Jestem pielęgniarką. Jestem narzeczoną. W najbliższym czasie wychodzę za mąż.
Z zewnątrz muszę być twarda. Odważna. Nie pokazuję strachu.
A tak naprawdę cholernie się boję. Za każdym razem, gdy wychodzę do pracy, boję się, że nie wrócę do domu. Boję się, że jak już wrócę, to "przyniosę" to do domu.
Boję się kłamstw ludzi, którzy kłamią medykom.
Boję się, że nie sprostam. Boję się o zdrowie i życie moich najbliższych.
Wk**wia mnie dużo rzeczy w obecnej sytuacji. Ale najbardziej wk**wia to, że "pan" prezes ma w dupie starania każdej osoby w systemie ochrony zdrowia. My możemy się dwoić i troić i możemy się zajechać. Ale wybory muszą być w terminie!
Dawno temu byłam młoda, szalona i potwornie znudzona. Siedzieliśmy ze znajomymi na murkach i piliśmy piwko, kiedy ktoś wpadł na pomysł, aby zagrać w "prawda czy wyzwanie". Szybko jednak znudziły nam się głupie pytania o życie uczuciowe, wstydliwe historie i robienie durnych kawałów pobliskim pijaczynom.
Wpadłam na genialny pomysł. Wiedziałam, że w towarzystwie znajdują się dwie osoby, które ewidentnie czują do siebie miętę, ale oboje jeszcze nie zebrali się w sobie, aby coś z tym zrobić, więc bezmyślnie rzuciłam: "A co jeżeli zrobię coś głupiego w zamian za przysługę kogokolwiek z was?".
Spojrzałam na koleżankę, już wiedziała co zamierzam. "Marta, proszę, nie..." Zaczerwieniła się.
"A co konkretnie zrobisz?" - spytał jeden z kumpli.
"Wytatuuję sobie pierwszą rzecz, którą dotknę na rynku, a wy wybierzecie gdzie. W zamian Karolina i Damian umówią się na randkę"- palnęłam ja, miłośniczka awangardy i dobrej zabawy, przyjaciółka nad przyjaciółkami, kozak nad kozakami...
"Dobra" - wypalił kumpel. Wstał, rozprostował nogi, zdjął bandankę z ręki i rzucił mi ją, abym założyła ją na oczy. - "Ale zrobisz go sobie na tyłku".
No i ruszyliśmy przed siebie. Droga dłużyła mi się w nieskończoność, miałam wrażenie, że idziemy już ze 20 minut, chociaż rynek był oddalony od naszego "spotu" tylko parę minut drogi. W końcu dotarliśmy. Zakręcili mnie parę razy, sprawdzili, czy aby nic nie widzę i pozwolili iść. Na początku czułam się niepewnie, szłam powoli, zakręcałam i nie mogłam znaleźć oparcia. Ludzie patrzyli się na mnie jak na wariatkę. Kręciłam się tak w kółko obijając się o przechodniów, aż w końcu... JEST! Zaraz... Długie.. Twarde... No nie. Sztuczny organ męski? Zdejmuję bandankę, a moim oczom ukazuje się wielki, dorodny, soczysty... banan. Tak więc przyszło mi wytatuować sobie na pośladku banana.
Znajomi pękali ze śmiechu, chociaż uważam, że mogło mi się trafić coś gorszego. Jako iż jestem bardzo dumna, nie wycofałam się z zakładu, choć pozwolili mi "spasować". I tak właśnie jeszcze tego samego dnia miałam na zderzaku nowego przyjaciela.
Karolina i Damian do dzisiaj są super małżeństwem. Ja byłam świadkiem na ich ślubie. Jako jedyna miałam żółtą suknię z naszytymi bananami, którą podarowała mi panna młoda i która nie przypadła żadnemu z gości do gustu. My jednak wiemy :)
W rodzinie nikt nie wie o moim małym sekrecie.
Staram się być bardzo, bardzo silny, ale już mi nie wychodzi.
Nie mam czasu ani pieniędzy, żeby skorzystać z opieki psychologa.
Mój ojciec zmarł, gdy miałem osiem lat. Słabo go pamiętam - kilka miłych wspomnień. Mnie i moje dwie młodsze siostry wychowywała i utrzymywała mama (plus renta po tacie). Wcześniej dziadkowie pomagali, ale już nie żyją. Mama pielęgniarka, nigdy się nie przelewało, ale dawaliśmy radę.
Jestem na trzecim roku studiów informatycznych, pracuję od kilku miesięcy jako młodszy programista i opiekuję się siostrami. Jedna jest w ostatniej klasie SP, druga w LO.
