Moi rodzice są po rozwodzie. Przez jakiś czas nie miałam z żadnym dobrego kontaktu. Dopiero z czasem zaczęłam normalnie rozmawiać z mamą. Będąc w 3 klasie technikum, z ojcem też już miałam w miarę dobre kontakty. Mówił, że zawsze mi pomoże, jeśli będę potrzebować pomocy. Dodam, że mój ojciec pracuje w IT na bardzo wysokim stanowisku.
Od 3 klasy technikum marzyły mi się studia na jednej z polskich uczelni. Robiłam wiele, żeby zdać maturę i dostać się na wymarzony kierunek. Dostałam się wieczorowo, tak jak chciałam, żeby w dzień co nieco zarobić, ale potrzebowałam pomocy finansowej. Powiedziałam tacie o studiach. Ucieszył się, ale o pomocy, o której mówił, mogłam już zapomnieć. Tłumaczył się, że ma dług do spłacenia, opłaty i rodzinę na utrzymaniu. Jedynie mama i dziadkowie opłacali mi raty. Studia były cudowne. Codziennie uczyłam się czegoś nowego i ciekawego. Ale to, co zarobiłam, ledwo mi wystarczało, bo nie pracowałam osiem godzin, ponieważ nie było jak, mimo że chciałam. Potrzebowałam nowych butów, więc zapytałam babcię, czy może pogadać z tatą, aby mi się dorzucał. Usłyszałam, że nie, bo on musi z długów wyjść.
Mój brat miał urodziny, więc poszłam go odwiedzić i tego samego dnia dowiedziałam się, że mój ojciec organizuje sobie wyjazd na dwa dni za 1500 zł dla siebie i swojej kobitki. Później wyjechał na dwa tygodnie za granicę wraz z moim braciszkiem i jego matką...
Z powodów finansowych w styczniu musiałam rzucić studia, co popchnęło mnie w wysokie załamanie. Nie czuję się ambitna i do tego katuję samą siebie, że nie potrafię sama sobie poradzić. Czuję się źle... Od ojca nigdy nie potrzebowałam dużo. Książki do nauki kupowałam za swoje zarobione pieniądze. Wiem, że nigdy już nie sięgnę po pomoc do niego, niezależnie jak będzie źle.
Po skończeniu studiów przyszło mi wrócić na pewien czas do rodzinnego domu. Muszę dzielić łazienkę z moją nastoletnią siostrą. Burza hormonów, wieczne awantury i oczywiście ciągłe podbieranie moich kosmetyków. Postanowiłam jednak nie robić jej na złość i nie używać w zamian jej kosmetyków, bo dla mnie to dziecinada. Ale pewnego dnia skończył mi się szampon. Stwierdziłam, że korzystając z okazji, użyję jej szamponu. Dziewczyna ma fioła na punkcie swoich włosów. Kupuje sobie jakieś maski do włosów w salonach za 50 zł itp. Zaczęłam więc poszukiwania i znalazłam na jej półce czarne opakowanie z różową etykietką z napisem „shampoo”. Patrzę – cena 42 zł, OK, więc umyłam włosy, poszłam spać.
Następnego dnia siostra sięgnęła po mój kosmetyk, więc postanowiłam jej oznajmić, że wczoraj umyłam włosy jej szamponem. Gdy to usłyszała, mało co nie popłakała się ze śmiechu. Chciałam zrobić siostrze na złość, a okazało się, że umyłam włosy.... szamponem dla psa.
Podobno największym wrogiem kobiety jest jej (przyszła) teściowa. U mnie było inaczej - okazała się nią własna, rodzona matka. Co jest wspólnym mianownikiem wszystkich sytuacji, to jej hiperośla wręcz upartość. Po kolei.
1. Mężczyzna mojego życia oświadczył mi się, czas ustalić termin ślubu. Wyszło na to, że będzie to sierpień - ja po ostatnich egzaminach (ślub brałam tuż po zakończeniu studiów) i ewentualnych poprawkach, jemu kończy się w lipcu umowa o pracę i we wrześniu zaczyna nową, poza tym sierpień to świetny czas na podróż poślubną w takiej formie, jak chcieliśmy - kajaki+rowery na pojezierzu.
