Pewnej nocy zachciało mi się siku. Mam bujną wyobraźnię i bałam się wyjść do toalety (wcale nie miałam daleko, kolejne drzwi od mojego pokoju). Nie mogłam wytrzymać, a za cholerę nie wyszłabym z mojej bezpiecznej strefy. Wpadłam na genialny pomysł nasikania do jakiegoś przypadkowego plastikowego pudełka. Od razu ulga. Nie wiedziałam, co zrobić, mogłam wylać przez okno, jednak postanowiłam schować pudełko do szuflady i włożyć do tego pudełka jakąś szmatkę, żeby namokło, a nie rozlało się po całej szufladzie. Przy okazji zmoczyłam sobie ręce i... poszłam do toalety je umyć.
Gdy dotarła do mnie moja głupota, to nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać.
PS Szufladę wraz z zawartością wyczyściłam o poranku.
Raz w życiu dałem obcej osobie liścik z numerem telefonu i „wyrazami zainteresowania”. To była naprawdę ładna dziewczyna. Trochę nie w moim typie i, jak wówczas sądziłem, z trochę wyższej ligi, ale wydała mi się co najmniej interesująca. Jak się potem okazało – miałem rację!
Było mi strasznie głupio, więc prawie wcisnąłem jej liścik w rękę przy wysiadaniu i zwiałem w stylu Korzeniowskiego.
Ślub i gromadka dzieci? Tak, ale nie z nią. Bo napisała bardzo kulturalnie i na poziomie, że bardzo jej miło, ale ma chłopaka. Potem doszliśmy do wniosku, że i tak nic by z tego nie było, bo ma na imię tak samo, jak moja mama (czyli dosyć oryginalnie). Powód głupi jak każdy inny. Kumplowaliśmy się przez jakiś czas, a potem się urwało :)
Miałam 16 lat. Spóźniłam się wówczas na ostatni autobus do mojej babci. Dochodziła już pierwsza w nocy, a ja szłam po ścieżce, która była w miarę oświetlona. W pewnym momencie zauważyłam jakiegoś mężczyznę ubranego na czarno, który stał na owej ścieżce. Wyminęłam go, po czym zauważyłam, że on ruszył za mną. Od razu przez moją głowę przeleciały wszystkie historie o zabitych i zgwałconych nastolatkach, jakie kiedykolwiek przeczytałam w gazecie. Przyśpieszyłam kroku i obejrzałam się w tył. Ten pan również przyśpieszył, a moje oczy momentalnie zaszły łzami. Wyciągnęłam telefon i chciałam o tej sytuacji kogokolwiek powiadomić i poprosić o radę co mam zrobić. Po raz kolejny obróciłam się i zaczęłam pisać SMS-a do babci, kiedy nagle usłyszałam za sobą wymowne kaszlnięcie. Przerażona zaczęłam biec, a za plecami wciąż słyszałam tupot stóp mojego prześladowcy. Puścił się biegiem i zaczął mnie doganiać. Po raz kolejny spojrzałam na niego, a wtedy on zapytał: „Nienormalna jesteś? Myślałam, że kiedy się tak rozglądałaś, zobaczyłaś coś za nami i jak ty zaczęłaś biec, to ja też...”.
Wracałem z pracy, gdy zobaczyłem policyjny samochód stojący na poboczu. Na wszelki wypadek zwolniłem, żeby nie dostać mandatu. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że jadę rowerem.
Mam 25 lat i opowiem wam historię mojego ojca, który jest emerytowanym policjantem.
Życie z takim człowiekiem jest bardzo ciężkie. Czarne to czarne, a białe to białe. Do momentu ukończenia szkoły w domu panował reżim. Mam młodszą siostrę, która jest jego oczkiem w głowie, a mnie się zawsze obrywało. To siostra gorzej się uczyła, to siostra wracała pijana do domu bądź pod wpływem jakichś środków, a ja za ocenę dopuszczającą, która jest oceną pozytywną, dostawałem kablem bądź smyczą po plecach, głowie i tyłku. Nawet nie chciałem ćwiczyć na WF-ie, dlatego że wstydziłem się przebierać w szatni z racji moich siniaków i blizn.
W domu od momentu podjęcia swojej pierwszej pracy musiałem dokładać się do życia, w sensie płacić za pokój jakieś 500–600 zł. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że moja siostra ani razu od kiedy pracowała, nie płaciła ojcu. Mało tego, od roku pasożytuje w domu, w zeszłym roku pracowała w 9 zakładach, leciała w kulki... i żadnej reakcji od strony ojca, a gdy ja straciłem pracę, to nie dość, że dostałem, to jeszcze wyrzucił mnie z domu, a że był komendantem powiatowym Policji w mojej miejscowości, nic nie mogłem zrobić.
Nie zapomnę momentu, jak poszedłem na studia, wybrałem tryb zaoczny, gdyż miałem wtedy pracę. Po skończeniu studiów ojciec wypominał mi, że to on zafundował mi studia, bo wtedy nie pobierał ode mnie opłat za pokój...
