Kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć od partnera, że szkoda mu pieniędzy na kwiaty dla mnie, bo zaraz zwiędną itp., a poza tym on przecież aż tyle nie zarabia, żeby jeszcze na kwiaty wydawać (może to nie dokładnie jego słowa, ale taki był ogólny sens wypowiedzi). Ostatnio pochwalił się, że kupił sobie nową grę i pada do PlayStation, które łącznie kosztowały ok. 500 zł.
Nawet nie wiecie, jak mi się zrobiło przykro, gdy to usłyszałam...
Jestem z chłopakiem od ok. 2 lat, wkrótce mamy razem zamieszkać, a mnie coraz częściej nachodzą wątpliwości. Mam wrażenie, że jest innym człowiekiem niż ten, którego poznawałam.
Od początku naszej znajomości bardzo dużo opowiadał mi o swoich wyjazdach – a to był w Stanach, a to w Grecji, a to na rowerach przez Francję, na obozach w górach... Byłam pewna, że wreszcie spotkałam bratnią duszę, bo sama uwielbiam podróżować, poznawać nowe miejsca i kocham górskie wędrówki. Wreszcie znalazł się ktoś, kto ma podobne pasje! Tymczasem przez cały ten czas, kiedy się znamy, byliśmy raz na tygodniowym wyjeździe i może trzy razy wyskoczyliśmy gdzieś w weekend. Zawsze gdy proponuję wycieczkę, słyszę wymówki: „Nie mam pieniędzy, nie lubię prowadzić na długich trasach, mogłaś powiedzieć wcześniej, bo teraz nie dostanę wolnego w pracy”. Nieważne, że proponuję wyjazd pociągiem, żeby nie musiał się męczyć za kierownicą (ja nie prowadzę), kasy też nie potrzeba nie wiadomo ile, żeby zorganizować fajny wyjazd. Zaczęłam z większym wyprzedzeniem mówić, że np. za miesiąc długi weekend i miło by było gdzieś wyskoczyć. W odpowiedzi słyszę: „No spoko, możemy jechać”, po czym znów kończy się tak samo. Co nie przeszkadza mu nadal opowiadać z tęsknotą w głosie o tych wspaniałych wojażach po Polsce i Europie sprzed kilku lat... Zaczyna mnie to coraz bardziej wkurzać, bo kompletnie nie wiem, w czym jest problem. Jakakolwiek próba rozmowy kończy się jego irytacją i stwierdzeniem, że ile można mi powtarzać, że nie ma kasy, nie ma wolnego albo coś tam jeszcze.
Podobnie zaczęło to wyglądać z wyjściami na miasto, do kina itp. Wyciągnąć go gdzieś to prawdziwe święto. Najchętniej wolny dzień spędzałby na kanapie przed telewizorem. Jakiś czas temu przynajmniej wychodziliśmy wspólnie na jedzenie, teraz też coraz częściej woli zamawiać do domu. Z jednej strony staram się go zrozumieć, bo ma nieregularny grafik w pracy, rzadko zdarza mu się mieć cały weekend wolny – zwykle ma wolną niedzielę i jeden dzień w tygodniu. Rozumiem, że bywa zmęczony i ten jeden dzień nie zawsze wystarcza na odpoczynek. No ale bez przesady, ja też pracuję na pełny etat, nieraz po pracy czy w weekend załatwiam jeszcze sporo innych spraw i jakoś potrafię znaleźć chęci na pójście do muzeum, spacer po parku itp. Nie wymagam od niego spędzania w ten sposób czasu zawsze, gdy się widzimy, ale chyba jedną czy dwie niedziele w miesiącu mógłby poświęcić? Szczerze mówiąc, przez ostatnie dwa czy trzy miesiące aż odechciewa mi się do niego jeździć, kiedy wiem, że w perspektywie jest znowu cały dzień z Netflixem...
Niby wszystko jest okej, mamy wspólne tematy do rozmowy, podobne poczucie humoru, na sprawy łóżkowe też nie mogę narzekać, ale ten temat nie daje mi spokoju. Coraz trudniej mi wyobrazić sobie zamieszkanie razem, bo domyślam się, jak to będzie wyglądało.
