#uHt2m
Na początku września zaczął pracę w nowej firmie, z początku wszystko było OK. Ale później z coraz większą niechęcią chodził do pracy. A przez ostatnie półtora tygodnia października siedział na bezpłatnym urlopie. Powód? Dziewczyna (ja) miała wypadek samochodowy i w ciężkim stanie leży w śpiączce w szpitalu. On, biedny, musi się mną opiekować. Oczywiście żadnego wypadku nie było, a ja miałam się całkiem dobrze.
I teraz hit – w poniedziałek rano dzwoni do mnie jego kierownik, pyta, jak się czuję itp. Po chwili rozmowy okazało się, że mój kochany chłopak napisał mu w niedzielę, że niestety zmarłam, potwierdzając to również później w rozmowie telefonicznej.
No cóż, uznałam, że skoro nie żyję, to przecież nie ma mnie w jego życiu. Wyprowadziłam się, zabierając praktycznie wszystko, co kupiłam do „naszego” mieszkania. On chyba jeszcze nie wie, ale stracił nie tylko dziewczynę, która była przy nim w najbardziej kryzysowych sytuacjach, ale pracy też już nie ma.
Tak że Panowie, Panie też: nie wymyślajcie takich głupot, bo możecie stracić więcej niż wam się wydaje.
Jak się tam zachował i mu się wydawało, że przejdzie to, albo był debilem albo po zwyczajnie ani na pracy, ani na Tobie nie zależało. Ty się tylko ciesz, że was żaden węzeł małżeński nie połączył, bo oprócz opuszczenia go ze swoimi rzeczami, mogłabyś zakończyć tą relację z jakimiś idiotycznymi długami. Myślę, że takie lekkomyślne osoby mają skłonność do nieprzemyślanych pożyczek.
a czemu w sumie dzwonił do Ciebie jego kierownik?
Legendy głoszą, że chłop w końcu ogarnął się i odzyskał tę pracę, bo poszedł razem z kierownikiem zapalić znicz na cmentarzu w którym została pochowana autorka tego wyznania i płakali razem, a szef dał nawet podwyżkę z litości, więc wszystko zakończyło się "happy end'em".