#nTUjL
Niestety, jak to zazwyczaj bywa, pomysły się wyczerpały. Hmmm... co by tu teraz porobić? Nagle oboje spojrzeliśmy na stary, ogrodniczy, metalowy wózek, koła ledwo się trzymały, ale ważne, że dało radę się w nim wozić! Wywlekliśmy go na uliczkę (bardzo rzadko jeździły tędy samochody, a że był położony dość nowy asfalt, super się śmigało). Najpierw ja woziłam kolegę, drąc przy tym gębę. Teraz moja kolej! Usadowiłam się w wózku i nagle kolega krzyknął: „Trzymaj się mocno! Pokażę ci iskry!”. WOOOOW, SUPER, DAWAAAJ! Wziął rozpęd i puścił ciężką rączkę wózka na asfalt, i faktycznie, były iskry, i było super zabawnie, dopóki wózek nie najechał na kamień i nie zrobił kilka fikołków ze mną w środku. Dodatkowo dostałam ramą od wózka po paluchach, tak że trzy palce były dosłownie zmasakrowane. Z płaczem udaliśmy się do domu, ja z całą zakrwawioną ręką, kolega przerażony.
Ale jak palce się zagoiły, to mieliśmy jeszcze lepsze pomysły!