Nie, nie może być sierpień, bo ona ma wtedy urodziny i to przyćmi tę uroczystość (żaden okrągły wiek), uznajemy ją za mniej ważną, dlaczego tego nie konsultujemy?
2. Miejsce ślubu. Wybraliśmy kościół, który nie jest parafialny ani dla mnie, ani dla niego, a zakonny - pięć lat chodziliśmy do duszpasterstwa akademickiego, tam braliśmy nauki przedmałżeńskie.
Nie, bo ma być w parafii panny młodej i kropka, goście będą mieli problem z zaparkowaniem (fakt, centrum miasta, ale jednocześnie dużo wolnych miejsc w sobotę), ona nie lubi tego kościoła. Czemu? Bo nie.
3. Wesele. Tu wiele rzeczy, więc skrótem: absolutnie ma nie być wódki (jej zdziwienie, jak też wypiłam, niewiele, ale jednak - bezcenne), tylko wino, i to dobre (czyli >50 zł za butelkę), żadnej muzyki popularnej (disco polo było tyle, co na lekarstwo, bardziej ogólnie rozrywkowo-imprezowa), mamy zmienić listę gości, bo ich nie zna (a to dziwne), ma być na 150 osób, a my robimy na 60 (tyle nam wyszło, poza tym my płaciliśmy za całość), próby sterowania tym wszystkim, aż ojciec zainterweniował i ją usadził, co rzadko mu się zdarza.
4. Podróż poślubna. Mamy jechać na Lazurowe Wybrzeże, bo to takie fajne miejsce. O, tu macie uroczy hotelik, tu dobrą restaurację, tam ładne widoki, a to koniecznie musicie zwiedzić, wylot wtedy, powrót wtedy, specjalnie dla was robię przyjęcie urodzinowe później, akurat zdążycie! Jak wspominałam, mieliśmy daleko inne plany i wynikało to przed wszystkim z naszego charakteru, nie skąpstwa. A cenę tego, co mówiła, pomijam.
5. Mieszkanie. Nie mieszkaliśmy ze sobą przed ślubem, on wynajmował mieszkanie, które potem odkupiliśmy. Nie za duże, nie za małe, takie akurat dla młodej pary. Co ważne, miało kilka niepasujących jej elementów, nieistotne jakich. Jednym z nich były różnego rodzaju drobiazgi stojące na półkach, pamiątki po latach znajomości. Za każdym razem, jak była, coś przestawiała. Potem próbowała wynieść. Innym razem dodać coś. W końcu dostała zakaz wstępu do czasu zmiany postępowania. Przychodzi tylko ojciec.
A teściowa? Cudowna kobieta, takiej ze świecą szukać. Pomogła, doradziła, można rozmawiać z nią w nieskończoność. Pozory mylą...
Jestem po rozwodzie. Sąd orzekł winę żony. Odkąd dowiedziałem się, że mnie zdradziła, domagałem się właśnie takiego rozwiązania. Ona z kolei oponowała, koniecznie chciała rozwód z winy obu stron, wynajęła nawet prawnika. Wyciągała z kontekstu najróżniejsze sytuacje, byleby przedstawić mnie w jak najgorszym świetle. Nie dogadała się jednak ze świadkami i ci, nawet bez namawiania, sytuacje przedstawiali z podkreśleniem kontekstu, przez co nie byłem już taki straszny, a wręcz zyskiwałem. Ostatecznie orzeczony został rozwód z jej winy.
Parę tygodni później wspólna znajoma poinformowała mnie, jak moja była wszem i wobec rozpowiada, jaka to ona jest zapobiegawcza – zgodziła się na wzięcie winy na siebie praktycznie na samym początku, bo traci na tym tylko i wyłącznie prawo do alimentów, a przy moich zarobkach i tak niewiele by tego było – ona ze swoim misiem zarabiają tyle, że nawet by nie zauważyli różnicy.
