#KhA9d

Rok temu przygarnąłem psa ze schroniska. Wypuściłem go na ogród, a sam usiadłem z kawą na tarasie. W pewnym momencie pies po prostu upadł i już się nie ruszał. Zabrałem go do weterynarza. Pies był już martwy. Podobno miał chore serce.

Jakiś czas później siostra przywiozła mi szczeniaka, którego ktoś miał do oddania na wsi, gdzie mieszka. Kiedy wyszliśmy na pierwszy spacer, potrącił nas kierowca, który zasłabł za kierownicą. Piesek nie przeżył.

Później przeprowadziłem ze schroniska kota. Znalazłem go martwego w ogrodzie tydzień później. Prawdopodobnie ktoś go otruł.

Tydzień temu przygarnąłem psa po zmarłym wujku. Nie mogę spać ze stresu, że spotka go coś podobnego.

#Uiben

Dawno temu, jak ledwo kupiłem swoją pierwszą kawalerkę (ale za własne) i jeździłem Skodą Felicją (ale też kupioną za własne), moja ówczesna postanowiła się przespać z facetem, który wg niej miał duże, luksusowe mieszkanie i wypasiony samochód.
OK, dokonała wyboru. Sprawdziłem gościa swoimi kanałami. I nie powiedziałem jej, że mieszkanie ma w kredycie, samochód w leasingu, a jego jednoosobowa działalność gospodarcza jest z przeterminowanymi długami.
Kapnęła się, jak jej zrobił dzieciaka, a ona próbowała z niego wyegzekwować alimenty, ale nie było z czego.
Wiem, że to płytkie, ale poczułem jakąś satysfakcję ;)

#zmiZ7

Mam 28 lat, w tym roku wychodzę za mąż. Od samego początku związku obydwoje deklarowaliśmy, że chcemy mieć dzieci. Oczywiście na studiach nie było o tym jeszcze mowy, a po studiach mąż miał problemy z zatrudnieniem i też opcja dziecka odpadała.

Teraz obydwoje mamy stabilne prace, z tym że u mnie na widoku pojawiła się duża możliwość założenia własnej działalności i sporych dochodów na horyzoncie. Musiałabym się tylko poświęcić temu przez dłuższy czas, rok do dwóch lat. Niestety, branża wyklucza pracę w ciąży ze względu na uszkodzenie płodu. Dochody byłyby 100% większe niż obecnie. Dodam jeszcze, że obecnie pracuję właściwie do późnych godzin wieczornych, najczęściej od 13 do 21 i nie chciałabym wychowywać w takich warunkach dziecka. Zmiana pracy nie pomoże, bo wszędzie w branży są takie godziny pracy.

I tu pojawia się problem, a mianowicie naciski na dziecko. Właśnie teraz. Moi rodzice, teściowie, rodzeństwo, narzeczony, a nawet koleżanki. Wszyscy jakby się uparli na dziecko, bo to już czas, młodsza nie będę itp. Choruję na policystyczne jajniki i sam lekarz twierdzi, że nie mam zbyt długo zwlekać. Ostatnio u mnie w rodzinie ciotka urodziła wcześniaka, który zmarł, to już w ogóle jest argument (ciotka 10 lat starsza ode mnie).

A ja mam wrażenie, że moje ciało przestało należeć do mnie, że wszyscy roszczą sobie do niego prawo i mówią mi, co mam z nim robić. Jeszcze narzeczonego starałam się zrozumieć, w końcu ewentualne dziecko też będzie jego, ale powinien dać mi przestrzeń, jeśli jej potrzebuję. Nie chcę stracić okazji dobrego zarobku, ustawienia nas jako przyszłych rodziców i zapewnienia sobie i dziecku warunków do dobrego życia. No bo bez przesady... Jeśli będę pracować takim trybem, jakim pracuję, to ja dziecka widywać nie będę, ewentualnie w weekendy. Narzeczony kilka razy do roku wyjeżdża w delegację na tydzień do miesiąca czasu. Rodziców i teściów mam 100 km dalej. Co ja z tym dzieckiem zrobię? Muszę mieć elastyczny czas pracy... Albo z niej zrezygnować, co nie wchodzi w grę, bo narzeczony nawet teraz zarabia mniej ode mnie. Na moje propozycje, żeby to on rzucił pracę zarobkową i zajął się dzieckiem wielce się oburzył, że jak to, przecież praca... No właśnie, a moja praca już się nie liczy? Mam wszystko rzucić i zostać matką? Na moje argumenty wszyscy odpowiadają, że jakoś to się ułoży i nie można wszystkiego zaplanować. A otwierając działalność, pracowałabym jako podwykonawca trzy dni w tygodniu. Brzmi lepiej...

