Moi rodzice nigdy nie zwracali na mnie uwagi. Klasyczny przykład, kiedy jedno z dzieci zmaga się z chorobą. Tak było w moim przypadku - w związku z chorobą siostry, byli pochłonięci tylko tym faktem. Muszę jednak dodać, że nie wymagała ona większej opieki czy troski niż przeciętne dziecko, a choroba nie zagrażała jej życiu i w żaden sposób jej nie ograniczała. Jednak cała uwaga moich rodziców skupiała się tylko na niej, problemy moje i mojego brata nie miały dla nich dużego znaczenia. Był tylko jeden aspekt naszego życia, który ich interesował - religia. Pod tym względem kontrolowali nas cały czas - musiałam się koniecznie modlić rano, wieczorem, odmawiać z babcią koronki, chodzić w każdą niedzielę do kościoła. Nienawidziłam tego. Jako dziecko było mi po prostu przykro, kiedy moi rówieśnicy grali w piłkę, a ja musiałam iść do kościoła na kolejne nabożeństwa. Z czasem nienawidziłam tego jeszcze bardziej. Im więcej wiedziałam o kościele, tym bardziej chciałam się z niego wydostać.
Gdy tylko skończyłam 18 lat, wypisałam się z religii. Te i wiele innych czynników, o których nie chcę się rozpisywać, sprawiło, że mój stan psychiczny przez lata stawał się coraz gorszy. Chodziłam po psychologach, starałam się ogarnąć - udało mi się. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, moi rodzice nie wiedzieli o żadnym z moich problemów - próbowałam im powiedzieć nie raz - za każdym razem słyszałam, że mam im nie zawracać głowy, bo oni mają prawdziwe problemy (choroba siostry). Nie interesowało ich to. Postanowiłam więc radzić sobie sama. Wyjechałam na studia na drugi koniec Polski i byłam szczęśliwa.
Ostatnimi czasy moi rodzice weszli na kolejny level fanatyzmu religijnego. Rzadko kiedy ze sobą rozmawiamy, bo każda rozmowa to ich monolog o mojej siostrze. Podczas ostatniej takiej konwersacji zapytali mnie, czy się modlę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie i to od jakichś 10 lat (mam obecnie 24). Uświadomiłam ich również, że nie chodzę do kościoła, a podczas mojej edukacji zrezygnowałam również z religii. Wiedzieliby to wszystko, gdyby tylko mnie słuchali.
Wpadli w szał, zaczęli mnie nazywać bezbożnicą i krzyczeć, że ja MUSZĘ się modlić, bo oni tak chcą. Moje zdanie, uczucia w tej kwestii i sumienie ich nie interesuje.
Oczywiście to olałam, rozłączyłam się i nie zamierzam nic zmieniać. Ale od kilku dni nękają moją skrzynkę mailową wysyłając mi kolejne płomienne kazania księży o bezbożnikach i nawróceniu.
Po prostu uważam, że to niesamowite, kiedy przez 24 lata nie interesuje cię, że twoje dziecko płacze noc w noc, nie radzi sobie i nienawidzi samego siebie, ale kiedy dowiadujesz się, że się nie modli, to masz oczywiście prawo usiłować je do tego zmusić.
Rodzina mojej narzeczonej nie przepada za mną, bo... nie jestem z lepszej rodziny.
Poznałem Kasię na studiach, wspaniała, piękna dziewczyna, która w swoim zawodzie poświęca się dla innych. Podziwiam i szanuję ją za wszystko co robi. Jej rodzice mają dużą firmę, prawie cała rodzina tam pracuje (głównie faceci, kobiety ładnie wyglądają...). Stać ich na wszystko - duży dom, kupienie mieszkań dzieciom, ekskluzywne wyjazdy zagraniczne.
Sam pracuję w branży IT. Już od 2 roku studiów zacząłem pracować i studiować jednocześnie, cały czas też szlifowałem różne języki programowania. Moi rodzice nie są wykształceni, ojciec pracuje w handlu, mama jest krawcową, ale nigdy nie czułem się z tego powodu gorszy, wiem jak dużo poświęcili, żebym miał w życiu to co mam, dlatego naprawdę daję z siebie 200%. Mam z nimi super kontakt. Od razu polubili się z Kasią. Za to jej rodzice niespecjalnie polubili mnie. Nasze rozmowy wyglądają tak: "Jak sobie poradzą twoi rodzice na starość? To ciężka praca, pewnie przejdą na rentę"... "Pomogę im, zarabiam coraz lepiej" ..."Ty to nazywasz lepiej? He, he".
