Piję w pracy.
Lubię sobie łyknąć niewielką ilość alkoholu, bo wtedy wpadam w taki tryb autopilota i robię wszystkie durne, powtarzalne czynności jak robot. Przez większość tygodnia zbiera mi się kupka zaległości, a po sznapsie ogarniam wszystko w ciągu paru godzin i mam znów spokój na tydzień.
Sytuacja covidowa pomaga bardzo. Zawsze dezynfekuję ręce alkoholowym preparatem, żeby ukryć zapach i noszę maseczkę poza moim biurkiem.
Alkohol zatruwał mi życie odkąd pamiętam. Najpierw ojciec wracał pijany do domu co wypłatę. Później i matka poznała nowych "znajomych"... Jak jeszcze nie chodziłem do szkoły i w dni wolne, całymi dniami chodziłem po okolicy z chłopakami z sąsiedztwa. Chyba że akurat matka zechciała mnie zabrać do swojej koleżanki, wtedy do późnych godzin nie mogłem się doprosić o powrót do domu. W czasie szkoły, gdy wracałem do domu, modliłem się w myślach, żeby w domu nie było żadnego pijanego towarzystwa, a i matka żeby była trzeźwa i obecna w domu. Jak modlitwy nie zostały akurat wysłuchane, to łapałem coś do zjedzenia i wychodziłem. Przed powrotem ojca z pracy całe towarzystwo zazwyczaj się zmywało (wiedzieli, że będzie kłótnia), a ja wracałem do domu.
Jako dziecko starałem się posprzątać, dokończyć coś ciepłego do zjedzenia i łagodzić awantury. Matka po alkoholu była jednak strasznie kłótliwa, a ojciec skory do rękoczynów, nawet trzeźwy. Jako dziecko miałem zakodowane, żeby bronić matki i przy tym nie okazywać słabości. Siedziałem z drżącymi kolanami przy matce albo w pokoju i pilnowałem, żeby ojciec nie rzucił się na nią z pięściami. Pod wpływem matki zawsze to jego uważałem za tego złego, teraz widzę, że i ona nie była bez winy, a alkohol nie był tylko dla śmiałości.
Z czasem moim losem zainteresowały się ciotki. Fundowały mi kolonie w górach, zabierały mnie do siebie przy każdej okazji. Wtedy brałem ze sobą książki i nadrabiałem zaległości. Kuzynka uczyła mnie angielskiego i wpoiła, że nauka języków jest ważna. Ciotki brały mnie też do siebie jak chorowałem i zapewniały opiekę. To dzięki nim skończyłem studia, mam normalną pracę i nie skończyłem jak moi rodzice.
W czym widzę problem teraz?
Nie potrafię normalnie rozmawiać z ludźmi. Najgorzej jest podtrzymać rozmowę. Nie ma problemu, gdy z rozmówcą się znakomicie rozumiemy i mamy wspólne tematy. Nie potrafię utrzymywać więzi z bliskimi, mimo że odczuwam taką potrzebę. Rodzice gdy byli trzeźwi, to nie rozmawiali ze sobą ani ze mną i nie szukali kontaktu z bliskimi. Ojciec siadał przed telewizorem, a matka czytała. Z domu rodzinnego wyniosłem taki wzorzec zachowania i teraz trudno mi z nim walczyć. Boję się, czy sam będę w stanie założyć normalną rodzinę.
Teraz moi rodzice są w podeszłym wieku, ale nadal piją. Niedawno usłyszałem, że dostałem od czasu do czasu parę złotych i MOIM OBOWIĄZKIEM jest się nimi zająć. Jednak mam bardzo mieszane uczucia co do nich i nie czuję z nimi zbyt dużej więzi. Nie wiem co robić, bo z jednej strony to rodzice i należy im pomagać na starość, ale z drugiej strony jak o tym pomyślę, to staje mi przed oczami dzieciństwo… Ja w ciężkich chwilach liczyłem tylko na siebie i ciotki.
Pewnego dnia spotkałam się z koleżanką i postanowiłyśmy pójść na obiad. Jako że jesteśmy biednymi studentkami i do tego miałyśmy niezbyt wiele czasu, postanowiłyśmy na szybko wrzucić kebaba.
Poszłyśmy do pobliskiego baru, gdzie było dość sporo osób, a jako że byłyśmy tam pierwszy raz, to nie mogłyśmy się zdecydować co chcemy i co jak wygląda. Postanowiłam więc zapytać siedzącego obok mężczyznę co dokładnie je. Długo nie zastanawiając się zapytałam go "A pan ma dużego czy małego?". Na całej sali rozbrzmiał jeden wielki śmiech, a mężczyzna strzelił strasznego buraka. Oczywiście dopiero po chwili zrozumiałam jak to zabrzmiało, a mi chodziło tylko o to, czy ten pan miał duży czy mały kebab :)
Dzisiaj, wraz z moim narzeczonym, zabraliśmy naszego psa do weterynarza. Po badaniu weterynarz stwierdził, że nasz pies jest zbyt rozpieszczony. Aby temu zaradzić, zachęca nas do "zrobienia sobie" dziecka.
Kilka lat temu w wakacje poszłam do Aqua Parku. Wybrałam zjeżdżalnię, która w pierwszym etapie była otwartą rurą, a następnie spadało się na pontonie z kilku metrów w dół, na plastik o wyglądzie przypominającym literę U (wyjeżdżało się na wysokość tych ścianek raz z jednej, a raz z drugiej strony).
Przed zjazdem z rury zsunął mi się tyłek, wpadając w pusty środek pontonu i tak oto uderzyłam zadkiem o plastik, spadając z dużej wysokości. Ból był okropny, a wracając na leżak, zorientowałam się, że z moich majtek wyleciała kupa. Tak więc zesrałam się, nawet o tym nie wiedząc.
