#9yLR3

Przez pewien czas miałem z kasą tak krucho, że aby zaoszczędzić, przed udaniem się do kasy w sklepie obrywałem gałązki pomidorów albo liście przy kalafiorze, bo mniejsza waga = mniejsza cena.

Na szczęście już jest OK i od czasu do czasu szarpnę się nawet na awokado.
Bez wcześniejszego wydłubywania pestki ;)

#wLCwZ

Ten dzień był najgorszym dniem w moim życiu. Po prostu turbochu*nia jak cholera.

W pracy, jak to w pracy... pierdyliard niezadowolonych kierowców, a bo długo czekają, a bo to... uroki pracy w spedycji. Przez jednego zostałam nazwana rasową debilką, bo nie wypuściłam go na plac, a ja po prostu nie miałam awizacji...
Żeby było zabawniej, po 13 godzinach pracy na koniec miesiąca zgubiłam klucze od domu. To biegnę do auta, żeby zdążyć do podjechać dorobić klucz, gdy nagle... nie działają mi baterie od pilota i nie mogę odpalić auta. Szok, niedowierzanie. Po 7383838383838 kliknięciach udało się! Auto odpalone, ruszam.
Nagle dostaję telefon... wracaj, kierowca nie ma dokumentów. Nie dowierzam. Mówię, że będę za jakiś czas, bo wyrabiam te cholerne klucze.

Mija chwila, pan daje mi świstek, żebym zapłaciła za jego dzieło, gdy on będzie wyrabiał klucze. Biegnę do kasy ile sił w nogach. Gdy nagle... awaria terminali. Gotówki zero, bankomatów w pobliżu nie ma. Zaczynam kląć jak szewc. Najgorsze 30 minut prób. Udało się...

Telefony z pracy. Wsiadam w auto, jadę... pilot zadziałał. Gdy nagle... kot wyleciał na drogę! Nie miałam jak zahamować... w lusterku zobaczyłam, jak się obraca. Przerażona gaszę silnik, zjeżdżam na pobocze. Zalana łzami, niepewna... nie żyje. Wpadam w histerię, przeklinam siebie, że odebrałam życie biednemu stworzeniu. Siadam na kamieniu, odpalam papierosa. Czekam, aż przejadą samochody, żebym mogła biedaka ściągnąć z drogi. Tir z impetem przejeżdża nieszczęśnika... nie wierzę, co się dzieje.

Ściągam kota z drogi rurą od odkurzacza. Bardziej to, co z niego zostało. Zaryczana, wku*wiona na siebie i na wszystkich. Dojeżdżam do pracy, wydaję dokumenty. Smutna wpadam do domu do swojego mężczyzny, gdzie nagle... zrywa ze mną miłość mojego życia.

Ku*wa, za co?

#ihxlE

Kiedyś spotykałam się z pewnym chłopakiem i przyznam, że było nam razem cudownie. Widywaliśmy się praktycznie codziennie, niestety po wspaniałych 7 miesiącach mój ukochany przyznał, że musi się przeprowadzić na drugi koniec Polski ze względu na pracę. Ja nie mogłam opuścić miasta, w którym mieszkałam, również przez pracę. Tak zakończył się nasz cudowny związek, gdyż mój luby stwierdził, że nie jest w stanie być w związku na odległość, bo sprawia mu to za wiele bólu (już raz w takim związku był). No cóż, takie jest życie.
Dopiero po miesiącu dowiedziałam się, że ma nową dziewczynę. I wciąż mieszka w moim mieście.

#gLcrc

Właśnie zakończył się mój 12-letni związek przez... Uwaga... SMS. Mój narzeczony ze mną zerwał definitywnie. Stwierdził, że już dawno mnie nie kocha, ale gdzieżbym mogła się tego domyślić, skoro jeszcze miesiąc temu zapewniał o trwałości swoich uczuć – jego zdaniem to jest miłość na zawsze. 
Od dwóch tygodni sam nie wiedział co czuje i robił mi nadzieję, że będziemy razem.
Dziś napisał, jaka jestem wspaniała, ale nie dla niego.

Życie ze mną nie było usłane różami, bowiem zajmowałam się swoimi siostrami. Mam matkę alkoholiczkę, ojciec nie żyje i opieka nad nimi spoczęła na mnie. Najgorsze jest to, że za dwa miesiące moja najmłodsza siostra byłaby pełnoletnia i mogłabym w końcu poświęcić się narzeczonemu. Nie było mi dane. Były narzeczony twierdzi, że wie, iż w stosunku do mnie się źle zachował, ale pierwszy raz pomyślał tylko o sobie.

