Rozstałem się z żoną, choć mamy dwoje wspaniałych i cudownych dzieci (3 latka i roczek). Toksyczność związku nie pozwoliła nam na wspólne przeżycie reszty naszego czasu. Staram się jak mogę, każdą wolną chwilę staram się poświęcać dzieciom, niestety matka dzieci próbuje mi to za wszelką cenę utrudnić. Wszyscy dookoła się ode mnie odwrócili... Ludzie, których miałem za przyjaciół, ludzie, których miałem za rodzinę. Wszyscy szczują mnie psami „bo tak nie wypada”.
Ostatnio odwoziłem dzieci do ich matki na drugi koniec wojewódzkiego miasta, godziny wieczorne, to i pociechy trochę już zmęczone, sam też już resztkami sił po tygodniu pracy, stoję nad wózkiem i zabawiam dzieciaki. Śmiech na cały wagon. W pewnym momencie wstała pani lat 50-55, podeszła do mnie i wysiadając powiedziała: „Aż miło popatrzeć, jak pan zajmuje się dziećmi”. Nie ukrywam, łzy napłynęły mi do oczu. Przyjaciele, rodzina, matka dzieci nie chcą widzieć ile robię dla tych dwóch oczek w mojej głowie. W tym momencie ta pani zrobiła mi dzień, tydzień, cały miesiąc. Dziękuję za wsparcie. Droga pani, jeśli to czytasz, to wiedz, że dałaś mi energię do dalszych bardzo ciężkich zmagań.
A tym co w komunikacji dają telefon do ręki dziecku... Popatrzcie na swoje pociechy, porozmawiajcie z nimi, powygłupiajcie się, tego czasu nie odzyskacie.
Z okazji wyprowadzki postanowiłam sprzedać kilka rzeczy i z racji tego, że to najłatwiejszy sposób, wybrałam pewien znany portal.
Jedną rzeczą są buty ze skóry naturalnej, kupione 3 tygodnie wcześniej, nienoszone (kupiłam, nie pasowały, miałam oddać do sklepu, ale wyleciało mi z głowy i nie zdążyłam na czas). Chciałam je sprzedać z paragonem (żeby można było oddać na reklamację w razie czego), w oryginalnym opakowaniu. Pierwotnie buty kosztowały ponad 100 zł, postanowiłam, że sprzedam je za 30, bo zależy mi na czasie. I zaczęło się... Masa wiadomości o treści: „Ja mam chore dziecko, nie mam pieniędzy, może odda mi pani za darmo”, „Ja je biorę, ale za te 60 zł już z przesyłką i najlepiej jak je pani mi dziś wyśle kurierem, bo chcę je na już” itd.
Drugą rzeczą był laptop, jakiś czas temu kupiłam sobie nowy, ten jest sprawny, 3-letni, z dotykowym ekranem, był raz naprawiany, o czym napisałam w ogłoszeniu. Po wycenie u informatyka, który sprzedaje używany sprzęt, opuściłam 200 zł i postanowiłam, że sprzedam taniej. I oczywiście od razu masa wiadomości, że jak mi niepotrzebny, „To dla dziecka do nauki, może za symboliczną czekoladę?”, „Co tak drogo?”, „Ja bym wziął, ale taniej”. Tylko że na innych serwisach same części są droższe...
Tak było jeszcze z kilkoma innymi rzeczami.
Zdenerwowałam się. Buty wrzuciłam do kontenera na ubrania, komputer sprzedałam do serwisu, za nawet wyższą cenę, innych rzeczy też się jakoś pozbyłam. Łącznie z kontem na tym portalu.
Druga połowa lat 80. W tamtych czasach ilość kanałów telewizyjnych ograniczała się do dwóch. W okresie wielkanocnym, rok w rok, na dwójce emitowano pasjonujący film nakręcony we wczesnym paleolicie. „Jezus z Nazaretu” – taki był jego tytuł.
Przy rodzinnej biesiadzie, gdzieś w przerwie pomiędzy tłuczeniem pisanek i fajdaniem sobie koszulki żurkiem z białą kiełbasą, można było sobie rzucić okiem na ekran wielkiego jak szafa telewizora i popatrzeć, jak niewdzięczni Rzymianie tłuką biednego Jezusa na kwaśne jabłko (w technikolorze!).
Rodzinka była zajęta rozmową, a ja przeżyłem prawdziwie mistyczne doznanie, widząc jak Chrystus przybijany jest gwoździami do krzyża, a następnie zmartwychwstaje niczym prawdziwy kozak! Taki gość przebijał Schwarzeneggera, Chucka Norrisa i pana Tik-Taka razem wziętych!
