#P3SgG

Sytuacja z dzisiaj.

Nie chciałem jechać na uczelnię głodny, więc zajechałem do McDonalda. Nie lubię McDrive'a, więc zaparkowałem pod restauracją. Przed drzwiami zaczepiła mnie osoba, jak się później okazało, bezdomna. Poprosiła mnie nie o pieniądze „na chleb”, a o kupienie jedzenia. Jak pieniędzy rozdawać nie lubię, tak kiedy ktoś prosi mnie o jedzenie, nie jestem w stanie odmówić, gdyż sam wiem, czym jest prawdziwy głód. Kupiłem burgery dla mnie i dla tej osoby. Swoje wziąłem na wynos, a resztę zostawiłem na stoliku, przy którym siedziała ta osoba (zaznaczam, że wybrała stolik w kącie, nikomu nie przeszkadzała itp.). Przy wyjściu złapał mnie pracownik i powiedział, że jeśli będę dokarmiać bezdomnych na terenie restauracji, to wpiszą mnie na „czarną listę” i nigdy więcej tam nie zjem. Oczywiście nie ujął tego tak dosłownie, ale z przekazu łatwo było się domyślić, o co chodzi.

W jakich czasach żyjemy, że za pomoc drugiej osobie straszy się ludzi zakazem wstępu do restauracji... Chyba że to ja jakiś dziwny jestem.

#xRjkR

Parę już ładnych lat temu jeździłem do Norwegii w każde wakacje. Brałem ze sobą dwóch kumpli, namiot, plecak pełen zupek chińskich, suchego prowiantu, ciuchów i waliłem do Świnoujścia, skąd wypływał prom do Szwecji, dalej jechaliśmy już stopem.
Podróżowaliśmy, spaliśmy w namiocie, czasem łapaliśmy jakąś doraźną robotę przy malowaniu domków. Zazwyczaj dopisywała nam pogoda. Zazwyczaj.
Pewnego lipcowego dnia zaczął padać deszcz. Sukinkot nie odpuszczał przez bite 5 dni. Lało non stop. Akurat byliśmy rozbici w jakichś krzakach poza granicami jednego z miasteczek. Okoliczne ślimaki zaczęły szturmować nasze „mieszkanie”. Potem pojawiły się mrówki. Walka z tym robactwem była wybitnie upierdliwa. Do tego woda wlewała nam się do środka i dosłownie wszystko było mokre. Od ubrań po śpiwory. Nie dało się tego nigdzie wysuszyć. Najgorzej jednak było z żarciem. Zazwyczaj rozpalaliśmy jakieś ognisko czy butlę gazową i grzaliśmy sobie wodę, aby zalać zupki chińskie. Tym razem takiej opcji nie było. Codziennie więc losowaliśmy, który z nas pójdzie z menażką do oddalonej o 3 km drogi stacji benzynowej i zaleje wrzątku z automatu do kawy, a następnie biegiem przypędzi do namiotu, zanim cenny ładunek zdąży ostygnąć. Nawet najszybszy galop na nic się nie zdawał – woda docierała do naszej miejscówki w najlepszym wypadku letnia. I tą letnią cieczą zalewaliśmy te cholerne zupki z papierka.

Tym sposobem przekonaliśmy się, że zupki chińskie zrobione z lekko tylko ciepłej wody powodują sraczkę. A sraczka w sytuacji, gdy koczujesz w namiocie, kiedy dookoła jest pieprzona powódź, to najgorszy z możliwych scenariuszy. Musieliśmy wybiegać z naszego „obozu” w samych bokserkach i gnać za najbliższy łopian. Papieru nie było sensu targać, bo w ciągu kilku sekund zamieniał się w mokrą papkę. Podcieraliśmy się liśćmi, błagając pogodowego bożka o powrót słońca.

To był najgorsze 5 dni wakacji, jakie pamiętam.