Teraz najlepsze. To wszystko napisał, jak wracałam z pracy. Cała roztrzęsiona i tak przejęta, że wymiotowałam, poprosiłam go, żeby przynajmniej zawiózł mnie do domu, bo nie jestem w stanie dojść. Stwierdził, że nie. A ch.. jeździ moim autem.

#7KzhD

Od jakiegoś czasu pozbawiony jestem auta i muszę jeździć tramwajami. Wczoraj, kiedy tłukłem się szynowozem do roboty, zauważyłem, że jakiś starszy pan nade mną zawisł. Po charakterystycznej lasce, którą ze sobą miał, zorientowałem się, że mężczyzna jest niewidomy. Zerwałem się więc z miejsca i powiedziałem, żeby sobie chłopina usiadł na moim miejscu. Okazało się, że facio był nie tylko ślepy, ale i trochę przygłuchy. „Dziękuję, ale nie skorzystam, bo mam hemoroidy! Wywaliło mi żylaki odbytu i nawet obiad jem na stojąco!” – oczywiście powiedział to tak głośno, że cały tramwaj zaczął się na mnie gapić. Tymczasem staruszek, zupełnie się tym nie przejmując (no bo jak by miał niby miał to zrobić?), ciągnął dalej swój monolog o krwawiących guzkach. Nawijał tak, a raczej darł się, przez trzy przystanki. Myślałem, że zapadnę się pod ziemię.
Obawiając się, że mój „oprawca” w końcu ściągnie spodnie i unaoczni mi rangę swojego problemu, wysiadłem wcześniej i resztę trasy zrobiłem piechotą. Mimo to do dziś czuję na sobie wzrok pasażerów.

#S1u4c

Mam 27 lat na karku, dobrze płatną pracę, kończę studia magisterskie na kierunku informatyka. Wziąłem kredyt na mieszkanie rok temu, żeby się w końcu wynieść z domu rodzinnego i jakoś sobie radzę.  Mam niestety taką przypadłość, że siedzę nad pewnymi rzeczami bardzo długo, gdyż ciężko mi jest je opanować lub bardzo szybko zapominam skomplikowanych rzeczy, których się „nauczyłem”. Skutkuje to tym, że kuję dniami i nocami na egzaminy, siedzę bez przerwy nad projektami do zrobienia i w głowie mam ciągle wrażenie, że nie zdążę, nie umiem tego – przez co odmawiam sobie wielu przyjemności. „Nie pójdę na siłownię, bo mam przecież projekt do zrobienia na za miesiąc”. Często przychodzi również słomiany zapał i myślenie, że to co robię jest bez sensu. Skutkuje to tym, że jestem psychicznie wyczerpany, nie mam hobby. Gdy mam dłuższy urlop i nie mam zupełnie nic do roboty, to nie wiem co ze sobą zrobić.

Nie potrafię zmienić nastawienia – wiecznie się stresuję (już doliczyłem się kilkudziesięciu siwych włosów, dorobiłem się worów pod oczami i obgryzam paznokcie do krwi), jestem niespokojny, nie potrafię odpuścić, wyluzować. Nie czuję się w niczym dobry, niezależnie od tego, ile czasu spędzam nad daną rzeczą. Może początek wyznania o tym nie świadczy, ale ciągle mam takie poczucie w głowie.

Już nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem na imprezie. Sylwestra przesiedziałem w domu. Nie mam dziewczyny i nie mam znajomych, z którymi mógłbym spędzić czas. Nigdzie nie jestem zapraszany, chociaż tak naprawdę nigdy nie odmawiałem przyjścia na urodziny czy wesele. Chociaż fakt faktem, zamiast urwać się na wagary czy iść na studenckie piwo, wolałem zamykać się w pokoju i się dokształcać się. Czasami myślę, że zmarnowałem najlepsze lata życia. Do tego samotność dobija. Wszystko przez tę moją przypadłość.

Zazdroszczę innym, że pewne rzeczy przychodzą im tak łatwo.

Bardzo mało, a praktycznie wcale nie słyszałem w swoim życiu pochwał na swój temat, przez co mam bardzo niską samoocenę. Ostatnio jak dostałem awans, to na rozmowie z szefem powiedziałem, że w ogóle nie czuję, żebym na to zasługiwał. I szczerze nawet nie wiem, dlaczego ten awans dostałem – ponoć ciężko pracuję. Standardowo praca od 8 do 16, tymczasem ja, jako że na wszystko potrzebuję dużo więcej czasu, zaczynam o 6, a kończę często po 17. Wyniki mam niestety albo takie same, albo gorsze od pozostałych.

Przykro mi się robi jak widzę, że ludzie, których znam, bawią się i korzystają z życia, gdzie tymczasem ja nie mam się do kogo nawet odezwać.

