Opowiem wam o moim dzieciństwie. Zacznę od tego, że byłam dzieckiem z szalonymi pomysłami. Rodzice zawsze musieli mieć mnie na oku, bo gdy tylko mnie z niego spuścili, działy się makabryczne rzeczy.
Przechodząc do sedna: w wieku 5 lat postanowiłam umyć głowę w przypadkowej beczce, która stała w ogrodzie. Niefartem okazało się, że to nie woda była w beczce, lecz świeżo rozrobiony beton. Wyobraźcie sobie minę mojej mamy, kiedy przyszłam do niej z włosami postawionymi jak na punka. Przerażenie mojej mamy na widok moich włosów zastygniętych dęba w betonie bezcenne, w mgnieniu oka zabrała mnie do fryzjerki i obcięli mnie jak chłopca na jeżyka. Na szczęście włosy szybko odrosły.
Rok po tym wydarzeniu postanowiłam ostrzyc wszystkie swoje lalki na jeżyka z nadzieją, że włosy odrosną im równie szybko jak mi.
Trzymam te lalki do dziś, by przypominały mi szczyt mojej głupoty.
Ostatnio spotkałam się z moją koleżanką sprzed lat w kawiarni. Było bardzo miło, żartowałyśmy, wspominałyśmy dawne czasy... Ja zamówiłam sobie herbatę, do której podano na talerzyku dwa plastry cytryny, a ona kawę. Po godzinie zaczęłyśmy się zbierać, już założyłam kurtkę, a ona mówi do mnie: „Czekaj, zapytam panią, czy może nam spakować ten jeden plaster cytryny na wynos”. Ja na to: „Jak to, daj spokój”. A ona: „Należy się, przecież zapłaciłaś”. Po czym pani zapakowała nam tę cytrynę w dwie serwetki...
Ech, Polaki cebulaki, nie tylko na wakacjach, ale też w kawiarni :D
Mam wybitnie modną kierowniczkę z pracy. Codziennie inne ciuchy, wyglądające elegancko i markowo.
Kilka dni temu spotkałam ją… w lumpeksie, gdy szła do przymierzalni z naręczem ciuchów.
Nic nadzwyczajnego by w tym nie było, gdyby nie fakt, że od tamtej pory mam dwa razy więcej zadań i dziesięć razy więcej pretensji niż wcześniej – za dosłownie wszystko. Jakby to była moja wina, że zobaczyłam ją w sklepie z używaną odzieżą.
Mój chłopak napisał mi SMS-a: „Olu, będę za 5 minut z pizzą – niespodzianka!”.
No niespodziankę to faktycznie mi zrobił. Byłam w dresie i bez makijażu, a on jeszcze nigdy mnie w takim stanie nie widział – spotykamy się dopiero dwa miesiące i na każdej randce do tej pory byłam wystrojona jak gwiazda.
Otworzyłam mu drzwi, a on spojrzał na mnie i zapytał: „Dzień dobry, czy zastałem Olę?”.
Byłam z pewnym chłopakiem prawie 3 lata, z czego lekko ponad 2 mieszkaliśmy razem. Na początku było miło, wzloty i upadki. Najgorsze jednak było jego lenistwo. Ale to co odje**ł w ciągu ostatniego czasu przechodzi wszelkie pojęcie.
Na początku września zaczął pracę w nowej firmie, z początku wszystko było OK. Ale później z coraz większą niechęcią chodził do pracy. A przez ostatnie półtora tygodnia października siedział na bezpłatnym urlopie. Powód? Dziewczyna (ja) miała wypadek samochodowy i w ciężkim stanie leży w śpiączce w szpitalu. On, biedny, musi się mną opiekować. Oczywiście żadnego wypadku nie było, a ja miałam się całkiem dobrze.
I teraz hit – w poniedziałek rano dzwoni do mnie jego kierownik, pyta, jak się czuję itp. Po chwili rozmowy okazało się, że mój kochany chłopak napisał mu w niedzielę, że niestety zmarłam, potwierdzając to również później w rozmowie telefonicznej.