#AquxJ

Miałem wtedy jakieś szesnaście lat. Środek lata, rodzice wzięli parę dni urlopu i uznali, że jestem już wystarczająco odpowiedzialny, żeby zostać samemu w domu. Gdy tylko drzwi za nimi zamknęły się, ja chwyciłem za telefon i przekazałem radosną wieść o wolnej chacie wszystkim moim znajomym. Ci podali informacje dalej i już tego samego wieczora miałem w mieszkaniu całą zgraję przyjaciół oraz ich zaufanych znajomych.
Impreza była taka, że latałem niczym kot z pęcherzem od pokoju do pokoju, usiłując zapobiec kolejnym katastrofom. A to ktoś zwymiotował na parapet, a to ktoś uznał, że wanna jest świetnym miejscem na chwilową drzemkę, a to jakiś fajtłapowaty gość zatrzasnął się w kiblu i skowycząc żałośnie, domagał się wypuszczenia... Największy problem stanowiły jednak pary, które wiedzione alkoholowym rauszem co i rusz kierowały się do sypialni moich rodziców. Ci wkurzali mnie najbardziej. Musiałem dosłownie co piętnaście minut wyrzucać stamtąd półnagich najebusów bełkoczących „Sooory... A masz gdzieś na wierzchu drzwi do piwnicy może?”.
Kiedy właśnie zbierałem z podłogi resztki potłuczonej szklanki, którą to jakiś pijak postanowił nadgryźć, jeden z moich kolegów zaliczył spektakularną glebę w dużym pokoju. Pech w tym, że akurat niósł kieliszki z winem. Pół biedy, że napój rozlał się na kafelki – można to było przecież sprzątnąć, najgorzej jednak, że oberwało się też ścianie. A że ta była biała, razem z czerwoną plamą przypominała flagę Japonii w dużej skali. Następnego dnia, gdy już pozbyłem się gości (nigdy więcej takich imprez!) i zapanowałem nad chaosem w mieszkaniu, postanowiłem zrobić porządek z winem na ścianie. Poszedłem do piwnicy. Ku mojej radości znalazłem tam farbę. Ten sam kolor! Szybko zakryłem czerwień. Jedna, warstwa, druga, piąta. Super! Po winie nie ma śladu. Teraz pozostaje tylko poczekać, aż farba wyschnie i przestanie błyszczeć. Po kilku godzinach farba była już sucha, ale nadal błyszczała. Co jest? – pomyślałem. Rzuciłem okiem na puszkę. No tak, to była farba olejna, a ściana była pomalowana lateksową, i to matową! Panika. Misja – piwnica. Zlokalizowałem właściwą puszkę. Nałożyłem chyba z 10 warstw i nic! Jak błyszczało, tak błyszczało.
Rodzice byli trochę wkurzeni, ale ostatecznie tata zasłonił feralny fragment tynku stojącą nieopodal szafką.

Przypomniałem sobie tę przygodę dopiero dzisiaj. Po 20 latach od tamtych wydarzeń. Mama i tata spełnili swoje marzenie i postawili sobie dom. Już nie musiałem wynajmować mieszkania, bo dostałem to rodziców. Zacząłem od remontu. Właśnie odsunąłem szafkę. Mimo że ściany wielokrotnie zmieniały kolor, błyszczący fragment nadal kłuje po oczach...

#KJY5f

Kiedy w końcu udało mi się uwolnić od toksyka i przemocowca, on zaczął się mścić.
Odnalazł służbowe maile moich rodziców, kuzynów i dalszej rodziny, po czym porozsyłał do nich długie elaboraty – że się puszczam za pieniądze, ćpam, piję i inne takie farmazony. Oprócz tego nękał mnie, a później wysyłał anonimy facetowi, z którym się związałam. Zawzięty był, bo prawie rok to wszystko trwało.
Ustało dopiero jak zagroziłam, że powiem jego matce, co on wyprawia. Taki niby twardy był, a matki się bał jak ognia :)

#HXZ0W

Kiedyś ładna i sympatyczna koleżanka, w której się podkochiwałem, do domku na działkę mnie zapraszała, i ciągle podkreślała, że bylibyśmy sami. Nie załapałem kompletnie. Naiwnie sądziłem, że ona chce kopać grządki... W sumie to pewnie chciała, tylko oboje mieliśmy inne grządki na myśli ;) A mi nie uśmiechało się grzebanie w ziemi...

Nigdy nie łapałem aluzji, do mnie trzeba wprost, a tę zrozumiałem dopiero po latach, gdy na spotkaniu klasowym koleżanka, teraz już zamężna, mi tę sytuację przypomniała. Podobno bardzo podobałem jej się w liceum, a że odrzuciłem propozycję, to dała sobie ze mną spokój.

