#wGh9U

Kiedy miałam nieco ponad 20 lat, pojechałam na całe wakacje do USA. Postanowiłam spełnić dwa marzenia naraz i udałam się do studia tatuażu. Wszystko ładnie pięknie, tatuowała mnie młoda, miła i przede wszystkim bardzo utalentowana dziewczyna. Jestem jednak bardzo wrażliwą istotką, ból był dla mnie nie do opisania. Byłam pewna, że nikt mnie nie rozumie, bluzgałam na prawo i lewo, ale nagle pod wpływem emocji powiedziałam coś w rodzaju: „Puszczaj mnie, ty głupia *ekhem, samico psa*”. Jakie było moje zdziwienie, kiedy tatuażystka wstała z fotela, z grobową miną przemówiła piękną, czyściutką polszczyzną: „Wedle życzenia” i wyszła na zaplecze.
Dobrze, że po chwili moich nerwów i wstydu wyszła czerwona od śmiechu, uspokajając mnie i zaczynając rozmowę już po polsku.

Asia, pozdrawiam Cię, Ty cwana bestio! :D

#PUZGU

Kiedy miałam około 6 lat, modląc się wieczorem, po standardowych formułkach zawsze wymieniałam wszystkich, za których ta modlitwa była. Tak więc zawsze była mama, tata, dwie babcie, dwóch dziadków, brat, a później przez kilka minut powtarzałam: „Ciocię oraz wujka”. Dlaczego? Koniecznie chciałam pomodlić się za wszystkich członków rodziny, nie miałam jednak pojęcia, ile cioć i wujków mam – wiedziałam tylko, że na pewno jest ich bardzo dużo. 
Potem mi przeszło.

#3KYV8

Jednym z najmniej logicznych wymogów społeczeństwa są kanony piękna. Nie wspominając, jakie to jest krzywdzące i toksyczne (generalnie społeczeństwo, którego my sami jesteśmy częścią, takie jest), nie ma po prostu najmniejszego sensu.
U nas w kraju nie jest pod tym względem najgorzej, ale na przykład w południowo-wschodniej Azji standardy piękna potrafią być bardzo niezdrowe (chude ciało) oraz nienaturalne (śnieżnobiała skóra, charakterystyczny kształt oka, malutki nos itp.).
Skupiając się na wszechobecnym wyobrażeniu kobiety, Słowianka ma długie blond włosy, kobiece kształty, jest szczupła i ma wcięcie w talii, ma niebieskie oczy i ciemne rzęsy i brwi. Może i brzmi trochę przestarzale, ale zaczynając od nienaturalnych włosów po „najbardziej kobiecą” sylwetkę z „idealnym brzuchem”, to wszystko nadal obowiązuje w naszej społeczności (której my sami jesteśmy częścią). Jak ktoś ma prostokątną figurę (choćby to było nawet dziecko) jest, chcąc nie chcąc, cancelowany. Ponadto wyobrażenie zupełnie niepolskiego malutkiego noska. Nie mam pojęcia, skąd się to wzięło, ale Polacy w większości mają duże nosy. Po co więc istnieje standard piękna niedopasowany do naszego DNA? Niektórzy mężczyźni myślą, że kobiety tak jak oni nie mają fałdek na brzuchu, a jak mają, to znaczy, że się zaniedbują. To wina między innymi kobiet. Wstydzą się swoich naturalnych fałdek spowodowanych istnieniem macicy, a więc pracują nad nimi, w przeciwnym razie nie pokazują brzucha. Nazywanie dzieci w okresie dojrzewania „deskami”? Jak dziewczynka ma krótkie włosy, mówi się, że jest niekobieca. Dlaczego jakieś kłaki o tym decydują? Z kolei niech tylko spróbuje włożyć spódnicę, nie ogoliwszy przedtem nóg. Zarówno stereotypy płci, jak i wyglądu, są naprawdę obrzydliwe i w dodatku niezrozumiałe.
Ponadto zakompleksione osoby, mówiące na głos o swoich kompleksach, WPĘDZAJĄ INNE OSOBY w te same kompleksy. Nienawidzę, jak ktoś uważa, że jego problemy są najważniejsze na świecie. „O Boże mam takie wielkie uda, fuj” może nie mów tego przy osobie, która ma większe uda od twoich? Zastanawiajcie się. Szerząc stereotypy wyglądu, KRZYWDZICIE SAMYCH SIEBIE. Dziękuję.