No cóż, uznałam, że skoro nie żyję, to przecież nie ma mnie w jego życiu. Wyprowadziłam się, zabierając praktycznie wszystko, co kupiłam do „naszego” mieszkania. On chyba jeszcze nie wie, ale stracił nie tylko dziewczynę, która była przy nim w najbardziej kryzysowych sytuacjach, ale pracy też już nie ma.
Tak że Panowie, Panie też: nie wymyślajcie takich głupot, bo możecie stracić więcej niż wam się wydaje.
Jest rok 1998. Osiedle w moim mieście to taka mała wiocha. Znajdują się na nim wyłącznie domki jednorodzinne, a ludzie mieszkają w nich od pokoleń. Siłą rzeczy wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, gapią się w podwórka, monitorują zakup nowych samochodów itd. Ogólne typowe „somsiady” z memów o nosalu Januszu.
Gwiazdą na naszej ulicy jest pani D. – kobietka w średnim wieku, żona ważnego pana. Sama nie jest ani specjalnie wykształcona, ani ambitna, za to mniemanie o sobie ma ogromne. Pod warstwą przemiłych uśmieszków kryje się jednak ogromny fałsz i typowa cebula. Nieustanie porównuje się do księżnej Diany (poważnie...), a jej głównym celem życiowym jest tzw. wizerunek – zawsze wystrojone dzieci, nieustanne udzielanie się w parafii, w radzie osiedla i puszczanie cichaczem plotek o niskim poziomie o innych mieszkańcach. Co roku w Wigilię chodzi po sąsiadach niby z życzeniami, a tak naprawdę pochwalić się, jakich to ona świąt nie urządza, jaka to bogata rodzina nie przyjedzie, jak to będzie kulturalne, światowo i luksusowo. Któregoś dnia piała nad tym, że przyjedzie do niej rodzina z zagranicy tuż po pasterce, pod kościół. Tu muszę dodać, że pasterka była na naszym osiedlu w latach 90. czymś w rodzaju rewii mody, szli wszyscy, więc pani D. celowo kazała przyjechać tej rodzinie nowymi samochodami pod kościół, aby mogła nieco poszpanować przed nami, biedakami.
W Wigilię 1998 roku mój starszy brat, wówczas 15-letni fanatyk Michaela Jacksona, przeżywał swój pierwszy bunt, a że był i jest raczej ciapowaty, to szczytem szaleństwa było podprowadzenie wódki wujkowi. Do północy był już nieco narąbany, czego o dziwo nie zauważyli rodzice, a on sam starał się wyglądać jak najbardziej trzeźwo i jeść majonezową sałatkę, jak mama nakazała. O północy, gdy szliśmy na pasterkę, brat zmieniał już kolory niczym kameleon. Szedł jednak sztywno jak żołnierz, obawiając się zdemaskowania. Cały kościół był już zapełniony, więc rozdzieliliśmy się od rodziców, którzy zostali na zewnątrz i stanęliśmy na samym końcu w mega tłoku. Nagle wchodzi pani D. Zawiedziona cmokała na babuszki, które zajęły miejsca przy ołtarzu, pozbawiając ją przy tym okazji do podlizania się proboszczowi. Wepchała się przed nami, potrącając przy tym mojego brata. On po chwili walki ze sobą nie wytrzymał i... narzygał jej wprost do kaptura eleganckiej kurteczki... O dziwo, nikt niczego nie zauważył, a ja biorąc za fraki brata, ewakuowałam się na zewnątrz do rodziców.
Po pasterce, wracając do domu, całe osiedle obserwowało wniebowziętą panią D., stojącą pod kościołem z rodziną z zagranicy. Zaczynała właśnie swój show, teatralnie się śmiejąc, zaczepiając ludzi i pilnując, żeby nikt z sąsiadów jej lansu nie przeoczył.
Po czym założyła kaptur...
Żodyn nie przeoczył. Żodyn.