#JLLmY

Dzisiaj siedziałam sobie w przychodni u lekarza (czekałam na moją mamę, która akurat była z moją siostrą w gabinecie), no i tak sobie siedzę i nagle przychodzi jakaś babcia z rozwrzeszczaną wnuczką. Wnuczka na oko 4-5 lat. Mała usiadła się pobawić klockami, a po chwili krzyczy:
– Muszę siusiu!
No to babcia wstaje i się zastanawia, gdzie może być łazienka, która akurat była naprzeciwko... Idzie do recepcji, a ja za nią wołam:
– Proszę pani! Proszę pani! Tu jest łazienka!
Nie wiem, czy była przygłucha, czy mnie ignorowała, ale poszła dalej. Dowiedziała się co i jak, wraca, wchodzi z małą do łazienki i się zastanawia, gdzie może być włącznik, który był tuż pod jej ręką. No to ja znowu krzyczę:
– Proszę pani! Tu jest włącznik!
Znowu to zignorowała, weszła do łazienki, nie domykając drzwi. No to podeszłam, pstryknęłam włącznik, a ona mówi do wnuczki:
– No patrz! Światło samo się zapala!

Nie wyprowadziłam jej z błędu. Bycie babcią to chyba ciężka sprawa XD

#5GF4d

Moja historia zaczęła się, kiedy moja cudowna żona otrzymała diagnozę – nowotwór. Nie wdając się w szczegóły – przeszła terapię, była zdrowa, to była taka radość! Czułem, że ją odzyskałem, że możemy wszystko... Postanowiliśmy postarać się o dziecko, udało się. Urodziła nam się śliczna córeczka. Życie toczyło się raz lepiej, raz gorzej, ale po tym, jak już myślałem, że stracę moją miłość, dziękowałem Bogu za każdy dzień. Po trzech latach doczekaliśmy się kolejnych dwóch pasków na teście ciążowym. Żona od początku bardzo słabo się czuła. Sądziliśmy, że to z powodu ciąży. W rutynowych badaniach wszystko było OK. W szóstym miesiącu straciła przytomność, jednocześnie zaczęła bardzo krwawić. Wezwałem karetkę. Straciliśmy dziecko. Żona ze szpitala, w którym była w związku z utratą ciąży, trafiła do innego szpitala na badania. Tam padła straszna diagnoza – ponownie nowotwór, z przerzutami. Żona podjęła terapię. Ja sprzedałem nasz dom i kupiłem małe mieszkanie, żeby móc być z nią i z naszą córką. Wcześniej pracowałem w systemie miesiąc w pracy na jeden w domu. Teraz to było niemożliwe. Na ostatnim etapie choroby żona miała opiekę paliatywną zapewnioną w domu. Codziennie rano przestawiałem jej łóżko do dużego okna, żeby mogła popatrzeć na świat. Aż do nocy, kiedy stało się najgorsze i rano stałem przy tym oknie sam z jeszcze małą córeczką.

Minęło już sporo czasu. Teraz częściej jest gorzej niż lepiej, ale nadal dziękuję Bogu za każdy dzień. Za to, że moja córka jest cudowna jak jej matka. Matka, która jej nie wychowywała, ale bardzo kochała. I córka o tym wie. W życiu jest różnie. Ojcowie i matki też mogą sobie poradzić bez tej drugiej osoby. Najważniejsze, żeby dziecko było otoczone miłością. Przytyki, że córka lepiej by się rozwijała w pełnej rodzinie bolą. Oczywiście, że byłoby nam lepiej z jej matką! Tylko życie nie zawsze daje takie szanse.

#tgRw4

Pracuję w sklepie z odzieżą sportową w najlepszym kurorcie na stanowisku sprzedawcy. Jednym z moich obowiązków jest doradzanie klientom ubrań / akcesoriów oraz pomoc w znalezieniu odpowiedniego rozmiaru. Ale do rzeczy.

Majówka, duży ruch ze względu na dzień wolny od pracy, a dla nas okazja na bicie targetów. Przychodzi bardzo sympatyczna para klientów, a więc trzeba doradzić i napędzać sprzedaż... Po całkiem miłej rozmowie i doborze ubrań dla pana zaoferowałem jeszcze pomoc w doradzeniu odzieży dla jego partnerki, mówiąc: „Jest pan blisko osiągnięcia progu, od którego można zakładać kartę lojalnościową. Może zakupi pan coś również dla żony?”. Odpowiedź częściowo mnie powaliła, jednakże poprawiła mi humor na cały dzień: „Z żoną przyjadę jutro, teraz jestem tutaj z kochanką”.
Dodaj anonimowe wyznanie