#od43R

Moja była dziewczyna zerwała ze mną jakieś trzy miesiące temu, bo „zakochała się” w nowo poznanym koledze z pracy. Zdradzała mnie z nim, a potem zrezygnowała z trzech lat udanego związku na rzecz przelotnego romansu, który… zakończył się tydzień temu. Facet ją rzucił.
Przyszła do mnie z przeprosinami, przez pół godziny opowiadała, jak bardzo żałuje i jak bardzo chce wrócić, była pewna, że przyjmę ją z powrotem, bo zawsze jej wszystko wybaczałem.
Mimo że było to trudne, odpowiedziałem tylko: „Za późno, dokonałaś wyboru”.
Jej mina – niezapomniana.

#A7dt5

Spotkałem wczoraj moją starą miłość. Monika była dziewczyną, którą jako jedyną naprawdę kochałem w moim całym życiu. Niestety, nie ułożyło się nam – ja wyjechałem do pracy do Anglii, ona wyprowadziła się w tym czasie do stolicy na studia. Jakiś czas potem znalazła sobie faceta, ale zawsze czułem, że nigdy nie przestaliśmy się kochać.
Spotkałem ją wczoraj z dzieckiem, mówiła, że rozwiodła się z mężem. Poczułem się wniebowzięty i chciałem zaproponować jej randkę, zabrać ją i dziecko pod swój dach i opiekować się nimi już do końca życia. To była scena jak z filmu, dopóki nie powiedziała, że nazwała swojego syna Bartosz „na pamiątkę prawdziwej miłości”.

Nie, nie mam na imię Bartosz, jestem Krzysiek. I coś mi się wydaje, że nie skończy się jak w komedii romantycznej.

#SxibC

Ja i Michał nic do siebie nie czuliśmy. Wychowaliśmy się razem, nasze rodziny znały się od pokoleń, chodziliśmy do tych samych szkół, ale między nami nie było nawet przyjaźni, prędzej jedna wielka obojętność.
Pewnego dnia na imprezie rodzinnej upiliśmy się i zaczęliśmy rozmowę. Wyszło w niej na to, że mamy ten sam problem – nasze rodziny chcą, byśmy sobie kogoś znaleźli i robią coraz to dziwniejsze rzeczy (np. sprowadzają coraz to obrzydliwszych ludzi), by nas do tego zmusić. Później rozmawialiśmy o tym jeszcze wiele razy, aż w końcu padły słowa: „Weźmy ślub i zagrajmy przed rodzinami idealne małżeństwo”. I stało się. Rodziny ucichły, skończyło się sprowadzanie obcych, chore teorie i zatruwanie życia, a jednocześnie nikt z nikim nie musiał zrywać kontaktów.

Po ślubie znaleźliśmy sobie dom dwupiętrowy – jedno piętro całe moje, drugie całe jego. Mijały lata, a miłości dalej nie było. Za to przyjaźń stawała się coraz mocniejsza i pozwalała nam iść dalej – ja przekonałam go, by poszedł do psychologa, on czuwał przy mnie, gdy poważnie chorowałam. Ja pomagałam mu z pracą, on ratował mnie, gdy po gwałcie chciałam się zabić. Z tego ostatniego pojawiło się dziecko, które postanowiliśmy wychować, a raczej on miał je wychowywać, a ja od czasu do czasu pomagać. Znów wszystko ułożyło się idealnie – ja miałam świetnego psychologa, on mógł być ojcem, dziecko nie zostało usunięte, a rodzina nawet nie wiedziała, że dziecko nie jest jego.
Pół roku temu, po ośmiu latach takiego życia, limit szczęścia został wyczerpany. Michał miał wypadek samochodowy. Umarł.
Od tamtej pory w całym domu jest pusto. Nikt się nie śmieje, nikt się nie uśmiecha. Dziecko ciągle płacze. Ja nie umiem się nim zajmować przez cały czas, chce mi się płakać. Mam dość.

#SVzy2

W mojej rodzinie był alkoholizm. Podczas jednej z imprez rodziców, gdy miałam 10 lat, uciekłam z domu. Zima, śnieg na dworze, a ja w spodniach, laczkach i na krótkim rękawku wybiegłam z domu po tym, jak moja rodzicielka chciała mnie uderzyć za to, że podrywam jej nowego faceta. Ale to nie był wtedy mój największy problem. Najgorsi byli ludzie mijani po drodze do mojej przyjaciółki. Jakaś babcia mnie opierdzieliła, że jestem głupia, że tak ubrana na mróz wychodzę i rodzice powinni mi tyłek przetrzepać. Jakiś facet (30+) wyśmiewał mnie razem z kolegami podczas jazdy autobusem, czy czasem nie jest mi zimno i on może mi pożyczyć jedną rękawiczkę, to się może ogrzeję. Kobieta w wieku około 40 lat pokiwała głową z dezaprobatą i skomentowała, że teraz młodzieży się w dupach poprzewracało, że chodzą ubrani jak lato mimo mrozu na dworze.
Nikt się nie zainteresował dzieckiem, które idąc/jadąc do koleżanki, trzęsło się z zimna. Nie mam pojęcia dlaczego, może godziny wieczorne i ludzie byli zmęczeni po pracy? Może wyglądałam na więcej lat, niż miałam i myśleli, że jestem zbuntowaną nastolatką? Do dziś mnie to zastanawia.