Zawsze myślałam, że przyjaźń przetrwa wszystko... Do czasu.
Zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczyną na początku szkoły średniej. Po mniej więcej roku powiedziała mi, że jest chora na stwardnienie rozsiane. Na początku byłam lekko przerażona, ale z każdym dniem szok ustępował miejsca silnej więzi, jaką jest przyjaźń. Zmieniłam swoje życie, poświęciłam je w dużej mierze mojej chorej przyjaciółce. Lekarze, rehabilitacja, konsultacje, leki, a do tego poukładanie jej kalendarza szkolnego. Prowadziłam w pewien sposób dwa życia. Skupiona na niej, rezygnowałam ze swojego prywatnego życia. Musiałam być dla niej na pełen etat.
Wszystko zmieniło się, kiedy ona dostała się na studia, a ja musiałam zdawać egzamin komisyjny. Moja przyjaciółka przestała nią być od października, kiedy to ruszył pierwszy rok studiów, bo „teraz musi się uczyć i dawać radę na zajęciach”.
Podejrzewam, że po prostu znalazła kolejną naiwną osobę, która przeholuje ją przez czas studiów, jak ja przez szkołę średnią. Absolutnie nie mam jej niczego za złe, sama chciałam tej przyjaźni, ale dziś wiem, że zdecydowanie za dużo poświęciłam.
Życzę wszystkim prawdziwej przyjaźni, a nie holowania kogoś przez jego życie.
Rzecz wydarzyła się w Święta Wielkiej Nocy – po kilku miesiącach ochłonęłam na tyle, by sprawę opisać.
Mówi się wiele o pijanych kierowcach. Że to nieodpowiedzialne, że głupie. I wszystko to jest prawdą. Ale czasem nie tylko oni są winni.
Nie lubię tego całego świątecznego zgiełku – siedzenia przy stole, cioć i wujków, do których nie czuję sympatii. Ale sprawiam przyjemność rodzicom, więc twardo siedzę.
W tym roku spotkaliśmy się u ciotki. Był też jej syn – ojciec trzech córek, wszystkie przed komunią, małe brzdące jeszcze. Oczywiście nalewka wujka poszła w ruch, wszyscy się raczą. Kuzyn mówi, że nie, bo prowadzi. Jednego nie wypijesz? No napij się, jednego. Mój ojciec zwraca uwagę – nie namawiajcie, przecież będzie do domu wracał. Nie słuchają – przecież jeden to nic takiego.
Kuzyn pije jeden kieliszek. Po godzinie jeszcze jeden – no bo skoro jeden to nic takiego, to można dwa, dwa to też takie nic. Mówimy ciotce: namów ich, żeby zostali na noc, przecież twoje wnuki wiezie samochodem. Ale przecież to tylko jeden kieliszek...
Nie mam już trzech zdrowych bratanic, choć wszystkie przeżyły (w przeciwieństwie do kierowcy z drugiego auta). Jedna pewnie nie będzie już nigdy chodzić, jedna straciła oczko. Jedna póki co ma poważną traumę.
Kuzyn pewnie pójdzie siedzieć za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym.
Żona kuzyna obwinia moją ciotkę za namawianie.
Ciotka obwinia żonę kuzyna – że pozwoliła mu pić.
Mój tata obwinia siebie, że nie zabrał mu kluczyków.
A ja sobie myślę, że nie tylko pijący niesie śmierć. Ten kto na picie przyzwala też.
Pracuję w magazynie. Od ponad roku szef budował oczyszczalnię ścieków. Po zakończonej budowie szef zwrócił się do nas, że jeśli będzie coś się działo na oczyszczalni w nocy, mamy dzwonić do niego o każdej porze.
Byłem w pracy, akurat miałem nockę, było ciepło, drzwi od magazynu były otwarte na zewnątrz. Nic nie stało na przeszkodzie, aby puścić cichacza. Niestety cichacz okazał się także zabijaczem. Smród zgniłych jaj. Ja uciekłem z miejsca zbrodni na inny magazyn. Myślałem, że nikt nie poczuje.