Nigdy nie potrafiłem się z nim dogadać, ciągłe wypominanie, w domu pamiętam tylko przemoc i szlabany. Któregoś razu całe wakacje spędziłem w swoim pokoju bez telewizji, bez komputera i z zakazem wychodzenia z domu. A siostra miała sielankę.
Nie życzę nikomu takiego ojca. Dostaje sporą emeryturę, a ciągnie jeszcze pieniądze od matki, która zarabia najniższą... Marzy mi się w końcu wybudować dom i zabrać mamę od tego tyrana. Ciągle słyszałem wyliczenia, że brakuje pieniędzy, a obecnie poza emeryturą ma jeszcze pracę i zarabia całkiem nieźle.
Niedawno wyprowadziłem się z domu i zamieszkałem u swojej dziewczyny. Zbyt długo zwlekałem z wyprowadzką, ale w końcu dopiąłem swego i czuję, że żyję. Całe 24 lata życia pod jednym dachem z tym psycholem było dla mnie ciężkim przeżyciem. Mam za sobą kilka prób, na szczęście za każdym razem brakowało mi odwagi, by ze sobą skończyć. Teraz jestem szczęśliwym człowiekiem, mam bardzo dobrze płatną pracę, zamierzam założyć rodzinę, a jeśli chodzi o ojca, to utrzymuję z nim chłodne stosunki.
Zdarzyło się to jakiś tydzień temu, jechałam autobusem do szkoły, wsiedli kontrolerzy. Nigdy nie mam z tym problemu, bo jeżdżę na miesięcznym. Znalazła się jednak jakaś babka bez biletu – wiadomo, krzyki na kontrolera to standard, ale tym razem babka przeszła samą siebie.
– Pan jest bezczelny! Jak pan w ogóle śmie sprawdzać mi bilety? Niech pan sobie znajdzie pracę!
– Ja mam pracę i pani mi właśnie tę pracę utrudnia.
– Nie! Pan nie ma pracy! Zarabia pan na ludzkiej biedzie! Do kopalni by pan poszedł! (Tutaj powinnam zaznaczyć, że cała sytuacja ma miejsce na Śląsku, stąd wzmianka o kopalni)
– Proszę pani, nie zarabiam na ludzkiej biedzie, to pani właśnie okrada państwo, jadąc bez biletu.
– Nie! To pan okrada ludzi! Ja nie mam pracy! Mnie nie stać na bilet!
– To dlaczego sama pani nie pójdzie do kopalni?
Dalszej części rozmowy niestety nie znam, bo musiałam wysiadać, ale zdecydowanie mogę pogratulować kontrolerowi opanowania, po raz pierwszy widziałam tak spokojnego kontrolera. Szanuję.
Za kilka dni mój chłopak obchodzi swoje urodziny. Od dłuższego czasu widziałam, jak ogląda stare, rosyjskie zegarki na allegro (dla zainteresowanych: Wostoki i Poljoty ;)). Postanowiłam, że z okazji przypływu gotówki troszkę rozszerzę swój budżet i sprawię mu wymarzony zegarek. Szczęśliwa znalazłam aukcję, gdzie sprzedawca pozbywał się nietrafionego prezentu, i zaczęłam licytację. Do ostatniej chwili walczyłam z innym użytkownikiem, który co chwila przebijał moją kwotę. Szczęśliwie udało mi się wygrać aukcję w ostatniej sekundzie.
Dokładnie 5 minut później zadzwonił do mnie mój chłopak, drąc się w słuchawkę w wielkim skrócie, że „jakiś ch*j go pokonał na aukcji z zegarkiem i że pewnie ta p***a zrobiła to dla lansu, bo nie ma na co pieniędzy wydawać”.
Jestem bardzo ciekawa, jak zareaguje, gdy otworzy pudełko :)
PS Nie wierzymy w przesądy o niewręczaniu sobie zegarków, butów itd :)
Jakiś czas temu uczestniczyłam w rodzinnej imprezie, coś typu urodziny ciotki, gdzie zjeżdża się cała najbliższa rodzina. Zawsze na takich spotkaniach w moją stronę pada pytanie: „I jak tam, Wiktoria, masz już jakiegoś kawalera na oku?”. Szczerze tego nie cierpię, ale za każdym razem po prostu grzecznie odpowiadałam: „Nieee...” i dalej jadłam ciasto. Jednak tym razem, gdy pojawiło się to pytanie, mój umysł wygenerował inną odpowiedź, a mianowicie: „Eh, z tego co wiem, to on już od dawna kawalerem nie jest...”.
W pokoju zapadła cisza. Wszystkie ciotki, babcie itp. patrzyły na mnie z niedowierzaniem, mój brat zaczął się śmiać, wzrok taty mało mnie nie zabił, a ja jak w poprzednich przypadkach kontynuowałam jedzenie ciasta jak gdyby nigdy nic.