Jestem najwyższy z całej rodziny. Już w przedszkolu, na zdjęciach klasowych widać było różnicę wzrostu między mną a rówieśnikami. Moja głowa wystawała ponad nich o dobre 20 cm.
Po latach przedszkolnych przyszedł czas na podstawówkę, a wraz z nią akademia pasowania pierwszaków i jakieś przedstawienie. W podstawówce, do której chodziłem, była taka tradycja, że pierwszaki po akademii dostawały głęboki kosz różnych strojów i atrybutów, w które miały się przebrać, a następnie odbywała się mini dyskoteka. Tak też było tego dnia. Niestety nie znalazłem żadnego stroju dla siebie, więc zdałem się na los i postanowiłem wejść normalnie ubrany. Wchodziłem na sali w tłumie, gdy nagle usłyszałem głos wychowawczyni przez mikrofon: "Chłopiec, który zabrał szczudła z pokoju wuefisty, proszony jest do pokoju nr 13".
Jakie było zdziwienie pani, kiedy stając przed nią, oczywiście bez szczudeł, byłem wyższy od niej. Honor został mi zwrócony, ale do końca dyskoteki czułem na sobie wzrok wszystkich.
Ostudzając nieco ciekawość - teraz mam 22 lata i 2,07 wzrostu :)
Miałam dzisiaj bardzo zły dzień, taki typu "gorzej być nie może", ale to chyba jeszcze nie koniec, bo właśnie zacięłam się kawałkiem czekolady.
Z moim bratem długo się w ostatnim czasie nie widziałem. Ja byłem zajęty ciągnięciem dwóch kierunków na studiach, a on akurat kończył jakiś superważny projekt w swojej pracy. Mimo że mieszkamy w tym samym mieście, nie udało nam się spotkać przez bite pół roku. Parę dni temu zaprosił mnie na basen. Akurat miałem wolny dzień, więc bez namysłu zgodziłem się.
Zanim daliśmy nura do wody, brat kupił nam po coli i rozsiedliśmy się na ławeczce.
Wtedy zauważyłem ją.
Na krawędzi basenu siedziała przepiękna dziewczyna i bez większego skrępowania patrzyła się na mnie pożądliwym wzrokiem. Aż mi się gorąco zrobiło, kiedy świdrowała mnie swoimi zielonymi oczami. Jestem trochę nieśmiały, więc pewnie spaliłem też pokaźnego buraka.
Mój brat szybko zorientował się co jest grane i klepnąwszy mnie w ramie rzekł: „Stary, ta laska dziś trafi do twojego łóżka, jeśli to dobrze rozegrasz. Musisz do niej podejść, zagadać… Spójrz na nią. Na bank świetnie pucuje marchew. Zrób to tak prosto z mostu, bez ściemniania. Kawa, na ławę, brat!”.
Kurczę, seksu dawno nie uprawiałem, a możliwość spędzenia nocy z taką laską sprawiała, że aż mi ciarki po plecach przeszły. Teraz, albo nigdy! - pomyślałem, podniósłszy się z ławki i wciągając brzuch, nonszalancko, niespiesznym krokiem ruszyłem w stronę pięknej nieznajomej. Krocząc z piersią wypiętą niczym kulturysta na zawodach, zgniotłem uściskiem żelaznej dłoni puszkę. Brzdęęęk! Nie trafiłem do śmietnika, pucha odbiła się od krawędzi i potoczyła pod jakieś krzesełko. Przypał straszliwy. Troszkę to wybiło mnie z rytmu, ale trudno – kontynuowałem moją krucjatę.
Zbliżyłem się do dziewczęcia i zapytałem niskim, zmysłowym głosem:
- Cześć, mała. Chyba wpadłem ci w oko, co? Gapisz się na mnie tak, jakbym był jakimś bogiem seksu, który rano przyniesie ci śniadanie do wyrka...
Ta rzuciła mi mdłe, zupełnie obojętne spojrzenie, a następnie rzekła:
- Na ciebie? Ależ skąd! Patrzę na mojego narzeczonego. O, tam siedzi! – i wskazała palcem na… pokładającego się ze śmiechu mojego brata.
Przyznajcie – to chyba najbardziej żenujący sposób na poznanie przyszłej szwagierki.
Dzisiaj chciałam kupić bilet na miejską komunikację w biletomacie. Ten jednak, jak większość w moim mieście, postanowił nie przyjmować pieniędzy. Jakaś awaria. Poszłam więc na przystanek bez biletu, tylko 2 stacje więc zaryzykuję.
Gdy czekałam podszedł do mnie starszy pan z piwem w jednej ręce i dał mi swój bilet, ponieważ zauważył że nie udało mi się kupić, a kary za przejazd bez biletu są wysokie.
Następnie wsiadł do tramwaju.
Kojarzycie grę "Zgadnij Kto To?"? Tę, w której odgaduje się, jaką postać wylosował przeciwnik na podstawie pytań typu "czy ta postać ma rude włosy?"', "czy ma okulary?".
Ja i moja siostra bardzo ją lubiliśmy, jednak z racji sytuacji finansowej w domu nie mogliśmy jej posiadać. Graliśmy jedynie u znajomych. Jak sobie z tym fantem poradziliśmy?
Zrobiliśmy własną wersję, używając dwóch kalendarzy adwentowych (tych z czekoladkami pod "klapkami") oraz wątpliwych zdolności plastycznych.
Postacie brzydkie jak Blobfish, ale dało się grać!
Dodaj anonimowe wyznanie