Kasi też jest przykro. Rozmawiała z nimi, że to zachowanie nie jest fair wobec niej i mnie. I co zrobił jej ojciec? Zaproponował mi pracę w ich firmie. Grzecznie odmówiłem, gdyż lubię swoją pracę. Wtedy to "nękanie" z jego strony się nasiliło. Nienawidzę się z nimi spotykać, wszystko to robię dla Kasi, chociaż ona też ma już dość. Widzimy się z nimi ze dwa razy w miesiącu chociaż do moich rodziców potrafimy chodzić codziennie (zwłaszcza gdy coś dobrego ugotują ;)).
Zaczęliśmy planować ślub, chcieliśmy, żeby był skromny, przypominał bardziej nowoczesną imprezę. Moi rodzice się nie mieszają, mówią, że to nasza sprawa, jej rodzice bulwers mają, że nie zaprosimy ich znajomych. Moja mama zaczęła szyć Kasi suknię (Kasia zachwycona, moja mama też...), ale moja przyszła teściowa projekt własnej córki zaczęła nazywać szmatą, a umiejętności mojej mamy wyśmiewać. Robi się nieprzyjemnie, ale Kasia jest uparta...
I nagle nadchodzi pandemia. Firma rodziców Kasi zaczyna tracić płynność finansową, wielka panika. Kasia mając swoją własną działalność też nie pracuje do kwietnia. A ja? Bez zmian, pracuję zdalnie. Stać mnie, żeby utrzymać naszą dwójkę i pomagać moim rodzicom. Gdy słyszę zrozpaczony głos przyszłego teścia w słuchawce telefonu, to chce mi się śmiać. Po raz pierwszy od początku naszej znajomości żałuję, że nie możemy do nich pojechać, zobaczyć jego twarzy. Rodzeństwo Kasi jest tak uzależnione finansowo od rodziców, że bez odkręconego kurka sobie nie radzi. Anonimowe? Pocieszam Kasię, że będzie dobrze, ale mam nadzieję, że nie będzie, że ich firma się z tego nie udźwignie.
Pewna impreza w gronie znajomych, ze sporą ilością alkoholu. Kolega, Bartosz, cały wieczór gadał o swojej niespełnionej miłości... Był na początku obiektem żartów, bo jak wiadomo na imprezie ludzie chcą się wyluzować, a nie wysłuchiwać żali. Ale gdy wyszedłem na papierosa z owym kolegą, to temat znów się pojawił. Tym razem na poważnie. Doradziłem mu, żeby się nie zastanawiał, tylko wyznał swojej miłości, że ją kocha itd.
Wiadomo, jak to alkohol... Dodaje odwagi, pewności siebie... Dlatego też Bartosz wziął sobie moje uwagi do serca i wyznał miłość... mojej dziewczynie.
To mu doradziłem, nie ma co!
Nienawidzę psa mojego partnera!
Dwa lata temu poznałam mężczyznę, z którym wkrótce biorę ślub, jednak największym problemem jest jego 4-letnia psina Bora. Jest rozpuszczona, nieposłuszna i nachalna i w dodatku naprawdę głupia. Niszczy wszystko co jest w stanie ściągnąć, wyjąć bądź dosięgnąć. Udało się dojść do kompromisu i za moją namową kupiliśmy klatkę, która zajmuje pół salonu, zamykamy Borę jak wychodzimy. Uważam, że klatka jest za duża, ale jestem w stanie ją zaakceptować, wiem, że i pies, i dom jest bezpieczny.
Spacer? Do niedawna jedynym jej celem było wyrwanie rąk osoby, która próbowała ją utrzymać na smyczy. Przepychanie się ze mną na schodach, bo ona musi kilka razy po nich wbiec i zbiec (wiele razy miałam obitą kość ogonową i siniaki po upadkach).
Plątanie się pod stołem podczas posiłków i wymuszanie resztek, mimo że naprawdę pilnuję, żeby nikt jej nic nie dawał, ona dalej wymusza, a jak nie patrzysz, to sama coś zdejmie ze stołu bądź blatu kuchennego.
Tarza się we wszystkim co śmierdzi i o ile rozumiem jej potrzebę i nie złoszczę się o to, tak wszelkie zabiegi kosmetyczne typu czesanie, kąpiel czy obcinanie pazurów to walka na śmierć i życie.
Partner mimo moich próśb dalej pozwala jej na spanie w łóżku, a ja zmęczona ciągłym uczuleniem na ciele przez psią sierść zamieniłam seksowne koszulki na zakrywanie całego ciała, grube skarpety i osobną kołdrę.