Gdy wróciłem do przedszkola, okazało się, że nie tylko ja widziałem ten film i nie tylko ja byłem pod ogromnym wrażeniem opowiedzianej w nim historii. Któryś z chłopaków ogarnął czerwony mazak. Postanowiliśmy pobawić się „w Jezusa”.
Nasza pani przedszkolanka, starsza, bogobojna babka, weszła do sali i zobaczyła chyba najbardziej szokujący widok w jej karierze – leżącą na dywaniku grupę kilkunastu gówniarzy z rozpostartymi rękoma, ufajdanych krwistoczerwonym markerem (że niby krew).
Jedni teatralnie krzywili buzie w bólu, niektórzy omdlewali, a inni, głęboko natchnieni, wykrzykiwali: „Ojce, psebac im, albowiem nie wiedzom, co cyniom!”.
Każdy jeden z nas był oczywiście Jezusem i odgrywał własny spektakl.
Do dziś pamiętam, jak blada pani przedszkolanka chwiejąc się klapnęła tyłkiem na krześle i ciężko dysząc czekała, aż druga przyniesie jej mokry ręcznik na kompres.
Kiedy biedna babeczka dochodziła do siebie, my już zajęliśmy się inną zabawą. Wyciągaliśmy sznurówki z trampek, aby zainscenizować samobójstwo Judasza...
W pierwszej klasie szkoły podstawowej bardzo często odwiedzały mnie koleżanki i kiedy u mnie były, moja mama stawała się radosna, otwarta i przyjacielska. A ja marzyłam o tym, by którejś z koleżanek umarli rodzice, mając nadzieję, że wtedy będziemy mogli osieroconą koleżankę przygarnąć i moja mama już zawsze będzie miła.
Mam kilka swoich dziwactw, mianowicie:
1. Sprawdzanie sto razy, czy wszystko mam. Bilet autobusowy, choć zawsze w tym samym miejscu, sprawdzam na przystanku, potem jeszcze w autobusie, w sklepie, na PKS-ie i znowu w autobusie. Tak mam z biletami każdego rodzaju, prawem jazdy, dowodem, portfelem czy telefonem. Boję się, że coś zgubię.
2. Boję się, że jak będę szła, to narobi na mnie gołąb. Zawsze jak idę upewniam się, czy w razie draki mam chusteczki i myślę co zrobię, jeżeli mi się coś takiego przydarzy i czy może powinnam mieć jakieś ubranie na zmianę. Zawsze jak idę pod drzewami, to rozglądam się i zakładam kaptur.
3. Gdy jestem w łazience (usytuowanej na korytarzu), wszystkie drzwi na korytarzu muszą być zamknięte (do kuchni, na strych, do pokoju, do ganku – wszystkie).
4. Nie cierpię, gdy na wannie stoi otwarty szampon lub płyn do kąpieli. Irytuje mnie to okropnie, wszystko muszę natychmiast pozakręcać.
Mam tego dość, ale nie potrafię żyć inaczej.
Zawsze kiedy mnie ściśnie w brzuchu, przypomina mi się moja historia z dzieciństwa.
Od kiedy pamiętam zawsze chciałem gdzieś jakiś grosz zarobić. W domu nie było czegoś takiego jak kieszonkowe, ale było wszystko od puszek, makulaturę po butelki. Gdy miałem 11 lat, matka pozwoliła mi w końcu sprzedawać gazetę mojego miasta. W pierwszy dzień byłem tak podniecony, licząc zarobione pieniądze, których jeszcze nie miałem... Gazety sprzedawały się najlepiej w centrum, więc podekscytowany sprzedawałem tam kolejne egzemplarze. Nagle przychodzi wielki ból brzucha... Myślę sobie, że przejdzie i będzie OK. Nie przeszło... Ja z 20-30 gazetami w ręku, jakieś 3 km od domu, a tu czuję ogromny nacisk! Panika w oczach, ale gdzie załatwić sprawę, kiedy wszędzie spacerują ludzie? Prawie pobiegłem do najbliższego parku. Puściłem pośladki – poszło rzadko, z nogawki trochę też... Wkurzony na maksa na siebie myślę sobie, że kasa potrzebna, więc dalej sprzedaję, ale teraz po blokach. Pewien pan otworzył mi drzwi. Uśmiechnięty mówię, że sprzedaję gazetę, on odpowiada, że weźmie, a po chwili marszczy nos i z obrzydzeniem pyta, co tu tak je.ie. Na to ja, z największą pewnością siebie w głosie, odpowiadam: „Nie wiem, ale to chyba od sąsiadów”. Chyba uwierzył :D
Szukam pracy. Skończyłam szkołę średnią z dobrym zawodem. Tak mi się wydawało. Ucząc się, pracowałam dorywczo w gastronomii. Kończąc szkołę, wyprowadzając się z domu rodzinnego, nie przypuszczałam, że będzie mi tak ciężko znaleźć pracę chociażby z zwykłym sklepie handlowym.
