Gdy miałam jakieś 12-14 lat, a moja mama akurat robiła pranie, to ja zawsze pierwsza zgłaszałam się na ochotnika, żeby je rozwiesić. Dlaczego?
Otóż mój tata zawsze zapominał z kieszeni wyciągnąć drobne. Mama nieraz powtarzała, że ona nie jest od przetrzepywania kieszeni we wszystkich spodniach i kurtkach, ja się grzecznie słuchałam i swoje zawsze opróżniałam przed praniem, a tata oczywiście nie. Tak więc przy wieszaniu prania zawsze trochę zagubionych drobnych wypadło. Praktycznie co tydzień wpadało mi dodatkowe kilkanaście złotych do kieszonkowego, te 15-20 lat temu dla szóstoklasistki to była fajna sumka ;) Czasem nawet udało się odratować jakiś podniszczony banknot, to dopiero była radość!
Mama się cieszyła, że ma taką chętną do pomocy córkę, a ja po prostu miałam w tym swój cel :P
Jestem cosplayerką, ale nigdy nie zrobiłam ani nie zrobiłabym żadnego cosplayu związanego z grą, przeważnie są to kostiumy własnoręcznie robione z fantasy, ewentualnie jakiegoś anime.
Ostatnie Halloween było jak dla mnie chyba najstraszniejsze, jakie do tej pory przeżyłam. Cosplayerka, więc musiałam się postarać ze strojem – wybrałam strój śmierci (lekko przerobiona, bo oficjalna wersja trochę przestarzała), czyli standardowo: czarny zniszczony płaszcz z kapturem (by zakrywało mi twarz), spod kaptura wystające, demoniczne rogi, spod płaszcza ogon owinięty o nogę, do tego kosa (niegroźna) i demoniczne skrzydła.
Zebrałam paru znajomych, którzy mieli w miarę straszne kostiumy i pod wieczór zaczęliśmy chodzić po domach, mieszkaniach w poszukiwaniu słodkości. Niektórych udało nam się przestraszyć, niektórzy dawali słodycze i zamykali drzwi. Najstraszniejszy był moment, jak trafiliśmy pod jedne drzwi – starsza pani, tzw. osiedlowy monitoring. Znajomi stwierdzili, że ja mam zapukać i ją wystraszyć – i wystraszyłam... Kobieta złapała się za pierś i zsunęła po ścianie na podłogę. Ja przestraszona, znajomi już dzwonią na pogotowie, że kobieta nam zeszła. Podchodzę do niej, zdejmuję kaptur i sprawdzam puls. Nagle pani łapie mnie za rękę i z szyderczym uśmiechem mówi: „Ha! Mam cię!”. Ja prawie zawał, znajomi w śmiech.
Za nic się nie przebierać, a wystraszyć – to jest dopiero sztuka!
Rok 2012, zima. Jestem w samym środku burzliwego okresu gimnazjum. Piątek, koniec lekcji. Kulturalnie schodzę sobie schodkami do wyjścia ze szkoły i czuję, jak ktoś idący za mną kopie z każdym krokiem kolanem w mój plecak. Pamiętałam, że schodził za mną kolega z klasy, który już sobie tego dnia wystarczająco mocno nagrabił. No to szybki zamach, obrót i piękny płaski na policzek...
Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast kolegi ujrzałam za sobą mojego listonosza – niestety już z odciskiem mojej ręki na policzku. Od tamtej pory za każdym razem, gdy odbieram od niego przesyłki, pyta mnie, czy będę go dziś bić :)
Znajomi rodziny mają szczeniaka pewnej rasy. Kiedy byliśmy u nich, mojej starszej siostrze bardzo spodobał się pies i postanowiła, że dostanie takiego psa. Męczyła rodziców, pokazywała im artykuły o tej rasie, ciągle o niej gadała. Irytowało mnie to niemiłosiernie, ponieważ wiedziałam, że nie podoła opiece nad psem. Postanowiłam porozmawiać z rodzicami na ten temat... I tak oto pierwszego dnia ferii przyjechał do nas szczeniaczek owej rasy. Siostra zachwycona, obiecywała, że będzie dbać o pieska, że od teraz to tylko jej obowiązek.
