstyd dla nich i dla mnie. No cóż, przykro mi, ale to było ponad moje siły.
Teraz, kiedy mam 30 lat, wciąż mam to uczucie pustki w sobie. Nikt nie potrafi tego wypełnić, ani moja żona, ani dzieci. Dzisiaj razem z nimi po raz pierwszy odważyłem się wrócić do tego miasta. Do niego. Znowu istnieliśmy tylko dla siebie. Znowu czułem tylko jego. Znowu wiedziałem, że jestem bezpieczny. Znowu poczułem to, czego nie mogłem od jego śmierci.
Znowu bolało tak samo jak w dniu pogrzebu. Nigdy nikomu się do tego nie przyznam, ale umarłem razem z nim.
Jestem ofiarą stalkingu. Nie znam tej osoby, ale codziennie dostaję od niej małe rzeczy (około 10-15 zł). Mieszkam w dużym bloku, około stu mieszkań, obok kilka podobnych budynków. Nie pamiętam wielu sąsiadów, ale odkąd (3 mies.) to się dzieje, staram się znać nazwiska i twarze tylu, ilu mogę. Jednak nadal nie przyłapałam swojego stalkera.
Wiem o nim kilka rzeczy:
1. Jest to osoba, która zna się na makijażu i damskich ubraniach. Mogłabym założyć, że to kobieta, ale czytałam o stalkerach, wychodzi na to, że szybko się edukują na temat hobby ofiary. Więc nie wiadomo.
2. Jest to osoba niepełnoletnia, chodzi do pierwszej klasy liceum. Skąd to wiem? Kilka dni temu nie miała co mi dać. Jej prezenty były mniejsze niż zwykle, np. temperówka, założyłam, że są to jej lub ukradzione kolegom rzeczy. Przekazała mi też swój podręcznik. Niepodpisany, zadbany, od EdB. Zaniepokoiło mnie to. Ta osoba czuje ze mną połączenie przez przekazywanie mi jakichkolwiek przedmiotów, więc je kradnie lub oddaje swoje ważne rzeczy, jeśli nie ma co mi dać. Ewentualnie chce mi dać trochę informacji.
3. Zna się na technologii lub ma zwykłą wiedzę, która w porównaniu z moją niewielką jest spora. Znalazłam jakiś breloczek w torbie, którego sama nie kupiłam. Był to GPS. Jestem pewna, że byłam śledzona i ktoś czekał na okazję do wrzucenia.
No dobra, ale co ta osoba mi daje? Na początku pomyślałam, że ktoś to zamówił sobie i kurier pomylił drzwi, zostawił na klamce lub wycieraczce, że to jakaś reklama maseczki. Wywalałam to, a taką maseczkę sobie zostawiłam, bo myślałam, że to próbka. Była to maseczka w miarę tania, pasująca do mojej cery. To mi dało do myślenia, bo dzień przed narzekałam na snapchacie, że mam suchą skórę. Ale pominęłam to, uznałam za przypadek, zobaczymy co będzie jutro. I jutro taki słoiczek podkładu, pasujący do koloru mojej skóry (jestem bardzo blada).
Nie był w oryginalnym opakowaniu, więc po prostu sprawdziłam kolor na szyi i wywaliłam. Później zaczęłam kolekcjonować te przedmioty. Mam w szafie całe pudło, jakieś ubrania, totalnie bezsensowne rzeczy typu szpatułka do naleśników albo gadżety z Tigera. Dziwne rzeczy wyrzucam, na resztę naklejam datę. Jeśli kiedyś będę miała odwagę pójść na policję, będzie dowód.
Szczerze, to się tego boję strasznie, że kiedy skonfrontuję się z tym stalkerem i go jakoś odgonię, to wpadnie w furię i zamiast malutkim dziwnym dodatkiem do mojego życia stanie się potężnym wrogiem, który wie o mnie za dużo. Nie wiem co robić. Chciałam zobaczyć twarz tej osoby kilka razy wstając o piątej i patrząc przez wizjer kilka godzin. Unika pola widzenia wizjera, przechodzi pod nim. Jest bardzo ostrożny, a ja się boję wyjść go zobaczyć. Nienawidzę tej osoby i nienawidzę siebie za tchórzostwo. Jeśli chciałby mnie zranić, już by to zrobił. Powoli zaczynam się bać poranków.
Na ogół jestem dość grzecznym i bezproblemowym człowiekiem, ciężko pracuję, nie lubię kłamać i nie lubię stwarzać sobie problemów, ale największego przekrętu w moim życiu nigdy nie zapomnę.