Mam obecnie 35 lat, ostatni raz u dentysty to byłam bardzo dawno, nawet nie pamiętam kiedy, ale to były lata 2007-08. Powód niechodzenia do dentysty przez tak długi czas? Oczywiście jak się można domyśleć silna dentofobia, a to wynikało z tego, że ostatni raz wyszłam tam z silnym bólem. Teraz jak słyszę wiertło, to mnie dosłownie ściska od środka. Problem polega na tym, że chyba niechcący zraziłam swoją 11-letnią córkę do dentystów, gdzie niestety trzeba było podziałać wiertłem. Zapytała się mnie: „Mamo, czy będzie bolało?”, a ja nie wiedziałam właściwie co mam odpowiedzieć, bo nie chciałam skłamać dziecka co do lekarza, z którym nie mam dobrych wspomnień, więc odpowiedziałam, że nie powinno, ale niestety nie można tego całkowicie wykluczyć, bo jednak będzie wierciła, a zęby są silnie unerwione. Oczywiście nie taki był cel, żeby córkę wystraszyć, tylko przygotować ją na to, że po prostu ból u dentysty jest czymś naturalnym i po prostu nie chciałam, żeby w trakcie zabiegu była czymś zaskoczona. Problem polega na tym, że teraz bardzo ciężko u niej wykonać jakikolwiek zabieg, bo przed każdym pójściem ze mną do dentysty zaczyna robić cyrki w postaci płaczu, krzyku itp., a ja sama nie wiem co mam robić, bo jak tylko słyszę wiertło, to mnie dosłownie mdli i nie mam pojęcia, jak ją w takich chwilach uspokajać.
Wierzę w miłość. Taką prawdziwą. Dlaczego? Opowiem Wam o moich dziadkach.
Dziadkowie podchodzą pod 80 i niestety mocno już podupadli na zdrowiu, zwłaszcza dziadek, który wymaga stałej opieki. Babcia, choć ledwo daje radę, z pomocą fizjoterapeuty i opiekunki (którzy regularnie przychodzą jej pomagać) oraz rodziny dalej dziadkiem się opiekuje. I bierze na siebie największą część obowiązków. Nie śpi w nocy, kiedy dziadkowi coś się dzieje. Chodzi z nim do lekarzy. Podaje leki, choć dziadek ma ich sporo, a lekarze też często je zmieniają. Robi zakupy. Sprząta. Przygotowuje śniadania i kolacje (obiady kupują, babcia nie jest w stanie gotować). I nieraz musi znosić charakter dziadka (jest niesamowicie uparty, a do tego zwykle nie docenia troski babci).
Gdyby go nie kochała, nie robiłaby tego.
Ostatnio babcia wylądowała w szpitalu. Szczęście w nieszczęściu, że wtedy u niej byliśmy (my tzn. ja i tata) i można było ją od razu zawieźć na SOR. Ja w tym czasie zostałam z dziadkiem, który martwił się o babcię. Babcia spędziła na SOR-ze cały dzień, wieczorem wyszła (pielęgniarki mówiły, że przez cały dzień mówiła o dziadku, że się martwiła). Kiedy tata ją przywiózł do domu, była bardzo słaba i do tego mało co jadła w ciągu dnia. Położyliśmy babcię na kanapie, potem tata poszedł jej przygotować coś do jedzenia, a ja jej podałam wody. Potem poszłam po dziadka (drzemał w drugim pokoju i zapewne nie usłyszał, jak wchodzimy, bo jest niedosłyszący) i powiedziałam, że babcia już wróciła, że może się z nią przywitać. Dziadek na tę informację niemal od razu wstał z kanapy (zwykle zajmuje mu to kilkadziesiąt sekund), podszedł do babci, pochylił się, pocałował ją, przytulił (na ogół rzadko to robi), a potem usiadł obok niej. Powiedział, że ją kocha. Potem odwrócił się w moją stronę i powiedział: „Wiesz, Kasiu? Kocham babcię”.