Od 3 miesięcy trwa niekończące się rozwożenie CV, składanie aplikacji przez internet, oficjalne strony sklepów itd.
Kilka razy ktoś się odezwał przeprowadzić krótką rozmowę, a na koniec: „Mamy panią w systemie, jeśli będzie oferta, to się odezwiemy”. W końcu po raz kolejny zadzwonił telefon, tym razem większe konkrety, umówiona rozmowa o pracę na następny dzień, ja cała podekscytowana, że w końcu coś znalazłam. Cała rozmowa przebiega fajnie, pani opowiada, jak wygląda praca na sklepie itd. Zapytanie: „Ma pani jakieś doświadczenie?.” Czar prysł... Otóż nie mam. Skończyłam dopiero szkołę, szukam pracy od paru miesięcy i bardzo mi na tym zależy. Usłyszałam tylko, że się odezwą, kiedy będzie skierowanie na badania itd. Dwa dni później widzę w tym oto sklepie nową pracownicę już na przyuczeniu.
Naprawdę nie rozumiem polskiego pracodawcy, który oczekuje od każdego doświadczenia. Ludzie po szkole, wyuczeni, gdzie mają zdobyć to doświadczenie? I co mi po tych wszystkich stażach, umowach zleceniach, jak na to nawet nie patrzą...
Mam mały biust. Nie przeszkadza mi to, o operacji nie myślałam. Widziałam kiedyś w telewizji program o operacjach plastycznych. Występowała w nim kobieta, która planowała sobie powiększyć piersi, zrobiła to, były też pokazane jej losy po operacji. Właściwie jedyne co pamiętam z tego programu, to jak wyglądała kilka/kilkanaście dni po zabiegu – jak cień człowieka, ledwo miała siłę, by cokolwiek powiedzieć przed kamerami, płakała, mówiła, że bardzo boli, nie ma już siły itp. Prawdopodobnie jak już zakończyła rekonwalescencję była zadowolona z efektów i zgaduję, że nie żałowała, jednak ja tego nie pamiętam. Zapamiętałam to, jak cierpiała i utwierdziłam się w przekonaniu, że mi taka operacja potrzebna nie jest, bo zwyczajnie nie warto. Oczywiście, jeśli jakaś kobieta ma kompleksy z powodu rozmiaru swoich piersi i taki zabieg miałby podnieść jej samoocenę, a tym samym poprawić jakość jej życia, to ja absolutnie tego nie krytykuję – może w przypadku takiej kobiety warto. Chodzi mi tylko o to, że ja kompleksów nie mam i że ja operacji ani nie chcę, ani nie potrzebuję.
Niedawno zaczęłam się z kimś spotykać. Jakiś czas temu zapytał, czy powiększę sobie dla niego piersi. Już sam fakt, że ośmielił się o to prosić, jest dla mnie niepojęty. Gdybym się żaliła, że mam za mały biust i go nie lubię, to jakaś delikatna sugestia operacji byłaby do przeżycia, ale on tak prosto z mostu, bez żadnego wywiadu co ja o tym sądzę. Zabrzmiało to dla mnie tak, jakby powiedział, że mnie po prostu nie akceptuje. Na moje: „Raczej nie” (tak mnie zaskoczył pytaniem, że nie zaprzeczyłam bardziej stanowczo), zapytał: „Czemu nie?”. Moją odpowiedź poprzedziło żałosne westchnięcie, a w głowie od razu pojawił się obraz tamtej kobiety z telewizji. Odpowiedziałam, że wiąże się to z miesiącem zwolnienia lekarskiego, bólu i cierpienia. Tu moim zdaniem powinien nastąpić bezpowrotny koniec dyskusji, ale on kontynuował, pytając: „I tylko dlatego?”. Tak jakby to, że miałabym przez miesiąc cierpieć, nie miało dla niego żadnego znaczenia, jakby najważniejsze było to, żebym miała taki biust, jaki jemu się będzie podobał, bez względu na wszystko.
Musiałam to z siebie wyrzucić, bo chociaż minęły ponad dwa tygodnie od tego dnia, ja wciąż to rozpamiętuję.