Pierwszego dnia wstała z rana, wyprowadziła pieska, nakarmiła. Cały dzień spędziła na opiece nad nim i nauce. Trzeciego dnia zaczęła narzekać na to, że przez tego psa nie może spotykać się z przyjaciółmi. Czwartego, że musiała zjeść zimną kolację, ponieważ musiała wyjść z psem. Piątego obudziło mnie drapanie do drzwi. To był szczeniaczek. Dla mnie to nie był problem, wyszłam z nim, jednak czułam, że siostra się poddała. Nie myliłam się. Zrobiła nam awanturę pt.: „Czemu kupiliście mi psa?” i poszła do znajomych. Do końca tygodnia to my przejęliśmy opiekę nad psem.
W niedzielę przyjechali znajomi i zabrali szczeniaczka, ponieważ to ciągle był ich pies. „Bystra” siostra zrobiła nam jeszcze kolejną awanturę, dlaczego robimy z niej idiotkę.
Aktualnie siostrzyczka dalej jest na nas obrażona, ale już raczej nie będzie prosić o psa. ;)
Pamiętam swoje pierwsze dni na stażu na oddziale ratunkowym. Drugiego dnia jakiś pacjent powiedział mi, że właśnie dowiedział się, że zostało mu tylko sześć miesięcy życia. Chciałem go jakoś pocieszyć i bez zastanowienia wypaliłem: „E tam, nie martw się, sześć miesięcy to mało, zleci jak z bicza strzelił”.
Miałam wtedy naście lat. Nie pamiętam, ile dokładnie. W każdym razie byłam na tyle duża, że to, co zrobiłam, mogło mieć przykre konsekwencje. Otóż zawsze interesowała mnie tematyka narkotyków, ale na zasadzie czytania książek w tej tematyce, artykułów bądź robienia wywiadu z psychologiem do szkolnej gazetki. Pewnego dnia stwierdziłam, że chcę zobaczyć i poczuć, jak musi czuć się narkoman, wstrzykując sobie narkotyki do żył. Nie byłam na tyle głupia, by narkotyki brać, ale za mądra widocznie też, bo wstrzyknęłam sobie szałwię w żyły. Jak to zrobiłam? Tyle filmów etc., że wkłułam się tam, gdzie wyczułam żyłę i sprawdziłam (nabierając krwi do strzykawki), czy aby na pewno trafiłam i zawartość wstrzyknęłam do siebie. Nic wyjątkowego nie było i nie mam zielonego pojęcia, czego oczekiwałam.
Jak wspomniałam na początku, konsekwencje były. Doprowadziłam się tym do takiego odwodnienia, że gdyby szkoła nie wezwała pogotowia i mojej mamy, to mogło skończyć się to o wiele gorzej. Na szczęście dla mnie, szybko dostałam odpowiednie leki i środki, które pomogły.
Anonimowe w tym wszystkim jest to, że nikt do dziś nie wie, skąd nagle tak źle ze mną było. W końcu mama rano mnie widziała i wszystko było okej. A już o 9-10 jechałam karetką. I nieraz przewija się ta historia u nas w domu, gdy rozmawiamy o różnych przypadkach medycznych. I tak sobie wtedy myślę, że niejednokrotnie wpadały mi różne szaleństwa do głowy, ale zawsze znałam umiar i granice, a ten jeden raz odbiło mi do reszty. Na szczęście, nauczyło mnie to rozsądku.
Moja prababcia obchodziła setne urodziny, więc była duża impreza. Zjawiła się jej córka i prababcia pyta babci: „A ty ile masz lat, córeczko?”. „Osiemdziesiąt” – odpowiedziała moja babcia. Prababcia wtedy odwróciła się do gości i powiedziała: „Patrzcie, jak te dzieci szybko dorastają...”.
Śmiechom nie było końca, historia jak z „Chwili dla Ciebie”, niech ktoś zatrzyma tę karuzelę... Nie, bez lipy, kocham te moje wszystkie babcie, bardzo się cieszę, że je mam, a w pewnym wieku już inne rzeczy nas śmieszą. My nie będziemy inni :)
Jestem z moim mężem 25 lat (18 po ślubie) i nie mogę już na niego patrzeć. Mam wspaniałych dwóch synów, choć ten starszy dał mi nieźle popalić (narkotyki, kradzieże, nawet we własnym domu kradł), skończył szkołę na poziomie podstawowym, kurator – po prostu masakra. Na szczęście młodszy syn to przeciwieństwo starszego.