Dlatego wierzę w miłość. Mimo że może ta historia nie do końca to pokazuje. Jak na nich patrzę, to wiem, że się kochają. Mimo że nieraz się na siebie wkurzają i mają dość. To jest miłość.
Co tu dużo mówić... Czytałem kiedyś, że nie da się poślizgnąć na skórce od banana. Chcąc to sprawdzić, położyłem skórkę na ziemi...
Tak że ten, da się, ręka złamana :D
Niektórzy nie lubią małych dzieci. Nie dziwię im się, czasami bywają nieznośne. Ale jednak jest gorsza rzecz niż dzieciaki... A mianowicie starsi ludzie. Dziecko można uspokoić, ukarać za źle zachowanie, wytłumaczyć, co można robić, a co nie... Ze starszymi ludźmi jednak jest inaczej. W sklepach, w autobusach, w kolejkach do lekarza myślą, że oni są najważniejsi. Pchają się, gdzie popadnie, BO IM SIĘ NALEŻY. Większość starszych ludzi nie mają do nikogo szacunku, a sami chcą być szanowani. Ostatnio starszy dziadek wepchał mi się w kolejkę w sklepie, bezczelnym wzrokiem patrząc mi oczy. Nie odezwałam się, niech ma. A mógł chociaż poprosić, zapytać, czy go przepuszczę.
Sporo starszych ludzi czepia się młodzieży, że przegląda coś w telefonie albo rozmawiają przez telefon. A sami stoją pod blokami/sklepami/kościołami i nawijają więcej jak raperzy. Obgadują, gadają i narzekają. Ale broń Boże, by ktoś przez telefon rozmawiał, bo przecież to nie wypada.
Gdy byłam w ciąży, musiałam iść na badania krwi. Pielęgniarka wzięła mnie bez kolejki, bo musiałam przejść długą drogę do przychodni na czczo. Siedziało na korytarzu kilku staruszków, to aż się telepali i krzyczeli, że jak tak można, że mam siedzieć w kolejce. Olałam ich. Poszłam na te badania.
Ja rozumiem, że ludziom należy się jakiś szacunek, ale każdemu, bez względu na wiek. Jednak niektórym starszym ludziom wydaje się, że to oni są najważniejsi. Szkoda, że nie da im się tego wytłumaczyć...
W pierwszej klasie technikum wszystko jeszcze miałem pod kontrolą, zdarzały się dosyć często wagary, ale zdałem do drugiej – jakoś. W drugiej zaś klasie wszystko zaczęło się walić i nie ukrywam, że z mojej jedynie winy. Coraz częściej jarałem, piłem... Skończyło się to tak, że w drugiej klasie technikum nie zdałem, a że był to dosyć ciężki dla mnie kierunek, który w ogóle mnie nie interesował (elektryk), to przepisałem się do technikum gastronomicznego, lecz z racji na zmianę programu nauczania musiałem naukę zacząć tam od nowa i tak też się stało, co było wielkim błędem.
Poznałem tam różnych ludzi, lepszych i gorszych. Długo nie trzeba było czekać, by marihuana, która nie dawała mi już takiej frajdy i działania, została zastąpiona dopalaczami, które wystarczały na dłużej z uwagi na właśnie ich moc. Zacząłem ćpać jak głupi, lecz poznałem pewną dziewczynę, dla której rzuciłem tę szkołę i oświadczyłem się jej niedługo później po tym, jak już zamieszkaliśmy razem. Ona studiowała wtedy ekonomię, a ja pracowałem na nasze utrzymanie. Jedna myśl jednak nie dawała mi spokoju, dziwny niepokój, że coś jest nie tak i miałem rację. Zostałem zdradzony, co po przeprosinach i obietnicy poprawy powtórzyło się potem dwa kolejne razy. Wróciłem do rodzinnego domu, jednak wtedy dopalacze stały się już codziennością. Po pół roku czasu doszło do tego, że gram, który wystarczał mi wcześniej na 3-4 dni, teraz wypalałem w pół dnia, zaczęły się długi, które ciągną się za mną do dziś, ALE... Poznałem muzykę z tej drugiej strony i nie sądziłem, że obudzi we mnie taką pasję. Zacząłem grać na pianinie, śpiewać, co w rezultacie dzisiaj zaowocowało w miłość do rapu i wierszy. Nie było to jednak jedyne wydarzenie, które wpłynęło na moją zmianę.