Od roku mama choruje, a choroba postępuje bardzo szybko. Rak płuc, piersi, od niedawna przerzuty do mózgu i kości. Nigdy nie paliła... Jest po operacjach i chemii, ale to nic nie daje. Lekarz kilka dni temu powiadomił mnie telefonicznie, żebym przygotowywał się na najgorsze. Nie możemy jej odwiedzać, raz dziennie udaje jej się zadzwonić do nas na wideo rozmowę, ale jest tak wykończona, że rozmowa nie trwa więcej niż 10 minut...
Nie byłem przy niej od trzech tygodni, nie wpuszczają do szpitali osób z zewnątrz, żeby nie zaraziły tych najbardziej chorych i osłabionych koronawirusem - rozumiem to, ale wcześniej byłem u niej codziennie, siostry też. A teraz ona odchodzi, a nas przy niej nie ma. Jest sama, gdy potrzebuje nas najbardziej. Nie mogę sobie wyobrazić, jak jest samotna...
Siostry widziały już mamę w złym stanie i myślą, że to przez chemię. Nie potrafię wyprowadzać ich z błędu. Wszyscy siedzimy w domu, uczymy się zdalnie, też pracuję zdalnie. Daję z siebie 100%, żeby nie myśleć o mamie. A gdy dziewczyny idą spać, szukam informacji jak teraz załatwiać sprawy pogrzebowe, jakie formalności trzeba dopełnić, gdy umiera rodzic (siostry są jeszcze nieletnie), jak wygląda dziedziczenie (mieszkanie), zamykanie kont bankowych itp. Rozdziera mnie to od środka normalnie. Nie mogę spać, piszę program i pracę dyplomową po nocach. Już umówiłem się z szefem, że od maja będę na całym etacie, nie idę na magisterskie, mimo iż to było ogromne marzenie mojej mamy.
Myślę, że finansowo sobie poradzimy, gdy będę pracował na cały etat. Zawsze byliśmy zgranym rodzeństwem i odciążaliśmy mamę w pracach domowych, także tu też wszystko ogarniemy. Jednak przeraża mnie to, że wszystko jest na mojej głowie, że jestem odpowiedzialny za wszystko.
Jeszcze rok temu chodziłem na luzie do pracy, żeby się czegoś nowego nauczyć, doszlifować umiejętności. Miałem dziewczynę, umawiałem się z kumplami ze studiów na imprezy. Teraz to wszystko jest jakimś dziwnym wspomnieniem.
Jestem cholernie bezradny i nie mam na nic wpływu. Nie umiem się pogodzić z tym, że zaraz jej nie będzie. Że to koniec. Chce mi się ryczeć, wyć, ale nie mogę pozwolić, żeby siostry nie miały we mnie oparcia... Jestem już tak tym wszystkim zmęczony. Mam dość...
Pewnego dnia na spontanie, postanowiłam pojechać do rodziców na weekend, a tak się jakoś złożyło, że chwilę wcześniej wyjechali od nich moi dziadkowie.
Kiedy do nich jeżdżę (do rodziców, nie dziadków), nie zabieram ze sobą takich rzeczy jak szampon, mydło czy pasta do zębów, ponieważ mogę korzystać z tych, które są u nich w domu.
Dojechałam na miejsce, przespałam się i następnego dnia rano zeszłam do łazienki umyć zęby, ale przeszukałam wszystkie szafki i nigdzie nie mogłam znaleźć pasty do zębów, poszperałam jeszcze chwilę i znalazłam schowaną głęboko nieznaną mi kosmetyczkę, a w niej tubkę z wielkim napisem Colgate, więc ochoczo otworzyłam tubkę. Pachnie ładnie, ma taki uroczy kolor, to wycisnęłam pastę na szczotkę i zaczęłam szorowanie. Smak gumy balonowej zmusił mnie do stwierdzenia "Ta pasta jest za*ebista".
Mija chwila i czuję, że zaczyna być jakoś dziwnie, bo coraz ciężej się rozprowadza, a i wcale się nie pieni, no ale trudno, wyjmuję szczoteczkę, zaciskam zęby, żeby umyć front i... już nie mogłam szczęk otworzyć.
Mama woła na śniadanie, ja w panice myślę co jest kurła grane i próbuję otworzyć buzię, ale nic z tego.
Ta pachnąca, różowa, za*ebista pasta o smaku gumy balonowej okazała się być klejem do protez.
PS Nie polecam, cały dzień męczyłam się z pozbywaniem się tego g**na. Śniadania ostatecznie nie zjadłam, a mama stwierdziła, że jestem na nią obrażona, bo się nic nie odzywam.
