Ludzie oceniają po wyglądzie.
Jestem sobie ja - zwykła dziewczyna, z jedną wadą. Natura poskąpiła mi urody. Cóż zrobić. Szanse na związek porzuciłam już w szkole, ale ja nie o tym.
Czemu jestem traktowana gorzej przez obcych ludzi, wyśmiewana? Nawet nie mogę poprosić kogoś, by mi zwyczajnie podał coś z górnej półki, a ładnej dziewczynie podają z uśmiechem.
Przykre. Każdy zasługuje na szacunek.
Tę stronę znalazłam przez kuzynkę, która co wieczór czyta tu wyznania.
Może jestem za młoda, aby w ogóle cokolwiek tu dodawać. Niestety jestem do tego zmuszona, bo już naprawdę nie wiem co robić.
Jak już wcześniej wspomniałam jestem młoda, bardzo młoda. Lat mam naście, ale nie osiemnaście, a trochę mniej. Mój problem tyczy się wiary, a dokładniej mojego chrześcijaństwa.
Moja rodzina nigdy nie była bardzo wierząca, ale ta wiara była. Kiedyś co niedzielę chodziłam do kościoła. Jednak z czasem to się zmieniło: szkoła, nauka, lenistwo i brak chęci na stracenia godziny w dzień wolny. Wraz z brakiem czasu zaczęłam zauważać, że moja wiara jest bezsensowna... Wszystko co się jej tyczy jest nierealne. Kiedy jestem zmuszona iść do kościoła (np. na mszę za zmarłą osobę), próbuje się z tego wymigać. Niestety mi się to nie udaje, ale kiedy już jestem na tej mszy, czuję że wszystko co wpaja nam ksiądz, to bzdury i same kłamstwa. Nie rozumiem dlaczego np. związki homoseksualne są złe według kościoła albo tego, że Bóg jest miłosierny, a zło na świecie się dzieje.
Nawet już nie cieszę się ze świąt, bo czuję, że obchodzimy coś na cześć osoby, która mogła nigdy nie istnieć.
Już nie wiem co robić, może i to mój młodzieńczy wymysł. Po prostu czuję, że przestaję w to wszystko wierzyć. Nie wiem jak pogadać o tym z rodzicami, tym bardziej, że mój ojciec staje się coraz bardziej wymagający, jeżeli chodzi o uczęszczanie na mszę niedzielną...
Pewnie większość z was miała w swojej historii mieszkaniowej do czynienia z kłopotliwymi współlokatorami. Ale mnie chyba nie przebijecie.
Miałam swego czasu współlokatorkę pochodzenia wietnamskiego. Dziewczyna zaczynała dzień od miski granoli i szklanki wina. W mieszkaniu zawsze pełno było jej niezliczonej rodziny. Na szczęście wszyscy dobrze gotowali, więc nie było na co narzekać.
Ale dziewczyna miała zwyczaj oferowania kanapy dla każdego i wszystkich. Chyba pół jej klasy ze szkoły aktorskiej jakiś czas u nas mieszkało. Było jej żal takiego jednego kurdupla z Peru, który nie miał kasy na wynajęcie mieszkania, więc powiedziała mu, że może u nas pomieszkać do czasu, aż zaoszczędzi trochę pieniędzy na własny kąt. Rok potem kurdupel nadal mieszkał w salonie na kanapie.
Potem zaprosiła jakąś Szwedkę, ta musiała spać w kuchni na materacu. Ja się wkurzyłam, bo też miałam znajomych w potrzebie i jeden z moich znajomych również z nami zamieszkał. Spał na podłodze w salonie, razem z kurduplem grali nocami w koszykówkę w pokoju.
Potem siostra współlokatorki podrzuciła nam dwójkę swoich dzieci, bo "nie miała co z nimi zrobić" i te dzieci też z nami zamieszkały.
Tak więc Szwedka w kuchni, peruwiański kurdupel z moim znajomym z Hong Kongu w salonie, a ja ze współlokatorką i dziećmi jej siostry w sypialni. Super.