Pamiętam jak dziś moment, gdy brałem miarkę w nos i następnie przepalałem ją dopalaczem, wtedy straciłem grunt pod nogami, czułem, jakby moje serce się zatrzymywało i upadłem... Obudziłem się w dziwnej czerni, nie czułem, że stoję, czułem się, jakbym szybował w pustce i ciemności. Niewiele myśląc zacząłem płakać i błagać o litość, bo bylem przekonany wręcz, że to już koniec mojego marnego życia.
Obudziłem się po chwili w zupełnie innym miejscu niż byłem wcześniej i pobiegłem czym prędzej do domu. Pamiętam, jak o drugiej w nocy obudziłem moją mamę i powiedziałem, że śmierć nie boli. Była w szoku... Streszczając dalej – byłem u księdza który powiedział, że doświadczyłem czegoś, o czym inni mogą tylko marzyć.
Po tych wszystkich latach walki dziś jestem wierzącym, pełnym pasji i miłości 24-letnim gościem. Pracuję ciężko, bo wiadomo, nie mam nawet średniego, lecz w moim sercu nie ma już strachu, a pełne jest nadziei, że kiedyś muzyka przyniesie owoc i będę mógł wam w oczy powiedzieć, że jestem z siebie dumny, że to ja sam wygrałem, powiedzieć, jak mocno kocham i wierzę!
To zdarzenie miało miejsce, gdy byłam około 4-letnim dzieckiem. Jak każdego dnia, moja kochana mama wsadziła mnie pod prysznic z głębokim brodzikiem i zaczęło się szuru-buru. Istotne jest to, że wtedy jeszcze bardzo często mieszałam i myliłam literki w wyrazach. Mama wrzuciła mi lalki do zabawy i jakieś klocki, bym się nie nudziła. Ja, jako bardzo kreatywne dziecko, zaczęłam budować mój zamek, a lalki miały role księżniczek.
Po jakimś czasie, gdy zaczęła czytać sobie jakieś czasopismo, usłyszała: „Mamo! Patrz! Ja jestem kurewną, a to moje kurestwo!”.
Żałuję, że nie pamiętam jej miny, gdy na mnie spojrzała.
Długo zastanawiałam się, czy opisać moją historię. Historię o tym, jak pozorne szczęście szybko przemija.
Adama poznałam w szkole, po bardzo krótkim czasie zaczęliśmy się spotykać. Był bardzo otwarty, lubił ludzi i zwierzęta, zawsze uśmiechnięty.
Przez długi czas dogadywaliśmy się bez problemu, po kilku miesiącach przybywało małych sprzeczek. Zawsze jednak zrzucałam winę na nasze, jak mi się wydawało, dominujące charaktery. Po kilku latach sprawy zaczęły nabierać tempa – zaręczyny, przeprowadzka, ślub i wesele. Moja zafascynowana ślubami mama była w siódmym niebie. Godzinami przeglądałyśmy weselne magazyny, zamawiałyśmy co się da. A w moim związku działo się coraz gorzej. Mój ówczesny narzeczony nie pracował prawie wcale, całą swoją uwagę skupiał tylko na mnie i sprawowaniu coraz większej kontroli nad wszystkimi sprawami. To powinno było wzbudzić moje podejrzenia. Coś było ewidentnie nie tak, ale przecież wszyscy mówili, że to stres, że jesteśmy jeszcze młodzi, że jakoś się dotrzemy.