Wyjeżdżamy raz w miesiącu na kilka dni do naszego domku w górach, ale podróż z psem to koszmar. Bez tabletek na uspokojenie, które na dłuższą metę mogą źle wpłynąć, całą drogę piszczy, stęka i sapie, a kilka godzin wytrzymać w czymś takim to koszmar.
Takich "głupot" jest o wiele więcej, ale przez pracę, którą wykonuję w domu, czuję się na Borę skazana, bo cała opieka nad nią spadła na mnie.
Nie chcę nigdy kazać wybierać między nami, ale moje prośby o wprowadzenie dyscypliny i konsekwencji, godziny monologów, w których staram się tłumaczyć i wypracować kompromis pomiędzy naszą trójką kończą się olewaniem mnie.
Brakuje mi czasu z partnerem sam na sam, bo Bora zawsze wymusza pełną uwagę i ciągłe dotykanie.
Dbam o jej podstawowe potrzeby, niczego z mojej strony jej nie brakuje i nigdy nie podniosłam na nią ręki ani głosu (z wyjątkiem momentów, kiedy sytuacja wymagała stanowczego tonu głosu).
Powoli czuję, że nie dam rady, że jestem tylko niańką dla psa i kimś, kto ma zadbać o dom.
Powoli rozważam odwołanie ślubu...
Bardzo mnie wkurzają wyznania typu "tak mi źle, tak niedobrze, bo nie mam chłopaka /dziewczyny. Sam fakt bycia singlem jest OK, ale ta presja otoczenia"...
Gówno, nie presja. Takie żale to próba zwrócenia na siebie uwagi i może ktoś fajny się mną zainteresuje. Koleżanki mają Cię w dupie? Kumple wystawili? Może jednak nie jesteś tak fajna/y, jak Ci się wydaje. Nie ma wolnych osób w Twoim otoczeniu? Nikt nie zwraca uwagi na Twój "krzywy ryj" (cytat z któregoś wyznania) - a może to Ty masz za wysokie wymagania?
Mam w swoim otoczeniu osoby po 40., które są ciągle same, bo w każdym szukają potencjalnej partnerki/partnera, jednocześnie od razu sabotując tę osobę - za małe cycki, za duża dupa, nos jakiś dziwny, kiepski samochód itp., itd. A sami nie mogą wiele dać od siebie.
Kurde, spójrz w lustro na siebie takim wzrokiem, jakim patrzysz na ludzi na ulicy, oceń siebie tak, jak oceniasz innych! Ile sobą prezentujesz? Nagle nie masz fajnej fury, bo albo nie masz jej wcale, albo masz 15-letnie auto na rodziców. Dostrzeżesz, że masz może krzywy nos, małe cycki, dużą dupę albo inne wady, które widzisz u innych.
Spuść z tonu, a szybko kogoś znajdziesz. Bo gdybyś na serio był / była pogodzona z byciem singlem, to takie wyznania by nie powstawały.
Dziękuję za uwagę.
Jakieś 6 lat temu byłam na wycieczce w Egipcie. Wiecie, all in i te sprawy.
Trafiła nam się super okazja nurkowania, więc w sumie czemu by nie skorzystać, skoro z lubym oboje lubiliśmy nurkować.
Po wejściu na łajbę, wytłumaczeniu co tu będziemy robić oraz zasad pod woda, nastała chwila rozluźnienia, a my płynęliśmy nadal do miejsca, gdzie miała odbyć się atrakcja.
Postanowiłam iść do toalety, była to ciasna, mała klitka z zamkiem niczym z toi-toi (taki trójkąt obracany, ledwo trzymający drzwi).
Gdy wypłynęliśmy na pełne morze z zatoki, zaczęło tak huśtać, że te cholerne drzwi się otworzyły...
Goście z pokładu na mnie, ja z gaciami na kostkach w tym szale i wstydzie próbowałam zamknąć te drzwi, po czym poślizgnęłam się i wpadłam do tego kibla...
Tak!!! We własne gówno. Straciłam już godność do reszty i miałam ochotę zapaść się pod ziemię, na szczęście nasza przewodniczka zakończyła ten cyrk i szybko zamknęła drzwi... Śmiechom oczywiście nie było końca, a ja jedyne na co miałam ochotę to wyjść i nigdy nie wrócić. Do tej pory mam w pamięci wzrok tych wszystkich ludzi, gdy te drzwi tak dyndały...