Pani w mieszkaniu piętro wyżej przyszła raz w niedzielę o bladym poranku z żywym kurczakiem pod pachą i świecami i powiedziała, że musi rytualne oczyszczenie mieszkania zrobić, bo złe duchy z mieszkania ulatniają się do niej piętro wyżej.
Zwinęła dywan w salonie, rozłożyła stare gazety, zapaliła świece i zadźgała kurczaka w ofierze tym złym duchom. Ponoć zostały one uwięzione w tym kurczaku. Powiedziała mi, że mam kurczaka spalić i będzie po kłopocie. Zostawiłam tego kurczaka na podłodze, bo nie wiedziałam jak go oskubać, i poszłam na dół do piwnicy robić pranie. Jak wróciłam, to widzę, że kurczaka nie ma. Kurdupel razem z kolegą z Hong Kongu ugotowali rosół.
Złe duchy zmusiły tę panią z Karaibów do wyprowadzki i wprowadziła się na jej miejsce para transwestytów. Puszczali Hedwig and The Angry Inch na cały regulator. Sąsiedzi narzekali, że ich koza się denerwuje od tej muzyki (bo trzymali kozę w wannie), więc transwestyci zaczęli puszczać Boney M - specjalnie dla kozy.
Transwestyci pojechali na jakąś trasę koncertową i zostawili cieknący kran. Zalało nam łazienkę i sufit się zawalił. I kawałek ściany. Można było łeb wystawić z wanny zaraz na zewnątrz budynku.
W międzyczasie współlokatorka zaprosiła nową koleżankę, żeby u nas przenocowała. Koleżanka była z byłej Jugosławii. Weszła do nas do mieszkania, rozejrzała się i poczuła się jak u siebie w domu. "Zupełnie jak w Bośni podczas wojny" - powtarzała.
Na pierwszym roku studiów poznałem bardzo ładną i inteligentną dziewczynę. Od razu wpadła mi w oko, lecz ona miała chłopaka a ja dziewczynę. Przed jednym z kwietniowych egzaminów powiedziała, że zerwała z chłopakiem i od tamtego czasu zacząłem o niej myśleć codziennie. Byłem w trudnej sytuacji, bo nie chciałem dalej okłamywać mojej partnerki, dlatego rozstałem się z nią.
Po kilku dniach od rozstania zacząłem konkretniej działać w kierunku mojej studenckiej miłości. Jakieś wyjścia, imprezy, lecz przyczepił się do niej mój kolega, który nie wiedział, że ona też mi się podoba. Między nami trwał jakiś wyścig i konfrontacja o Kasię, bo tak miała na imię.
W czerwcu coś we mnie pękło, bo chciałem jej powiedzieć, co czuję, lecz myślałem, że jeszcze za wcześnie i że może podoba się jej tamten. Umówiłem się z nią na spotkanie, mieliśmy być sami, lecz ona "doprosiła" 3 znajomych i właśnie TEGO kolegę. Myślałem, że to jakiś żart. Miałem jej o wszystkim powiedzieć podczas drogi powrotnej, lecz owy kolega doczepił się do nas.
Wracając już do mieszkania byłem psychicznie zdemolowanym facetem i miałem już to wszystko rzucić, kiedy po drodze minąłem dwóch chłopaków. Jeden z nich w przyjacielskim uścisku obejmował drugiego i powiedział słowa, które są moim mottem - "Wszystko ma sens, jeżeli o to walczysz".
Coś się we mnie ruszyło i postanowiłem, że powiem Kasi, co czuję. Umówiłem się z nią za jakiś czas i w drodze na spotkanie zauważyłem, że rozmawia ona z tym kolegą, który również o nią walczył. Nie byłem najbliżej, ale wyglądało, że się całowali. Byłem zdruzgotany... wysłałem jej smsa, że jednak nie mogę przyjechać, bo mój współlokator miał wypadek i muszę mu pomóc. Po tym dniu unikałem kontaktu, nie odpisywałem.