Mieszkam w 40 tys. mieście, pracuję w banku. Mam już serdecznie dość starych, podłych ludzi. Jeśli kiedykolwiek będę się tak zachowywać będąc po sześćdziesiątce, zabijcie mnie.
Odkąd zaczęła się pandemia, nie wychodzę z domu. Wyłącznie do pracy i z powrotem, narzeczony ma obecnie urlop, robi zakupy raz na dwa tygodnie. Nie wychodzę, bo codziennie mam styczność z 200 ludźmi. Boję się, że kogoś zarażę sama będąc nieświadoma. 99% klientów, którzy w obecnej sytuacji przychodzą do banku, to osoby 60+. Po co przychodzą cztery razy w tygodniu? Sprawdzić stan konta, opłacić rachunek za każdym razem, gdy tylko pojawi się coś w skrzynce, a nie zbiorczo, wypłacić 50 zł zamiast w bankomacie, bo „lubi nas odwiedzać”...
Od tygodnia dezynfekuję tylko moją część biurka, jeśli się zarażą, może mniej idiotów pozostanie. Po cichu liczę, że koronawirus zdziesiątkuje populację bezmyślnych staruchów.
Przyjaciółka złapała COVID-19, a w szpitalu okazało się dodatkowo, że ma złośliwy nowotwór piersi.
Nie ma żadnej rodziny, więc nie ma komu zająć się jej córką, gdyby coś jej się stało. Teraz zastanawiamy się co zrobić, aby jej dziecko mogło w razie tragedii wychować się u mnie.
Odstręcza mnie moja dziewczyna.
Jesteśmy z Sylwią razem już ponad 8 lat – praktycznie od technikum, a od 4 lat mieszkamy ze sobą. Układało nam się świetnie, wspieraliśmy się w trudnych momentach. Jednym z takich momentów był jej wypadek, stan był ciężki, potrzebowała między innymi transfuzji krwi. Gdy wydawało się, że z Sylwią jest już lepiej, na jej ciele zaczęły pojawiać się znamiona łuszczycy. Zaczęło się od kilku plamek na udach i rękach. Nie miałem z tym najmniejszego problemu, prawie nie było tego widać, ale ona nie umiała się z tym pogodzić.
Było to dla niej straszne zaskoczenie, zwłaszcza że nikt z jej rodziny nie choruje na łuszczycę. Łuski stopniowo rozrastały się, teraz są wszędzie – na plecach, brzuchu, nogach, dłoniach i skalpie, co powoduje niemałe kompleksy u mojej dziewczyny. Jej dermatolog wciąż próbuje dobrać odpowiednie leki, ale to trwa. Jak mówiłem, wcześniej nie miało to dla mnie znaczenia – kocham ją bez względu na chorobę, jej ciało wciąż mi się podobało.
Dużo rozmawiałem na ten temat z Sylwią, mówiłem jej, że wygląda świetnie, jest zadbana, jednak ona przekonywała mnie, że jest wstrętna, nazywała siebie potworem. Nie pozwoliła mi się dotykać, nie sypiamy ze sobą od ponad miesiąca. Nawet nie śpimy już w jednym łóżku, wstydzi się, że każdego ranka cała pościel jest pokryta martwym naskórkiem ze skalpu. Opowiadała mi jak obrzydliwa się czuje i przedstawiała się w negatywnym świetle. Przez to sam zacząłem postrzegać ją inaczej, jej wygląd zaczął mnie odrzucać.
Nigdy jej tego nie okazuję, zawsze wspieram i komplementuję. Czuję się jak potwór, nie chcę tak o niej myśleć, ale nie mogę przestać – sama codziennie mi to wmawia.
Kocham ją. Ludzie nie wiedzą wiele o łuszczycy i boją się, że się od niej zarażą albo myślą, że to ze względu na brak higieny, spotkały ją nieprzyjemne komentarze z tych powodów. Sylwia izoluje się od ludzi, zamiast na siłowni teraz ćwiczy w domu, nie wychodzi nigdzie, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Coraz rzadziej chodzi na wykłady.
Martwię się o nią i wstydzę się tego, jak zacząłem ją postrzegać. Nie wiem jak jej pomóc, myślimy nad zmianą dermatologa i psychologiem. Jednak sam już sobie nie radzę z podnoszeniem jej na duchu, nie potrafię patrzeć jak z pełnej życia dziewczyny zmieniła się we wrak człowieka. Chcę ją wspierać, ale powoli brakuje mi sił. Czuję się największym egoistą, że w tak trudnym dla niej momencie myślę o swoich problemach, choć nie ja tu jestem pokrzywdzony.