Po prostu wszystkim jakby szajba odbiła. Ja też chcę dziecka, naprawdę. Ale jeszcze nie teraz. Nie teraz, kiedy zaczyna się układać. Chciałbym się najpierw trochę dorobić, zwiedzić kawałek świata, pokorzystać z dóbr materialnych, zanim będę musiała się poświęcić dla dziecka. Nie wiem dlaczego nikt tego nie rozumie i jestem wrogiem numer jeden.

#rDXBH

Jestem ojcem 12-letniej córki, która ostatnimi czasy zbyt mocno zafascynowała się na punkcie ekologii. Namawia mnie do tego, żeby założyć fotowoltaikę, zamienić mojego obecnego Diesla na auto elektryczne czy na to, żeby jeść mniej mięsa, a więcej zieleniny. Oczywiście nie zamierzam jej w takich kwestiach słuchać, aczkolwiek rozumiem, że młodzież jak to młodzież, ma swoje dziwactwa i nie widzę w tym nic złego. Postanowiłem być dobrym ojcem i pomyślałem, że fajnie byłoby jej pomóc żyć zgodnie z jej filozofią. Przestałem ją zawozić do szkoły samochodem, kupiłem jej w prezencie jakiś używany rower za 500 zł (nie mogłem kupić nic nowego, bo wiecie, produkcja nowego roweru jest nieekologiczna – lepiej kupić jakiś stary używany) i oczywiście powiedziałem jej, że teraz tym środkiem transportu będzie sobie jeździła do szkoły i wracała do domu. Dodatkowo powiedziałem dziewczynie, że koniec z kupowaniem ciągle nowych ciuchów, wymieniamy rzeczy tylko bardzo zniszczone i nie kupujemy już dla niej nowych oryginalnych ciuchów, tylko kupujemy dla niej ciuchy używane z lumpeksu, oczywiście zabroniłem jej korzystania z pralki częściej niż raz w tygodniu (w końcu ekologia ważna rzecz).
Nie minęły dwa tygodnie i dziewczyna w 100% wyleczyła się z ekologizmu.
Pomyślałem, że całe szczęście, że jej to przeszło, bo gdyby nie ta delikatna terapia szokowa, to musiałbym zastosować bardziej radykalne kroki, typu obniżamy temperaturę w pokoju, myjemy się raz na tydzień, zapominamy o jakichkolwiek wakacjach... Całe szczęście, że to nie było absolutnie potrzebne, bo jeszcze by mi odebrali moje własne dziecko za takie wychowanie, a ja czuję się dumny, że wystarczyły dwa tygodnie, żeby te pomysły z głowy jej wywietrzały.

#9lIEV

Mam dwa psy, roczny owczarek niemiecki i półroczny doberman. Na spacery chodzimy z nimi osobno, dlatego że psiaki lubią się zaczepiać, podgryzają się, co utrudnia spacer.

Podczas spaceru z owczarkiem na horyzoncie widzę matkę z ok. 4-letnią dziewczynką. I już widzę, że mała bierze rozpęd i wyciąga swoje ręce do mojego psa, który dzieci nie lubi. Byłam wtedy z kolegą, który miał rozciętą rękę, tak zabandażowaną, że wyglądała, jakby jej wcale nie było. Dzieciak biegnie na nas, konfrontacja nieunikniona, pies już szczerzy zęby gotowy, żeby gryźć. Krzyczę do dziecka, żeby się zatrzymało i nie podchodziło, ale gdzie tam, mała leci dalej jak sprinter, zachęcana przez matkę. Ja już trzymam mocno psa, chowam za sobą, a tu nagle mój kumpel wkracza do akcji i mówi: „COFNIJ SIĘ! BO JAK NIE, TO TEŻ CI RĘKĘ ODGRYZIE, JAK MI, GDY BYŁEM W TWOIM WIEKU!” i pokazał małej bandaż. Dzieciak z przerażeniem patrzy i zastygł w miejscu. A kumpel: „Lepiej uciekaj do mamy”.

Praktyka dość mocna i agresywna, ale zadziałała :) Polecam! Dalszy spacer przebiegł w spokoju.

#uDnL6

Uwielbiam noc.
Codziennie o tej godzinie 4 czy 5 denerwuję się, bo zaczyna się robić jasno, zakrywam okna wszystkim czym się da. Tekturami, kocami, zasłonami, rolety, już nawet blat był, bo zawsze gdzieś jakiś promyk będzie prześwitywał.