Od tamtego dnia minęło równo 8 lat... i jak na złość dzisiaj spotkałem ją na mieście. Zaproponowała kawę, zgodziłem się. Spytała się, dlaczego zerwałem kontakt. Powiedziałem jej, o tym co widziałem 8 lat temu. Ona wtedy zbladła i powiedziała, że ten kolega pocałował ją, a ona go odepchnęła, bo tak naprawdę kochała... mnie. Jednak nie mogła zrozumieć, dlaczego zerwałem kontakt i tak się to wszystko potoczyło, że od 8 lat to oni są razem. Są małżeństwem i mają malutką córeczkę.
Gdy byłam mała, nikt nie rozmawiał ze mną na temat seksu, okresu, układu rozrodczego itd. Wszyscy omijali ten temat jak tylko się dało. WDŻ prowadziła kobieta o mentalności moherowej, dlatego była to po prostu kolejna religia. Internet w domu był, ale nauczyłam się na doświadczeniach starszego rodzeństwa, że rodzice potrafią kontrolować go nawet po wyczyszczeniu historii. Na gazety typu Bravo stać mnie nie było. Tak więc do 11 roku życia żyłam w błogiej nieświadomości. Myślałam bowiem, że dziecko wychodzi odbytem, a mężczyzna po prostu polewa plemnikami to miejsce, bez kontaktu bezpośredniego.
W wieku 6 i 8 lat przeszłam infekcje intymne. Bałam się komuś o tym powiedzieć, dlatego po prostu to zignorowałam. Trwało to ok. miesiąc i do tej pory pamiętam ten okropny ból. No cóż. To, co zostało po infekcjach jest okropną, lekko bolesną w dotyku i pozrastaną w wielu miejscach deformacją. Moja dziura bardzo przesunięta, pełna bąbli i prawie zrośnięta. Krew z okresu jest zazwyczaj czarna i pełna skrzepów. Bóle miesiączkowe to koszmar, a regularność cyklu - fikcja. Próbowałam zdiagnozować się za pomocą internetu, ale jedynym pewnym rozwiązaniem jest ginekolog. Jestem jeszcze niepełnoletnia i bez wiedzy mamy nie uda mi się nic zdziałać, a jedyne na co mogę liczyć to wyśmianie i "pokaż, zdiagnozuję ci". Na pewno nie będę mogła wejść do gabinetu bez obecności mamy, a jej kąśliwych uwag po prostu nie zniosę. Na jej dyskrecję w rodzinie także nie ma co liczyć.
Ta sytuacja wykańcza mnie psychicznie, czuję się chora, jakbym żyła na tykającej bombie. Zawsze chciałam posiadać dzieci i boję się, że nie będzie to możliwe. Panicznie dbam o tę część ciała i obchodzę się z nią niezwykle delikatnie. Czekam tylko do 18, kiedy będę mogła legalnie pójść do ginekologa.
Jestem rezydentem anestezjologii w jednym ze szpitali w mieście wojewódzkim. Z tydzień temu będąc na dyżurze, zadzwoniła do mnie pielęgniarka z krótką informacją, że "Doktorze jest pan proszony na SOR w związku ze słoikiem w anusie" (dla niewtajemniczonych anus=odbytnica czyli potocznie zwana dupa).
Na początku sądziłem, że się przesłyszałem, chciałem dopytać no ale pielęgniarka się rozłączyła. A więc zebrałem graty i pędem na SOR. Wchodzę na izbę, patrzę po twarzach - na wszystkich krzywy grymas. Zbliżam się do łóżka... patrzę. Okazało się że jednak się nie przesłyszałem, mężczyzna rzeczywiście miał słoik kolokwialnie mówiąc w dupie... moja mina według pielęgniarki była bezcenna ;)
Osoby, które znają znaczenie emotki „winogron”, nie będą miały problemu ze zrozumieniem wyznania.