A mój mąż mnie odrzuca. Nigdy mnie nie uderzył ani dzieci, jest za to okropnym chamem. Nie zważa na to, że ktoś może słyszy lub patrzy, po prostu wyzywa jak popadnie. Mnie, dzieci... Kiedyś jeszcze zwracałam mu uwagę, ale teraz już nie mam siły. Mam 40 lat, a czuję się, jakbym była nic nie znaczącą istotą. Wszystkim naokoło mówię, że jest super, ale w środku czuję, że się rozpadam na kawałki. Chciałam, żeby moje dzieci miały ojca (mój odszedł do innej kobiety, jak miałam 5 lat), ale czuję, że dłużej nie dam rady.
Parę dni temu postanowiliśmy z chłopakiem skorzystać z tego, że skończył mi się okres i razem się wykąpać. W tym celu kupiliśmy w sklepie jakąś tanią sól do kąpieli z przeceny i kiedy już usadowiliśmy się wygodnie w wannie, wsypaliśmy ją do wody. Okazało się, że substancja ma kolor czerwony i nie przejęłabym się tym zbytnio, gdyby nie fakt, że mój chłopak wypalił nagle: „A mówiłaś, że ci przeszło!”.
Po przeprowadzce na wieś zostałam uznana za szkolną krezuskę. Miałam duży, nowoczesny dom, nosiłam wyłącznie markowe ciuchy z wyższej półki, codziennie tata odwoził mnie do szkoły dużym samochodem.
Dziwne sytuacje zaczęły się szybko dziać. Oczekiwanie, że będę sponsorować wyjścia czy zakupy. Jak się nie dawałam, to w końcu dostałam przezwisko godzące w moje „skąpstwo”, dajmy na to Kieszonka. Pies Kieszonki ma urodziny? „Wyjdźmy na urodzinowy spacer, a na koniec zafundujesz nam lody i colę – no bo w końcu okazja!” „Zapomniałam kasy na wspólną pizzę, ale Kieszonko, miła koleżanko, załóż, proszę, następnym razem ci oddam” (nie oddawały). Raz koleżanki obraziły się na mnie, gdy zaczęłam nosić elegancką, drogą kurtkę bardzo znanej marki. Od-obrażenie przyszło, gdy znalazłam ową kurtkę w szatni z przyklejoną gumą do żucia na plecach, wtedy wszystkie klepały mnie po plecach i pocieszały. Organizowanie wszystkich możliwych imprez na siłę u mnie w domu i brak zrozumienia, gdy odmawiałam. Wycenianie prezentów, które ode mnie dostały na jakąś okazję, podczas gdy ja dostawałam od nich rzeczy, które wiem, że one w życiu by dla siebie nie wybrały, ja dla siebie ani nikogo innego zresztą też nie.
A prawda jest zresztą taka, że żadną krezuską nigdy nie byłam. Tata wybudował dom, ale pieniążki się niespodziewanie skończyły i nie został nawet wykończony w środku, nie mówiąc o meblowaniu. Wnętrza były kończone mebel po mebelku, przez lata raczej straszyły pustymi przestrzeniami i wstydziłam się zapraszać kogokolwiek – teraz wiem, że to było głupie, ale presja rówieśnicza robi swoje. Worki markowych ciuchów dostawałam od kuzynek z miasta, gdy z nich wyrastały. Korzystałam z tego, że rodzice fundowali im takie, a nie inne ciuszki, bo czemu nie? Mama zawsze mnie goniła, abym dbała o wszystko na bieżąco i chodziła czysto ubrana. O kieszonkowym na co dzień mogłam sobie pomarzyć. Owszem, urodziłam się i mieszkałam w stolicy, ale co z tego. Nie kryłam się z tym, że jestem zwyczajna, ale koleżanki wiedziały swoje (choć poza opisanymi przypadkami relacje miałyśmy raczej normalne).
Sytuacja przypomniała mi się, jak jedna z tych koleżanek na spotkaniu po latach stwierdziła, że miałam łatwiejszy start w życiu, bo kasa.
Dodaj anonimowe wyznanie