Mój chłopak bardzo, ale to bardzo pierdzi. Niby naturalne, ale on perfidnie łazi po chałupie i co chwila wymusza pierda. Drażni mnie to. Owszem, uważam, że to naturalne, ale u nas w domu zawsze byliśmy uczeni pierdzenia na osobności o ile to możliwe. Zwracałam mu uwagę, ale on się śmiał.
Chciałam dać mu nauczkę. Dodałam zioła przeczyszczające do zupy i czekałam. No i jak idzie się domyśleć, trochę się przeliczył przy kolejnych pierdach... Na razie jest spokój, zobaczymy na jak długo. A anonimowo, bo oberwało się przyszłej teściowej, że niby zepsutą śmietanę dodała do zupy. Przykro mi, ale przecież się nie przyznam.
Złamałem ostatnio prawo, wraz z sąsiadami złamaliśmy prawo, ale nie żałujemy i wiemy, że nie podniesiemy odpowiedzialności (najprawdopodobniej).
Kojarzycie syndrom zbieractwa? W skrócie chodzi o to, że osoba nim dotknięta znosi do mieszkania dosłownie wszystko. Do tego dochodzi skrajny brak higieny, zapuszczenie mieszkania, gromadzenie też worków ze śmieciami itd.
Na naszym piętrze jest 5 mieszkań, pięter jest 3, my mieszkamy na 1. Parter jest zagospodarowany jako rowerownia, skrytki lokatorskie itd. Na naszym piętrze w mieszkaniu o pow ok. 40 m kw. mieszka pan Tadeusz (imię zmienione). Pan Tadzio jest zbieraczem, znosi do mieszkania wszystko co tylko się uda i nigdy nie wyrzuca niczego, z jego mieszkania unosi się odór zgnilizny, odchodów, gryzoni itd. tak intensywny, że nawet na ostatnim piętrze klatka schodowa cuchnie okrutnie. Uwierzcie mi, nie ma na takich ludzi sposobu, ani policja, ani sanepid ani nawet opieka społeczna nic mu nie mogą zrobić. Mieszkanie jest własnościowe, pan Tadzio jest (akurat!) poczytalny, więc nie ma jak wpłynąć na to, co robi we własnym mieszkaniu. Do czasu.
Nadarzyła się okazja, pan Tadzio, wnosząc do swojej rezydencji kolejny fotel znaleziony na śmietniku, spadł ze schodów. Rabanu narobił mnóstwo, ktoś wezwał pogotowie, przyjechali, pana Tadzia zabrali.
Jako opiekuńczy sąsiad pojechałem do szpitala zapytać co z nim, bo chłop rodziny nie ma i tylko my się nim "zajmujemy", że może potrzeba mu coś przywieźć itd. Lekarz nie chciał zdradzić szczegółów, ale ugiął się nad losem samotnika i powiedział, że pan Tadzio ma złamane biodro, będzie miał najprawdopodobniej operację i że przez dwa tygodnie najmniej musi zostać w szpitalu.
Pewnie już się domyślacie, co stało się dalej.
Poszedłem do sąsiadów (przez pana Tadzia staliśmy się nie tyle przyjaciółmi, co po prostu ludźmi z tym samym problemem), wszyscy się zgodzili. Mieszkanie pana Tadzia było otwarte, zamówiliśmy jeden z tych kontenerów remontowych i opróżniliśmy mieszkanie ze wszystkiego w trzy dni. Zostały meble, które nie były zgnite i takie przedmioty, które można umyć - szklanki, talerze itd.
Zrobiliśmy zrzutkę i za te pieniądze wymieniliśmy wykładziny, materac, kupiliśmy część ubrań, ręczników itd. Do tego odmalowaliśmy ściany, wyczyściliśmy łazienkę, kuchnię itd.
Nie obchodzi mnie wasze zdanie w kwestii, czy dobrze czy źle zrobiliśmy - wyniesienie czterech zdechłych szczurów i zapełnienie całego kontenera odpadami i zużytymi sprzętami, z których wylazło robactwo wszelakiej maści, przekonało mnie w 100%, że zrobiliśmy to, co należało. Pierwszy raz od dawna można wyjść na klatkę schodową nie martwiąc się, że ubranie przesiąknie odorem lub że jakiś szczur/mysz przebiegnie przed nogami.
Do powrotu Tadzia zostały 3 dni.
Dlaczego facet nie może decydować o losach swoich i swojej rodziny? Dlaczego to kobieta w ciąży ma władzę? Historia mojego kuzyna przyprawia mnie o mdłości, a podzielić się nią publicznie nie mogę, bo ludzie uznają moje zdanie za sprzeczne z naturą kobiety. Trochę pozmieniałam szczegóły, bez wpływu na całokształt.