Godzina druga w nocy, a tu na magazyn wchodzi szef i jego syn... Okazało się, że kierownik zgłosił szefostwu o smrodzie. Na drugi dzień została wezwana komisja od spraw środowiska, że nie może być, żeby śmierdziało. I na miesiąc oczyszczalnia została zamknięta aż do wyjaśnienia sprawy.
A wystarczyło się tylko przyznać...
Na początku tego roku napisałam wyznanie o tym, że leczyłam się masę lat w przeróżnych klinikach leczenia niepłodności. Nie zliczę przepłakanych przez to nocy, smutku, wizyt u psychologów i wspólnego ogarniania całej tej sytuacji z moim mężem. Jako osoba, która od zawsze miała wszystko od razu, tylko tego nie mogłam, śmiało stwierdzam, że był to najtrudniejszy okres w całym moim życiu.
Zmieniłam dietę, uregulowałam minerały i witaminy w organizmie, wdrożyłam inne ćwiczenia i ruch. W wakacje podeszliśmy do pierwszej procedury in vitro. Dla niewtajemniczonych, najpierw przez 12 dni robiłam trzy różne zastrzyki w brzuch/udo, żeby urosło mi jak najwięcej pęcherzyków z komórkami, później pobrano mi je i część z nich zapłodniono. Powstały nam cztery piękne zarodki najwyższej jakości.
Pierwszy transfer blastocysty, na który poszłam z nastawianiem, że się i tak nie uda, nie ma co się nastawiać na cud. Jednak cud się wydarzył. Udało się za pierwszym razem, właśnie kończymy pierwszy trymestr ciąży. Wszystko jest pięknie i kolorowo, męczą mnie ciążowe objawy, płód rozwija się prawidłowo.
Po pierwszym transferze poznałam dziewczynę, która tak samo jak ja była po pierwszej w życiu procedurze, nasze transfery dzieliło kilka dni. Jej również udało się za pierwszym razem. Rozmawiałyśmy o radości, która nas rozpierała, wysyłałyśmy sobie zdjęcia USG naszych embrionów i cieszyłyśmy się razem, wymieniając się doświadczeniami i odczuciami.
Ostatnio napisała do mnie, zapytała, jak tam u nas. Odpisałam, że fenomenalnie, akurat byłam po USG, serduszko biło jak dzwon, wielkość płodu zgadzała się co do dnia, wyniki krwi miałam świetne, aż dziwne, że tak dobre w ciąży.
Jej szczęście nie trwało długo, na drugim USG lekarz nie był w stanie uchwycić akcji serca. Powiedział jej, że to pewnie błąd aparatu i miała wrócić do niego za trzy dni. Wróciła. Ciąża obumarła. Odstawiła leki i czeka właśnie na poronienie. Jeśli sama się nie oczyści, czeka ją wizyta w szpitalu.
Zamurowało mnie, nie wiedziałam, co jej odpisać. Kilka dni wcześniej kupiła pierwsze ubranka, sama ją przekonywałam, że przecież jest w ciąży i jest małe ryzyko, że coś pójdzie nie tak. Niestety znalazła się w 15% ciąż, które zakończyły się zatrzymaniem akcji serca do 8 tygodnia.Rozmawiając z nią, czułam się winna tego, że nasza ciąża rozwija się prawidłowo, a ich przestała.
Nie jest to wyznanie ku pokrzepieniu, że po wielu latach porażek zawsze zdarza się cud. Życie pacjentów leczących niepłodność uczy pokory i przyjmowania różnego rodzaju bólu i cierpienia.
Do wszystkich przechodzących przez to samo: trzymajcie się i dbajcie swoje zdrowie psychiczne. Do kochanych komentujących: nie jest tak, że twoje ciało nie nadaje się do bycia w ciąży, zazwyczaj da się to ogarnąć. A i adopcja dziecka nie jest remedium dla par z tym problemem.
Dodaj anonimowe wyznanie