Moi przyjaciele, kiedy mają gdzieś wstać późno w nocy, proszą, żebym ich telefonicznie obudził, bo przecież i tak nie będę spał, no i mają rację. Jak trzeba po kogoś pojechać w nocy, to zawsze jadę ja, bo nie czuję zmęczenia, w nocy mogę jeździć, jazda w dzień mnie denerwuje.

Najciekawsze są sytuacje, kiedy jest godzina powiedzmy 5 czy 6 rano, ja jeszcze nie śpię, postanawiam zjeść ostatni posiłek i kima. W kuchni spotykam ojca.
O: Ale szybko wstałeś, dawno ci się nie zdarzyło.
Ja: Ja jeszcze nie poszedłem spać...

No i ojciec je śniadanie, a ja kolację. Do tego śpię po 3-4 godziny dziennie max. Nie ukrywam, ma to swoje plusy, bo w trakcie sesji wszyscy umierają, a dla mnie to jest w sumie takie dosyć normalne.

I żodyn nie wie, że po prostu w nocy mam lepszy internet.

#QIR1G

Jadąc dzisiaj autem, zauważyłam na poboczu dużą torbę z McDonalda. Jako że słyszałam historie, w których ludzie znajdowali w takich torbach porzucone szczenięta i kocięta, postanowiłam zrobić dobry uczynek i uratować te maluchy, zatrzymałam się więc na poboczu i poszłam sprawdzić, co jest w torbie.
To, co zobaczyłam w środku, to były czyjeś rzygi...

#6WY14

Mam 30 lat, całe życie matka chuchała na mnie i dmuchała, a w konsekwencji nie mam przyjaciół ani pracy, nigdy nie miałam chłopaka, nigdy nawet na imprezie nie byłam, na wakacjach nie byłam, alkoholu nigdy nie piłam i dalej mieszkam na wiosce z rodzicami. Nawet się do miasta nie mogę wyprowadzić, bo rodzina mówi, że nie poradzę sobie ani z pracą, ani z wydatkami. 
Młodzi, cieszcie się z tego, co macie, bo moje życie pod kloszem jest przekichane.

#qTEo9

Jestem uzależniona od uwagi mężczyzn. Wychowywałam się w domu praktycznie bez ojca. Z terapeutką rozmawiałam na temat potencjalnych „daddy issues”, a ona zaprzeczała.
Walidacja mężczyzn jest mi potrzebna. Lubię czuć się przez nich zaopiekowana. Parę miesięcy temu pewien mężczyzna poświęcił mi dużo uwagi, od tego czasu nie mogę o nim zapomnieć. Śledzę go w internecie, robię się zazdrosna, kiedy wchodzi w interakcje z innymi kobietami.
Myślałam, że gdy znajdę partnera, to takie natrętne myśli i uczucia przejdą. Jestem już w związku 4 lata i tak intensywna sytuacja zdarza się średnio raz na rok.
Co robić? Boję się, że zranię w ten sposób partnera, że posunę się do czegoś głupiego.

#P3SgG

Sytuacja z dzisiaj.

Nie chciałem jechać na uczelnię głodny, więc zajechałem do McDonalda. Nie lubię McDrive'a, więc zaparkowałem pod restauracją. Przed drzwiami zaczepiła mnie osoba, jak się później okazało, bezdomna. Poprosiła mnie nie o pieniądze „na chleb”, a o kupienie jedzenia. Jak pieniędzy rozdawać nie lubię, tak kiedy ktoś prosi mnie o jedzenie, nie jestem w stanie odmówić, gdyż sam wiem, czym jest prawdziwy głód. Kupiłem burgery dla mnie i dla tej osoby. Swoje wziąłem na wynos, a resztę zostawiłem na stoliku, przy którym siedziała ta osoba (zaznaczam, że wybrała stolik w kącie, nikomu nie przeszkadzała itp.). Przy wyjściu złapał mnie pracownik i powiedział, że jeśli będę dokarmiać bezdomnych na terenie restauracji, to wpiszą mnie na „czarną listę” i nigdy więcej tam nie zjem. Oczywiście nie ujął tego tak dosłownie, ale z przekazu łatwo było się domyślić, o co chodzi.

W jakich czasach żyjemy, że za pomoc drugiej osobie straszy się ludzi zakazem wstępu do restauracji... Chyba że to ja jakiś dziwny jestem.
Dodaj anonimowe wyznanie