Pytanie więcej się nie pojawiło, tylko tata dopytywał, czy na pewno żartowałam, ale to już jak byliśmy w domu ;)
Z cyklu „Z rodziną to tylko na zdjęciach”...
Od dziecka moja matka MUSIAŁA mieć wroga, dosłownie musiała... Najpierw to był „wujek”, którego potrafiła napaść w barze, gdy był z tatą na jednym piwie (zostawiała mnie samą z bratem w domu i leciała robić burdę...). Raz wróciła w towarzystwie policji, bo podobno rozbiła szybę krzesłem w barze... Więc było dość „kolorowo”. Po „wujku”, który nieco się odsunął od naszej rodziny, przyszła kolej na ojca... Ciągłe awantury, które gasiłam wymuszanym płaczem (do dziś umiem płakać na zawołanie). Z wiekiem rodzice przestali zwracać uwagę, a i nieraz w ruch szły pięści... Potem był rozwód i mimo moich gróźb w sądzie, że wolę ojca alkoholika niż psychiczną matkę, trafiłam pod jej pieczę. Jako 14-letnie dziecko płakałam i groziłam, że ucieknę z domu albo sobie coś zrobi, jeśli mnie dadzą pod opiekę matki. Nie posłuchali.
A co przeżyłam ja? Barykadowanie się w domu o trzeciej w nocy i dzwonienie na policję, bo matka mnie atakuje. Zakaz korzystania z toalety, jedynie na basenie. Innym razem, kiedy ojciec nocował, to matka o drugiej w nocy mnie zaatakowała za MYCIE RĄK!! I rzuciła na lustro, które pękło, a potem zaczęła tłuc mopem. Ojciec wpadł i mopa złamał na pół, do tego brat musiał ich rozdzielać...
Takich sytuacji było mnóstwo. A czemu o tym piszę? Ponieważ moja matka to pielęgniarka na psychiatrii od 30 lat. Więc jeśli uważacie, że wszelkiej maści psycholodzy, psychiatrzy czy pielęgniarki na psychiatrii nie mają problemów ze swoją psychiką, to się mylicie, i to brutalnie... Mają zniszczoną psychikę równie mocno, co ich pacjenci, a cierpią na tym ich bliscy...
Znacie panie z mięsnego? Uśmiechnięte mówią: „Dzień dobry, co podać?” albo naburmuszone patrzą, jakby chciały zabić. Podziwiam pierwsze i rozumiem te drugie. Jestem jedną z nich.
Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się kupić coś nieświeżego? Już spieszę wyjaśnić, jaki jest tego powód. Nie pracowałam na wszystkich możliwych stoiskach mięsnych, ale opowiem o mojej pracy.
Każde mięso czy wędlina ma swój termin ważności, więc jeżeli sprzedawca mówi, że jest świeże, to wcale nie oznacza, że przyszło w ten sam dzień. BA! Nawet nie wolno nam powiedzieć inaczej, choćby schab leżał już trzeci dzień.
„Może mi pani nie kroić PIĘTKI tej szyneczki?” – otóż muszę. Jeżeli nie sprzedam końcówki, to sama z własnej kieszeni za nią zapłacę. Mamy określony procent na odpady, a jego przekroczenie trafia w nasz budżet.
„Nie ma już skrzydełek?!” – no nie ma, bo jeżeli zamówię ze dużo, to nie mogę ich odesłać. Idzie w moje koszta.
„A może mi pani dać z nowej paczki te paróweczki” – nie mogę dać z dłuższą datą przydatności, bo jeżeli nie sprzedam wcześniejszych, to znów za to zapłacę.
„A smaczna ta kiełbasa?” – nie mogę powiedzieć, że niesmaczna, choćbym z własnej woli w życiu jej do ust nie włożyła. „Tajemniczy klient” zawsze może trafić się następny w kolejce i moje słowa zostaną powtórzone gdzieś wyżej w biurze.
Jeżeli mamy zamówione za mało towaru i pustą ladę w południe, to jest afera. A człowiek nie jest jasnowidzem, żeby przewidzieć, czy przyjdzie pan i kupi 12 kg karczku, czy nie zejdzie w ogóle. Dlatego zawsze zostaje coś na drugi dzień (albo trzeci, byle nie dłużej).
Mycie mięsa, żeby wyglądało ładniej. No niestety, ale tak. Albo ktoś się nabierze i zapłaci, albo ja będę musiała je kupić. Teoretycznie można odsyłać nieświeży towar, praktycznie odliczą mi przy inwentaryzacji.
Powiem Wam tak... żyjcie dobrze z paniami z mięsnego, bo być może stały klient dostanie z tego świeżego kawałka, bo wiadomo, że stały klient wróci.
To jest jak walka, żeby tylko sprzedać towar.
PS Szukam nowej pracy. Chyba zrezygnuję ze sprzedaży w sklepie. Nienawidzę oszukiwać ludzi, którzy wydają ciężko zarobione pieniądze na jakąś nafaszerowaną chemią szynkę.
Dodaj anonimowe wyznanie