#FfhXc

Muszę przyznać, że męczy mnie widok kolejnego „anonimowego”, gdzie autor/ka mówi, jakie jego /jej życie jest trudne, ciężkie, okropne, że znowu płacze, nie ma przyjaciół, a tylko słabą pracę i nie najlepszy kontakt z rodziną albo jego brak. Do kurki wodnej, ludzie, zróbcie coś ze sobą... Swego czasu też miałam trochę problemów i przejmowałam się masą rzeczy, głównie źle się czułam i cierpiałam przez to, że za dużo myślałam. Chciałam, żeby moje życie było inne, ale nic z nim nie robiłam. Czasem mam wrażenie, że wszyscy są tacy przygnębieni, bo nie umieją przestać myśleć, zastanawiać się i zwyczajnie odpuścić. Czasem trzeba zaakceptować niektóre rzeczy takimi, jakie są, czasem można mieć na nie wpływ. Zawsze można pójść jeszcze raz na studia, wyjechać za granicę choćby na kilka dni. Zróbcie coś, co oderwie was od myślenia, że wasz świat to miasto, w którym mieszkacie, wasza praca i obowiązki. Nauczcie się nowego języka, poszukajcie hobby. A przede wszystkim zróbcie krok do przodu, nie patrzcie na to co macie, tylko na to, co możecie mieć. Jeśli macie już jakiś bagaż doświadczeń, a czujecie się tym przytłoczeni, to zostawcie to za sobą i spróbujcie od nowa. Nie trzeba zmieniać miejsca zamieszkania, żeby móc zacząć „żyć na nowo”. Zacznijcie od tego, by znaleźć jakiś cel i dążyć do niego bez względu na wszystko. Nie poddawajcie się i bądźcie pewni siebie, to wszystko zacznie się układać. A zawsze gdy nadejdą chwile zwątpienia, to powiedzcie sobie cicho pod nosem, że dacie radę i nie poddacie się. Jeśli czegoś chcecie, to walczcie o to, a nie marudzicie, że tego nie macie. Może to czego potrzebujecie jest tuż obok. 
Pozdrawiam wszystkich, którzy przeczytali do końca i życzę wytrwałości w szukaniu tego, co da wam szczęście i spełnienie.

#drtdR

Niedawno odświeżyłam sobie stare Anonimowe i znalazłam wyznanie dziewczyny, która na przejściu dla pieszych wyobraża sobie, że jest plemnikiem i ściga się z innymi plemnikami.
Ja oczywiście sobie myślę: „Co to za głupota? Ja nigdy bym tak nie robiła”. Oczywiście właśnie dlatego zaczęłam to robić. Nie wiedziałam, że to takie wciągające.
Więc droga anonimowa dziewczyno, powiedz mi teraz, jak przestać.

#lsTUW

Pracuję w przychodni weterynaryjnej. Praca nie należy do najlżejszych, mimo to ja i reszta personelu staramy się jak możemy, by pomóc waszym pupilom.
Gdy zaczyna się mój dyżur, wchodzę do przychodni jak w kołowrotek. Pracy zawsze jest mnóstwo i często brakuje nam rąk do pomocy.

Pies po wypadku, silny krwotok i duszności. Diagnoza: przebite płuco, uszkodzone organy wewnętrzne. Każdy, kto ma wolne ręce, leci do pomocy. Szykujemy psa do operacji, zakładamy wenflon, podajemy leki, kroplówkę. W międzyczasie inna osoba szykuję salę pod zabieg. Pies trafia na stół i zaczyna się walka o przetrwanie. Chirurg zaczyna operować.
Dzwoni dzwonek przy drzwiach. Przyszedł nowy pacjent. Pies, ostra biegunka, odwodnienie. Zabieramy psa do gabinetu, po rozmowie z właścicielem i zgodzie na leczenie zaczynamy badania. Pierwsze podejrzenie – parwowiroza. Testy potwierdzają. Podajemy leki, kroplówkę.
W tym czasie w recepcji już czekają nowi pacjenci. Rąk do pracy brakuje, każdy ma zajęcie, którego nie może zostawić. Telefon na recepcji dzwoni. Słyszę, jak chirurg z operacyjnej woła kogoś jeszcze do pomocy, bo nie dają sobie rady sami. Wszyscy zajęci. Biegnę do operacyjnej, w biegu odkażając się i zakładając fartuch. Zerkam na aparaturę, brak akcji serca. Szybko przeprowadzamy reanimację. Udało się. Jedna osoba oddycha za psa, chirurg kontynuuje operację.

Godzina 21:30 – przyjmuję ostatnich pacjentów.
Godzina 22:00 – zamknięcie przychodni.
Godzina 22:30 – kończymy operację.
Godzina 22:40 – telefon.
Mimo że jest po zamknięciu, odbieramy. Kot w, według pani, stanie krytycznym. Pyta, czy poczekamy. Zgadzamy się. Po 40 minutach pani przyjeżdża. Co się okazuje?
Kot się przejadł jakiejś kiełbasy, którą dostał od pani.