Mijały miesiące, ja zmieniłem pracę na znacznie lepiej płatną. Pochwaliłem się tym faktem na twarzoksiążce, a że ogłoszenia o pracę na tym stanowisku w tej firmie wraz z widełkami wciąż wisiały gdzieś w internecie, co bardziej dociekliwa dusza bez problemu mogła wywnioskować, że zarabiam... no, dużo.
Długo nie musiałem czekać – następnego dnia wspólna znajoma dała mi cynk, że moja była nie jest już taka zaradna i wszystkich informuje o tym, że winę wzięła na siebie, bo ją szantażowałem i praktycznie pobiłem. Że w sądzie kłamałem i przekupiłem świadków. Że odkąd ją biedną bez powodu wyrzuciłem z domu, żyła w nędzy i ledwo wiązała koniec z końcem, podczas gdy ja żyłem jak pączek w maśle. Że żądałem kosmicznych alimentów, a ona w swojej dobroci była gotowa je wypłacać. No brakowało w tych opowieściach jedynie wzmianki o tym, że w Wigilię, żeby móc coś zjeść, handlowała zapałkami i umarła z zimna i głodu...
Opisy odmienne i rzetelne jak relacje z Marszu Niepodległości w TVN i Republice...
Późne lata 90-te. Miałem jakieś kilka lat. Wuja handlował na granicy polsko-
niemieckiej różnymi produktami (oficjalnie krasnale ogrodowe, ale spod lady pewnie też fajki i inne dobra z przemytu).
Wakacje. Matula zostawiła mnie wraz z rodzeństwem u ciotki na kilka dni. Mieli ogromny dom.
Oprócz biegania po podwórku, biegaliśmy też po domu.
Pewnego dnia ciotka wieszała pranie na dworze, wuja w robocie, a my z kuzynostwem bawiliśmy się w chowanego.
Schowałem się w jakimś pokoju pod łóżkiem. Leżał tam karton, a w nim mnóstwo pieniędzy. Niemieckie marki. Mnóstwo marek.
Niewiele myśląc zabrałem "trochę" i schowałem.... do majtek.
Później schowałem je do swojej torby z ciuchami i wyciągałem sukcesywnie jak chciałem kupić słodycze.
Nigdy mnie nie przyłapano.
Po latach dowiedziałem się, że wuja przestał kręcić biznesy z jakimś swoim kolegą, bo ponoć brakowało ok. 400DEM w skrytce.
Kuźwa,
nie wiedziałem że taki miałem rozmach.
A tak na serio, to głupio mi pomimo, że minęło już tyle czasu.
Słowem wstępu - mam 23 lata i od zawsze zmagam się z bardzo nieregularnymi miesiączkami, a moim największym marzeniem jest założenie rodziny.
W związku z uciążliwym problemem (z taką przypadłością ciężko różne sytuacje zaplanować), chodziłam regularnie na wizyty do miłej, uśmiechniętej pani ginekolog, która za każdym razem mówiła, że taka moja uroda.
Niedawno poszłam się skontrolować u innego lekarza, któremu coś się nie spodobało, więc wysłał mnie na szereg badań do szpitala.
Dzisiaj odebrałam wyniki - bezpłodność spowodowana brakiem owulacji. Bo taka moja uroda.
Hej. Mam 16 lat. Niedawno wyprowadziłem się z mamą od patologicznego ojca, mamy własne mieszkanie i idzie jak z płatka, aż nagle mama chciała poznać prawdziwą miłość... No to jej pomogłem. Znalazłem jej policjanta, kulturystę. Pisali ze sobą przez kilka dni, on ze mną też.
Wczoraj mi napisał, że podobam mu się bardziej niż moja mama (jestem chłopakiem).
Czuję się jak w jakimś chorym japońskim filmie erotycznym.
Powinnam zacząć od tego, że mam dużo starszą siostrę. Głównie z tego powodu trzymałam się z jej znajomymi, którzy byli w jej wieku albo starsi. Początkowo byłam raczej taką maskotką ich paczki, jednak po czasie zaczęli traktować mnie też jako swoją znajomą, a nie czyjąś siostrę. Właściwe zaprzyjaźniłam się najbardziej z jednym facetem z ich grupki.