Koszmar zaczął się dopiero po ślubie. Adam zaczął sprawdzać mnie na każdym kroku, co powodowało u mnie histerię. Zamykał mnie w pokoju – mogłam wyjść dopiero, gdy się uspokoję. Zamek do łazienki był wymontowany – mogłoby mi się tam przecież coś stać i jak on biedny mógłby mi wtedy pomóc? Przyjeżdżał do mojej pracy – musiał sprawdzić, czy w niej jestem. Nie mogłam wychodzić sama na imprezy i pić alkoholu, korzystać przy nim z telefonu – cała moja uwaga musiała być skupiona tylko na nim. Niejednokrotnie zmuszał mnie do zbliżeń, a gdy odmawiałam, reagował gniewem. Czułam się obserwowana w każdej sytuacji, w towarzystwie wspólnych znajomych natomiast zupełnie o mnie zapominał. Nie mogę zliczyć sytuacji, gdy musiałam zabierać go pijanego do domu, myć po rzyganiu czy wysyłać do pracy. Nie wiem jak mogłam pozwolić mu na to wszystko, ciągle wierzyłam, że jakoś nam się uda, pójdziemy na terapię, dogadamy się – przecież dlatego wzięliśmy ślub. Tak się jednak nie stało.
Każdego dnia płakałam, uciekałam do rodziców, jednak nikt nie chciał mi pomóc. Mówili, że wymyślam sobie problemy, przeinaczam fakty. A ja byłam na wykończeniu. Na szczęście spotkałam na swojej drodze faceta, który mnie uratował. Poświęciłam dla niego całe moje małżeństwo, relację z bliskimi i „przyjaciółmi”. Po wyprowadzce Adam wielokrotnie przekonywał wszystkich, że jestem chora psychicznie, że porzuciłam oddanego męża dla przypadkowego faceta. Jednak po kilku latach, szybkim rozwodzie i kolejnym ślubie z odpowiednim facetem stwierdzam, iż było warto walczyć o siebie. Adam nigdy nie stworzy normalnego związku, pełnego miłości. Mnie się jednak to udało, chociaż do tej pory mam łzy w oczach, myśląc o tych straconych latach.
Ogólnie liceum wspominam jako świetny okres w moim życiu, jednak jak wiadomo, od każdej reguły są wyjątki. W moim przypadku były to lekcje historii. Mimo że nie należę do grona typowych humanistów, to zawsze miałam szacunek do tego przedmiotu. Niestety miałam „przyjemność” trafić na nauczycielkę, która mnie po prostu nie lubiła. Czułam się niesprawiedliwie oceniana, ale myślałam, że może trochę przesadzam. Teraz wiem, że od początku miałam rację.
Kiedyś ze sprawdzianu dostałam niższą ocenę od koleżanki z ławki, mimo że miałyśmy takie same odpowiedzi. Pamiętam również, jak kobieta pytała nas wyrywkowo; nie na ocenę, ale zadawała po jednym pytaniu wyznaczonym osobom. Pewnego razu wskazała na mnie, na szczęście znałam odpowiedź, jednak usłyszałam od nauczycielki: „Źle”, po czym automatycznie pytanie przeszło na kolejną osobę. Ta osoba odpowiedziała dokładnie tak samo jak ja... A kobieta przyznała jej rację. Jednak i tak najlepsze było wystawianie ocen. Kobieta postanowiła nas jeszcze dopytać, nie poszło mi najgorzej, ale też bez rewelacji. Dostałam naprawdę trudne pytania. Ostatecznie zadowoliłam się moją tróją.
Jedna z koleżanek, która należała do grona pani ulubienic, odpowiadała na 5. Pytania, jakie dostała, były bez porównania prostsze od moich. Jednak na koniec przeszła samą siebie, pytając o stolicę województwa warmińsko-mazurskiego (!) Nie dość, że to nie ten przedmiot, to jeszcze byliśmy klasą mat-geo. Myślę, że to pytanie, delikatnie mówiąc, nie stawia wysoko poprzeczki, szczególnie dla osoby z klasy o takim profilu. Jednak, co ciekawe, koleżanka odpowiedziała na to pytanie: „Suwałki”... a ja mogłam już zbierać szczękę z podłogi, bo nauczycielka, po chwili konsternacji, przyznała koleżance rację i wystawiła 5 na koniec.
Dodaj anonimowe wyznanie