Kuzyn miał żonę i 2 dzieci, mały domek na przedmieściach, dobrą pracę. Drugie dziecko urodziło się niepełnosprawne. Wydali kupę kasy na leczenie, rehabilitację i dostosowanie domu. No i trafia się ciąża numer 3, jednak tu jest dużo gorzej, dziecko bardzo mocno upośledzone, jak przeżyje, to praktycznie stan wegetatywny do końca swych dni. Lekarz przy tak dużych wadach zaleca aborcję. Żona kategorycznie odmawia, kuzyn jest za. Praktycznie cała rodzina, mimo że w większości ludzie wierzący, staje po jego stronie, bo to głównie oni opiekują się starszą zdrową córką, bo im już brakuje sił, a co dopiero przy następnym niepełnosprawnym dziecku. Ona się upiera, bo to jej dziecko i to ona decyduje. Zaczyna się kłótnia między nimi, padają z jego strony argumenty, że już jest problem, że zaniedbują starszą i gdyby nie pomoc dziadków, to młoda nie osiągnęłaby tego co teraz, bo brakuje im czasu (dziecko bardzo uzdolnione). Nie i już, to jej dziecko, nie jego!
Im ciąża wyżej, tym bardziej wiadomo, że będzie gorzej z dzieckiem, do tego dochodzi, że ciąża jest zagrożona, więc żona leży na zmianę w szpitalu/ w domu i praktycznie nie wstaje. W tym czasie kuzyn ogarnia (stara się z pomocą rodziny) pracę, dom i dzieci. W pewnym momencie ma dość, bo dochodzi do niego, że po prostu nie da rady, bo przecież po narodzinach będzie jeszcze gorzej. Już teraz praktycznie nie bywa w domu, bo po pracy młodszą musi zawieźć do lekarza/ na rehabilitację, starszą na zajęcia dodatkowe, zakupy, posprzątaj, ugotuj, pomóż dziewczynom w lekcjach itd. A jak będzie kolejne, to pomóż przy nim, bo ja muszę odpocząć... I tak dożywotnio, bo biorąc pod uwagę fakt, że druga córka mimo ich wysiłku najprawdopodobniej nigdy samodzielna nie będzie, to jeszcze jedno dziecko z takimi problemami... po prostu żyć się odechciewa.
Tuż przed porodem kuzyn już jako psychiczny wrak człowieka powiedział basta. Złożył pozew o rozwód. Ustalili, że dziewczyny zostają z kuzynem w domu (bo dostosowany), a żona zamieszka w mieszkaniu po rodzicach. No i zaczęła się sądowa walka, bo jak doszło do rozprawy, to żona oczywiście zdanie zmieniła. Dziecko oczywiście urodziło się bardzo chore, absorbujące cały czas i energię, ale mimo to sąd przyznaje opiekę nad całą trójką żonie i oczywiście alimenty niemałe, bo dwoje dzieci niepełnosprawnych.
Tak było 5 lat temu.
Sytuacja obecnie? Kuzyn jest wrakiem człowieka, leczy się psychiatrycznie. Dziadkowie poumierali. Najstarsza dokładnie rok temu popełniła samobójstwo, a żona... żebrze na zbiórkach w internecie na leczenie dzieci, bo mąż ją zostawił i ona taka biedna matka.
Lata temu moja znajoma Ala z mężem Witkiem i małą córeczką wybrała się na wczasy nad nasze morze. Ośrodek w lesie blisko plaży - kilkadziesiąt identycznych domków drewnianych. Poznali dość szybko małżeństwo z małym chłopczykiem, a wiec przyjaźń, bo to dzieciaki się razem bawią, no a dorośli mają trochę spokoju.
Rankiem wspólne wyjście na plażę. Po przejściu 100 metrów Wituś zauważył, że zapomniał kąpielówek, więc wrócił do domu w celu przywdziania takowych. Chwilę po jego odmaszerowaniu Ala zauważyła, że zapomniała kremu do opalania dla dziecka, wiec zostawiła córeczkę znajomym i też odmaszerowała.
Wchodzi do domku i widzi stojącego tyłem gołego i wypiętego męża podciągającego kąpielówki. Zaszła go po cichutku i brbrbrbrb... posmyrała... Faceta wyprostowało, odwrócił się błyskawiczne i... No właśnie... Okazało się, że to jest zupełnie obcy facet, bo Ala pomyliła domki... Bąknęła przepraszam i uciekła.
Wczasy ponoć miała ładne. Tylko te codzienne spojrzenia tego faceta przy obiedzie na stołówce...
Dodaj anonimowe wyznanie