Minęły lata... Moja siostra założyła rodzinę, ja zaczęłam studia, a mój ten przyjaciel wyjechał do Stanów i praktycznie tam mieszkał. Utrzymywałam z nim przez ten cały czas kontakt, ale rzadko był w kraju, więc go raczej nie widywałam.
Teraz powinnam nadmienić, że mam chłopaka od pół roku i ostatnio między nami się nie układało.
Jakiś czas temu ten przyjaciel mówił, że będzie w mieście, bo robi jakiś projekt tutaj. Stwierdziliśmy, że fajnie będzie się spotkać, udało nam się zgadać kilka dni temu.
Mieliśmy się spotkać i sobie pogadać, coś zjeść i napić się wina...
Widziałam się z tym moim przyjacielem, a w momencie, kiedy mu coś opowiadałam, zaczęła się robić dziwna atmosfera. Czułam, że coś jest nie tak... I wtedy pocałował mnie. Rozsądek mówił, że powinnam go odepchnąć, jednak tego nie zrobiłam. Nie mam dla siebie usprawiedliwienia, bo odwzajemniłam pocałunek. Prawdopodobnie był najdłuższy i najlepszy w moim życiu, nigdy tak się nie czułam.
Zaproponował, żebym została na noc, ja jednak odmówiłam.
Wróciłam pieszo do domu. W tym czasie trzeźwiałam i myślałam, co ja zrobiłam. Czuję się winna i chcę przyznać się mojemu chłopakowi, ale aktualnie unikam ich oboje i nie wiem co zrobić.
W życiu nic takiego mi się nie zdarzyło, czuję się paskudnie.
Byłem z moją dziewczyną w muzeum techniki podczas jakiegoś tam wypadu po turystycznych miejscowościach.
Oglądaliśmy jakieś stare maszyny, urządzenia, było tam pełno silników, prototypów telewizorów i tak dalej.
Zobaczyłem, jak Marlena stoi przy jakimś gracie przemysłowym i świecą jej się oczy. Podszedłem do niej i usłyszałem, jak cicho wymamrotała: "Woooow... ciekawe, jak tu się włączało wirowanie...".
Najważniejsze, to mieć swoją pasję w życiu!
Brałam antykoncepcję hormonalną przez 1,5 roku. Była dobrze dobrana, na podstawie badań z krwi (co jest rzadkością). Nie odczuwałam żadnych skutków ubocznych poza, jak się później okazało, jednym.
Średnio co 1,5 roku robię kontrolne badania krwi. Wykonałam je i teraz. Kosztowało mnie to wycieczkę na czczo do lekarza z samego rana, tylko po to, aby się dowiedzieć, że jeszcze 3 miesiące i mogłabym stracić nogę.
Przez co? Przez hormony.
Odczuwałam lekkie bóle nóg - podobne do tych wzrostowych, wiec się nimi nie przejmowałam. Wyszły mi trochę żyły na stopach, na udach lekko prześwitywały przez skórę - myślałam, że zaczynam się starzeć. Dopiero badania uświadomiły mi, że to początki zakrzepicy.
O zakrzepicy jest napisane w każdej ulotce tabletek antykoncepcyjnych. Wierzcie mi, że nie bez powodu.
Kiedy dowiedziałam się o tym, podzieliłam się na pewnej damskiej grupce swoimi doświadczeniami. Odzew mnie przeraził.
Połowa dziewczyn nie wiedziała nawet, że trzeba robić takie badania. A druga połowa miała już zdiagnozowaną zakrzepicę spowodowaną hormonami.
Dlatego postanowiłam napisać tutaj, bo wiem, że ta strona ma duży zasięg. Może nie jest to anonimowe wyznanie, którego się spodziewaliście, ale bardzo ważny apel.
Dziewczyny, które stosują antykoncepcję hormonalną - czy to krążki, czy to plastry, tabletki, spirala hormonalna - proszę, badajcie się regularnie. Hormony to nie cukierki! To bardzo duża ingerencja w wasz organizm. Zakrzepica jest naprawdę bardzo, bardzo częstym powikłaniem przyjmowania hormonów. To tylko jedno ukłucie, a może uratować życie.
Dodaj anonimowe wyznanie