Pracowałam jakiś czas temu w sklepie odzieżowym. Nie jestem może jakąś wielką znawczynią nowinek modowych, ale na naszym asortymencie, rozmiarach, fasonach znałam się dość dobrze.
Przyszła pewnego razu kobieta, powiedzmy, pulchniejsza. Ale waga jej nie przeszkadzała, poprosiła jedynie, bym znalazła jej jakąś codzienną sukienkę, żeby mogła wyjść w niej np. z koleżankami na kawę, a żeby jednak dobrze wyglądała.
Wyszukałyśmy bardzo fajną dzianinową sukieneczkę, z tym że uprzedziłam klientkę, że daję jej większą rozmiarówkę, gdyż mamy zaniżoną, a po co ma się męczyć w czymś małym tylko po to, by metka się zgadzała. Kobieta sukienkę zmierzyła – wyglądała rewelacyjnie! Nic nie opinało, nie nie gniotło, nie marszczyło się, więc ona zachwycona, a ja szczęśliwa, że mam kolejny sukcesik. Po czym wpada jej mąż i od progu pyta, gdzie ta jego gwiazdeczka. Wskazuję przymierzalnie, mówię co i jak. Za dosłownie kilkanaście sekund mężczyzna dosłownie wypada z przymierzalni i z buzią na mnie, że jak ja mogłam jego żonie taki wielki rozmiar dać? Co to za worek na ziemniaki? Jak mogę z jego żony taką beczkę robić? Próbuję wytłumaczyć co i jak, jaka u nas rozmiarówka itp... Ale pan ma mnie gdzieś i drze się dalej. W gruncie rzeczy dowiedziałam się, że ch*** znam się na rozmiarówkach, swojej robocie, że on zgłosi to moim szefom, a ja to w ogóle do sprzątania kibli jedynie się nadaję... Pociągnął żonę za rękę i wyszli.
Kobieta co prawda na następny dzień przyszła mnie przeprosić i sukienkę kupiła, ale powiedzcie mi... czy normalna osoba ocenia sprzedawcę po doborze metki na ubraniu?
Zawsze miałem problem z językiem niemieckim, do tego nauczycielka, lekko mówiąc, mnie nie lubiła. Jakoś nigdy ten język nie mógł mi wejść do głowy, najgorzej było, że na koniec roku groziła mi jedynka, ostatnie wypracowanie miało zadecydować, czy będzie poprawka, czy jednak dostanę tę „naciąganą dwójkę”. Korzystając z okazji, że siostry narzeczony jest Niemcem, poprosiłem go o pomoc. Koleś wydawał się spoko, po 15 min wypracowanie miałem gotowe, bez czytania oddałem nauczycielce. Na drugi dzień okazało się, że mnie uwaliła. Gdy zobaczyłem wypracowanie, było całe podkreślone. Gdy pokazałem mu to i zapytałem siostry, co to ma znaczyć, oni tylko się pośmiali i powiedzieli, że to nauczka, bo mam się uczyć. Nie no, bez zemsty tego zostawić nie mogłem. Czekałem na idealny moment, w międzyczasie zdałem poprawkę i wiele się nauczyłem.
Nadszedł grudzień, tydzień przed świętami przyjechała siostra z narzeczonym. Już prawie zapomniałem o zemście, ale wpadłem na genialny pomysł, gdy ten poprosił mnie o pobranie jakiejś polskiej kolędy na telefon wraz z tekstem. Cały tydzień po kryjomu się uczył, żeby zabłysnąć przy wigilijnym stole. Po wieczerzy mama (zagorzała katoliczka) skończyła śpiewać chyba wszystkie znane jej kolędy. Gdy nadszedł moment ciszy, Andreas powiedział, że ma niespodziankę dla nas wszystkich. Najbardziej zdziwiona to chyba była moja siostra. Wstał, poprawił marynarkę i łamanym polskim zaczął śpiewać na całe gardło: „Świąteczną balladę o cyckach” xD. Siostra doznała takiego szoku, że nie mogła wydusić słowa. Twarze rodziców przybrały kolor wigilijnego barszczu... A ja z dziadkiem umieraliśmy ze śmiechu.
Jedyną osobą, która doceniła mój żart, był dziadek. Poklepał po ramieniu i powiedział, że babcia z góry śmiała się z nami.
PS Moja „ofiara” do dziś się do mnie nie odzywa... Ale za wakacje stracone przez naukę niemieckiego warto było :)
Dodaj anonimowe wyznanie