Godzina 24:00. Zamykamy.

Tak wygląda jeden ze spokojniejszych dni mojej pracy.
A mimo to ciągle słyszymy: „No ileż można czekać na jeden zastrzyk?”, „Ile oni tego psa badają!”, „Szczyt bezczelności! Dodzwonić się nie da!”, „Czekałam 20 minut i nawet nie zobaczyłam gabinetu”. Owszem, jeżeli w każdym gabinecie mamy pacjenta w ciężkim stanie, a pani Pimpek przyszedł po tabletkę na odrobaczanie, to nie ma potrzeby wchodzić do gabinetu, zwłaszcza jeżeli tak się pani śpieszy.

Rozumiem, że jesteście niecierpliwi. Ale czemu wy nie rozumiecie, że wasz Pimpek nie jest naszym jedynym pacjentem? Że czasem nie jesteśmy w stanie przyjąć wszystkich, dlatego odsyłamy do innych gabinetów.
Dodam też, że czekanie z chorym psem do momentu, w którym będzie ledwo żywy, nie pomaga nam w leczeniu. Czasem przyjeżdżacie za późno i nie możemy zrobić już nic.
Ale to jest nasza wina. Bo nie pomogliśmy.

Już nie wspomnę, ile razy właściciel był mądrzejszy od lekarza, ile absurdalnych wizyt zabiera nam czas albo to, przez jaką głupotę trafiają do nas zwierzęta. Takich historii jest milion.

A my naprawdę robimy, co możemy.

#t1Dj9

Od kiedy tylko pamiętam, moje życie przebiegało wręcz podręcznikowo. Urodziłam się jako wyczekane, wymarzone dziecko dobrze sytuowanych rodziców. Nigdy niczego mi nie brakowało, mogłam chodzić na różne zajęcia dodatkowe, rozwijać w różnych dziedzinach, podróżować... Od podstawówki do liceum najlepsze oceny, wygrane konkursy i olimpiady. W klasie maturalnej zaczęłam spotykać się z chłopakiem z równoległej klasy, synem znajomych moich rodziców. Szybko staliśmy się nierozłączni, wspólnie uczyliśmy się do egzaminów. Po otrzymaniu wyników nadszedł moment wyboru studiów. Wybrałam medycynę, on prawo. Rodzice wynajęli nam piękne mieszkanko, wszystko układało się jak w bajce. Pozornie. Sęk w tym, że nie czułam się szczęśliwa. OK, niby mam wszystko, ale w ogóle mnie to nie cieszy. Studia wybrałam z uwagi na rodziców, którzy od zawsze widzieli we mnie swojego następcę (oboje pracują jako chirurdzy). Mieszkanie, choć piękne, kompletnie nie w moim stylu. Chłopak coraz częściej mnie irytował, zauważałam, jaki jest arogancki i zapatrzony w siebie. Któregoś dnia dotarło do mnie, że nawet ubrania i fryzurę mam takie, jakie zasugeruje mi mama! To samo z wakacjami – to oni wybierali gdzie i z kim pojadę. Obłęd! 22 lata na karku, a dopiero zorientowałam się, że zostałam zamknięta w złotej klatce. W dodatku bez cienia protestu.

Dużo myślałam. Co TAK NAPRAWDĘ lubię, co chciałabym robić, co zobaczyć, gdzie jeździć, jak mieszkać i jak wyglądać. Szczerze? Nigdy nie czułam się tak skołowana.
Zaczęłam od wizyty u fryzjera. Moje perfekcyjne ombre sięgające końca pleców ustąpiło miejsca rudym loczkom do ramion. Wiem, że to banał, ale serio jest coś w tym, że zmiany w życiu kobiety zaczynają się od włosów.
Po powrocie do mieszkania spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy. Trzy godziny później byłam na lotnisku. Wieczorem zameldowałam się w uroczym motelu na południu Francji. Rodzicom napisałam krótką wiadomość, że mają się nie martwić, że wszystko OK i bardzo ich kocham. Wnioskując po odpowiedzi, mają do mnie ogromne pretensje. Wcale się im nie dziwię, ale wracać nie zamierzam.

Jest mi dobrze. Żyję skromnie, dorabiam w małej, lokalnej knajpce, wynajmuję pokój u pewnej starszej pani.
Nie wiem, co przyniesie przyszłość, całkiem prawdopodobne, że za pół roku będę mieszkać po drugiej stronie świata, ale póki co... Jestem szczęśliwa. Na własnych warunkach. :)
Dodaj anonimowe wyznanie