Kiedy byłam mała, rodzice ciężko pracowali, babcia też. Nie wiem, dlaczego nie zostałam posłana do przedszkola. Dziadek obiecał rodzinie, że się mną zaopiekuje – i zaopiekował. Codziennie „zrywał ze mną winogrona”, mówiąc, że to świetna zabawa... Miałam tylko 3 lata, ale zapamiętałam ten dzień i mimo że byłam mała, a dziś jestem dorosła, to mogłabym go opisać ze szczegółami. Nie wiem kiedy to się zaczęło, ale trwało do 5 roku życia, kiedy dziadek postanowił popływać autem w jeziorze... W końcu mogłam odetchnąć, ale to pozostawiło ślad na całe życie i problemy w dorosłym życiu, takie jak wizyty u lekarzy czy bliższe relacje.
Był szanowanym człowiekiem z wysoką pozycją w społeczeństwie. Kiedy miałam 14 lat, odważyłam się powiedzieć starszej siostrze, co mnie spotkało. Dostałam ścierką kuchenną po twarzy z zapytaniem, jak mogę oczerniać tak wspaniałego człowieka, więc milczałam, aż do dziś...
Jak byłem mały, mieszałem colę z tymbarkiem wiśniowym, po czym kładłem się na ławce i udawałem bezdomnego sącząc swoje ''wino''.
Zacznę od tego, że w domu zawsze mieliśmy dużo zwierząt. Moja siostra wyjechała na studia, a z racji tego, że nie mogła wziąć ze sobą jej pieska, zostawiła go u nas w domu rodzinnym. Ja oczywiście nie miałam z tym problemu, powiedziałam, że chętnie się nim zajmę, ale rodzice mieli inne zdanie. Na początku było z nimi znośnie do czasu, gdy pies zachorował. Miał on problemy z zębami i potrzebna była mu operacja, po której nie wiadomo, czy będzie w stanie sam jeść. Weterynarz dał nam dwie opcje — operacja albo uśpienie. Dla mnie i mojej siostry było to oczywiste, że walczymy o jego życie, tym bardziej że piesek młody i silny. Jakież było moje zdziwienie, gdy przez 3 dni rodzice próbowali nas przekonać, żeby go uśpić. Nie dochodziło do nich nic, że pies jest ogólnie zdrowy, że jeszcze ma dużo lat do przeżycia. Dla nich się liczyło tylko to, ile zapłacą (dodam jeszcze tutaj, że pieniądze nie są problemem), no i że pies będzie przecież „uciążliwy” po operacji, a oni nie będą się zajmować jakimś kundlem. Ile krzyków i wyzwisk w moją stronę poszło, kiedy stwierdziłam, że on jest przecież częścią naszej rodziny... Zostałam zwyzywana od debili, którzy nie umieją odróżnić człowieka od zwierzęcia. Punktem kulminacyjnym okazał się ojciec, który powiedział, że mnie wypieprzy z domu. Ostatecznie pies poszedł na operację, która zresztą była bardzo udana. Dzisiaj zaczął samodzielnie jeść, a mama, widząc to, skwitowała: „Ja bym go i tak uśpiła” :) Najlepsze jest to, że nie jest to taka pierwsza sytuacja. Mam w domu króliki, które jak wiadomo, są bardzo delikatnymi stworzeniami, kiedyś jeden z nich potrzebował pilnej pomocy medycznej, to kazali mi go zostawić, bo przecież „on sam się wyleczy”. W środku nocy zapierdalałam z królikiem na rękach do weterynarza, bo by się przekręcił. Za każdą karmę, zastrzyki i wizyty muszę płacić sama.
Tyle się czyta o odpowiedzialności, żeby edukować dzieci, jak się traktuje zwierzęta, ja za to użeram się z rodzicami, którzy nie potrafią zapewnić im minimalnej opieki.
Każdy ma jakieś fobie: pająki, klauny, krew, wysokość. Ja się wysokości nie boję, ale zawsze panicznie się boję krawędzi na wysokości. Samej krawędzi. Zawsze wyobrażam sobie, że jakiś psychol zaraz mnie popchnie w tę przepaść. Najczęściej moja fobia się ukazuję gdy... idę mostem. Zawsze idę z daleka od barierek, a nuż trafi się ktoś, kto mnie do rzeki wrzuci!
Dodaj anonimowe wyznanie