Zaczęłam wtedy pracę w nowej firmie i nie wiedziałam, że są tam też pracujące weekendy, jakoś nie dopytałam, a może po prostu zapomniałam - nie wiem. No i jakoś w drugim tygodniu pracy dostałam grafik, a tam niedziela pracująca. Bardzo mi to nie odpowiadało, bo w sobotę miałam iść do koleżanki na urodziny, ale pomyślałam, że kiepsko wyskakiwać z takim argumentem do szefa w nowej pracy, więc postanowiłam wymyślić coś innego. No i wymyśliłam - mój brat mieszka za granicą i przylatuje w niedzielę, no i muszę po niego pojechać na lotnisko, i to na dodatek do Krakowa, na drugi koniec Polski. Myślałam, że przejdzie gładko, ale mój szef był sprytniejszy i powiedział, że nie ma problemu, ale żebym w poniedziałek przyniosła mu pokazać bilet lotniczy, wtedy nie wyciągnie żadnych konsekwencji. Trochę mnie ścięło z nóg, przyznaję, już z dwojga złego wolałabym odpuścić sobie te urodziny i po prostu iść do pracy, ale jak powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B.
Przeszukałam internet w poszukiwaniu tanich lotów, znalazłam taki za 20 zł, kupiłam go, zrobiłam szybką odprawę, ściągnęłam kartę pokładową i przystąpiłam do ciężkiej pracy. Wyszukałam w internecie niedzielne loty z jakiegoś miasta w Anglii do Krakowa, spisałam wszystkie dane, godzinę, numer lotu i inne szczegóły, potem ściągnęłam próbną wersję Photoshopa, obejrzałam na YouTube kilka filmików, jak go używać i po prostu przerobiłam mój bilet. Zmieniłam imię i nazwisko, miasta, godziny i wszystko inne, tak by zgadzało się ze szczegółami lotu niedzielnego, dopilnowałam wszystkiego, na wypadek gdyby szef chciałby sprawdzić, czy taki lot faktycznie się odbył, potem tylko wydrukowałam, trochę pomięłam, by wyglądał na używany i tyle.
W poniedziałek z walącym sercem poszłam do szefa pokazać mu bilet, on tylko zerknął, stwierdził, że wszystko w porządku i na tym koniec historii.
Mówią, że kłamstwo ma krótkie nogi, ale mi się udało, ta historia wydarzyła się kilka lat temu, a w tej firmie przepracowałam jeszcze sporo czasu. Mimo to już nigdy w życiu nie okłamałam żadnego pracodawcy. Tylko na te urodziny nie poszłam, bo stresowałam się tak bardzo moim przekrętem, że odeszła mi ochota na imprezę.
Pracuję jako projektant w jednej z większych firm, która sprzedaje armaturę łazienkową. Dzisiaj skorzystałam z chwili wolnego czasu i zajęłam się zmianą aranżacji wnętrz.
I gdy tak stałam i wkręcałam żarówkę w nową lampę nad kiblem, zauważyłam typową madkę z rozwrzeszczanym małym gówniakiem. Madka ciągnie bachora za rękę i rozpływa się nad "wy*urwistym lustrem, acz drogim w ch*j", dzieciak wyrywa się z uścisku i biegnie w siną dal. OK.
Po 10, może 15 minutach podchodzi do madki i mówi "mamo, kupa", więc mamuśka pyta gdzie łazienka. Grzecznie kieruję małego zasrańca i wracam do pracy.
Po godzinie podchodzi pani Basia sprzątaczka - urocza, aczkolwiek bezpośrednia babeczka, i mówi:
- Zesrał się! No zesrał!
Pytam więc kto, co, gdzie, a pani Basia na to:
- Ten bachór z tą cizią. Chodź, pokażę ci.
Ja mówię, że wiem, bo mówił mamie, że jest potrzeba, a pani Basia:
- Zesrał się w ten nowy kibel za 3 tysiące z 4 alejki.
Muszę przyznać, że tego to się nie spodziewałam :D
Rok temu w mojej szkole pewna dziewczyna popełniła samobójstwo. Po prostu na przerwę poszła do łazienki, zamknęła się, a potem, już martwą, znalazła ją inna dziewczyna.
Z tego powodu zafundowano każdej klasie dodatkową godzinę z wychowawcą, na której miał przyjść szkolny pedagog. I przyszedł. Ale nie, nie usłyszeliśmy o tym, że jak mamy problem, to powinniśmy się zgłosić do niego itd.
Usłyszeliśmy, że zabijać to my się możemy, ale po szkole.
Dodaj anonimowe wyznanie