#1Hwrw

Urodziłam się w czasie trwania Bożego Narodzenia. Miałam na studiach grupkę dobrych znajomych i w ostatni dzień przed feriami świątecznymi przyniosłam dla nich torebkę słodyczy. Mimo tego, że wszystkim dawałam cukierki w kilku rundach, i tak sporo ich zostało (a były bardzo dobre :)). Przy ubieraniu się do wyjścia, przy szatni, postanowiłam zostawić porządną garść cukierków pani, która zazwyczaj wydaje kurtki. A pani ta była nielubiana, delikatnie mówiąc, ponieważ nigdy nikomu nie odpowiadała „dzień dobry”, „do widzenia”, nie używała słowa „proszę”. Każdy jej gest i ruch był wykonany z grymasem na twarzy i niejednokrotnie, kiedy pomyliła się, wydając ubrania, oskarżała o to studentów, nie przebierając przy tym w słowach. Świąteczny nastrój skłonił mnie jednak do wykonania takiego, a nie innego gestu, zwłaszcza że opisywana pani po wydaniu kurtek wyszła i jestem pewna, że nie widziała tego, co zrobiłam. Minęłam się z nią tylko przy wyjściu.
Po powrocie z ferii zauważyłam, że coś się zmieniło w jej zachowaniu w mojej obecności – nie była już niemiła! Odpowiadała (chociaż burknięciami) na moje „dzień dobry”, powstrzymywała się przed złośliwymi komentarzami, a nawet czasem na jej twarzy pojawiało się coś podobnego do uśmiechu w odpowiedzi na serdeczny uśmiech. Poczułam się wtedy trochę jak w jednym z tych świątecznych filmów, kiedy niewielkim gestem udaje się popchnąć kogoś do bycia chociaż odrobinę milszym i otwartym na ludzi :)

#ZEFBl

Już wiem, po kim mój syn odziedziczył talent do robienia numerów swoim najbliższym. Dziś się o tym przekonałem. 
Młody ma 3 lata. Od niedawna mówi. Ale za to jak! Dobiera słowa niczym najbardziej oczytany polonista! Dzisiaj pojechaliśmy razem do takiego jednego biurowca, gdzie pracuje mój kumpel. Miałem mu podać jakieś papierzyska po drodze na basen, gdzie się z moim pierworodnym wybierałem. Przeszliśmy przez wielki hol i czekamy na windę. Razem z tłumem ludzi. Młody chwycił mnie za rękę, kiedy drzwi do kabiny się otworzyły. Jechaliśmy na przedostatnie piętro. Było ciasno jak diabli.
W pewnej chwili mój synuś spojrzał na mnie i uśmiechnął się złośliwie. Ewidentnie coś głupiego mu po głowie chodziło.
– Tateeee?! – zapytał głupim, karykaturalnym głosem (gdzie on tego się nauczył, nie mam pojęcia)
– Słucham – odrzekłem.
– A wiesz coooooo?! – kontynuował.
– Cóż takiego? – odparłem, szykując się na najgorsze
– Jak ja być już taka duży jak ty, to ja też mieć taki duży, włochaty pindol?!

Cała winda w śmiech, a ja jąkając się pod nosem, usiłowałem powiedzieć wszystkim, że to taki żart. Młody ma poczucie humoru, wiecie... Taki śmieszek z niego. Tatusia chciał skompromitować troszkę, rozumiecie, hue, hue? Ale i tak zostałem zagłuszony przez rechot kilkunastu osób, więc skurczyłem się do rozmiarów kaprawych i promieniując soczystą czerwienią, liczyłem piętra do końca naszej podróży.
Jak wysiedliśmy z windy, wziąłem młodego na bok i przybiłem mu piątkę:

– Dobra robota, zimnioku ty zdradziecki. Moja krew! Jestem z ciebie dumny! A teraz zrób jakiś numer mamie. Ona na pewno też to doceni! :)
Dodaj anonimowe wyznanie