Facet, z którym wiązałam przyszłość, wyznał mi, że chodził na dziwki. Ponadto dodał, że w ogóle tego nie żałuje, bo dzięki temu nie mam kaleki w łóżku.
No cóż, wychodzi na to, że chłopaka też już nie mam.
Czasami myślimy, że spędzimy z kimś całe życie, jednak czeka nas niespodzianka.
Swoją dziewczynę, pierwszą w moim życiu zresztą, poznałem na pierwszym roku studiów, byliśmy w tej samej grupie. Zaraz po studiach wyjechaliśmy do naszego wymarzonego kraju na "work and travel". Było świetnie, więc niedługo potem udało nam się wyjechać na wizę pracowniczą. Plan był taki, że zarabiamy kasę, łapiemy kontakty i wracamy do kraju, promujemy tamtejszą kulturę, język w Polsce, sprowadzamy stamtąd towary itp.
Niestety moja już wtedy narzeczona tak bardzo polubiła pracę tam, to poczucie wyjątkowości (blondynka, niebieskie oczy), że przedłużyła wizę. Powiedziała, że nie chce wracać. Ja chciałem bardzo. Było to smutne, bo już wtedy byliśmy razem prawie 8 lat. Rozstaliśmy się. Zerwałem całkiem kontakt, bo ciężko mi było to wszystkie przeboleć.
Powoli zacząłem rozkręcać mój biznesik, myśląc, że nikogo na swojej drodze już nie spotkam, a tu zaledwie po kilku miesiącach od powrotu poznałem spotkałem super dziewczynę. Bardzo mi pomogła, bez niej nie osiągnąłbym tak dobrych rezultatów we własnej firmie, zadurzyłem się w niej po uszy. Pomogła mi zapomnieć i ruszyć przed siebie.
Znaliśmy się niecały rok, gdy "wpadliśmy". Przyznam, że byłem całkiem szczęśliwy, wszystko na szybko. Teraz mamy rocznego dzieciaka, jesteśmy po ślubie - fajna sprawa być ojcem. Fajna sprawa jest mieć rodzinę. Nie trzeba znać kogoś 8 lat, żeby podejmować poważne kroki.
Niedawno drogą pantoflową doszła do mnie wymiana zdań między naszą koleżanką z roku a moją byłą. Wróciła do Polski zaraz przed pandemią w Europie. Koleżance narzeka na mnie, że tak szybko sobie kogoś znalazłem, że jej nie kochałem, szybko zapomniałem. Byłem zaskoczony, gdy czytałem ten dialog. Ona mogła wybrać, być szczęśliwa, a ja nie? Wśród naszych wspólnych znajomych krążą teraz plotki, jaki to jestem zły i nieczuły, bo ona sieje ostre zamieszanie. Zadzwoniłem do niej i poprosiłem, aby przestała, że ja będę prostować wszystko, co ona powie.
Potem zaczęła do mnie pisać, przepraszać, prosić o drugą szansę.
Absolutnie jej nie poznaję. Znałem ją bardzo długo i nie podejrzewałem o takie działania. Nie reaguje na moje uwagi. Uważa, że to co mam teraz jest na pocieszenie. Cieszę się, że niedawno się przeprowadziłem, bo obawiałbym się, że będzie coś kombinować. Potrafi wysyłać mi około 1000 wiadomości dziennie - na fb, maila, SMS-em. Dzwoni do moich rodziców, siostry, którym też już się to nie podoba. Zaczynam się jej bać, nic nie mówię żonie, nie chcę jej stresować, ale sytuacja jest nieciekawa. Paczka ze studiów też jest non stop bombardowana informacjami o mnie od niej... Chyba będę musiał złożyć zawiadomienie o nękaniu na policję. Znasz kogoś 8 lat i tak naprawdę nie znasz wcale... Mam swoje lata i się jej boję, czuję się bezradny...
Trafia mnie już z tym koronawirusem. I już nawet nie chodzi o to, że trzeba siedzieć w domu. Trochę to do mnie wszystko nie przemawia, no ale każą siedzieć to siedzę. Bardziej denerwuje mnie to, że nagle nie ma innych chorób.
Ani krwi nie można pobrać, wizyty u lekarzy odwołane, nie ważne, że na te wizytę czekałem x czasu. Dziewczyny w ciąży bez badań i wizyt kontrolnych. Odwołane i już. Rehabilitację dzieci wstrzymane. Radz sobie rodzicu. Co z tego, że zdrowie, rozwój twojego dziecka może zostać zagrożone.
Jak nie masz koronawirusa to medycyna ma cie gdzieś... Nie można by tego jakoś sensowniej rozwiązać?
Dodaj anonimowe wyznanie