#MKeZQ

Mamy psa adoptowanego ze schroniska. Pies jest już dość stary, ale całą rodziną bardzo go kochamy, jest najcudowniejszą, najgrzeczniejszą i najspokojniejszą istotą pod słońcem, nigdy nie okazał agresji, nigdy nawet nie szczeknął. Jest to pies duży, kundelek, ale podobny do owczarka niemieckiego, na pewno coś z niego w sobie ma. Jego ulubionym zajęciem jest spanie w dziwnych miejscach. Mam też 5-letnią siostrę, dla której nasz Astarot jest najlepszym przyjacielem.
Ostatnio pies spał pod schodami. Nikt go nie chciał stamtąd ruszać, więc po prostu nad nim przeskakiwaliśmy. Ale za którymś razem, gdy siostra schodziła po schodach, pośliznęła się i spadła z całym impetem, prosto na biednego Astarota. A pies w strachu i bólu, wyrwany ze snu, niestety zareagował odruchowo i ugryzł. Pech chciał, że trafił na twarz... Rozharatał siostrze nos, usta, policzki, cudem ominął oczy, w niektórych miejscach skóra była zdarta do kości. Siostra jest już po trzech operacjach, ale czeka ją jeszcze więcej.
Psem teraz nikt nie ma czasu się zająć, nie wiem, co rodzice planują z nim zrobić, nie wiem, czy go obwiniają, czy traktują to jako wypadek. Ja to tak traktuję i wciąż kocham mojego Tarotka, jako jedyna obecnie go wyprowadzam, karmię i głaskam. Boję się, że mi go odbiorą, że będzie musiał wrócić do schroniska. Siostra może mieć jakąś traumę i bać się psa, gdy już wróci ze szpitala, i całkowicie to rozumiem. Tym bardziej jest mi przykro, bo uważam, że pies niczym nie zawinił, właściwie nikt nie zawinił, to był po prostu pech, głupi zbieg zdarzeń. Siostra będzie miała już na zawsze zniszczoną twarz i zapewne strach przed psami, a Astarot straci kochającą rodzinę i ciepły dom na stare lata. Życie jest okrutne.

#iRvPO

Czasem się zastanawiam, jak to jest możliwe, że mój tata i jego brat nadal żyją i mają się całkiem nieźle. Nieraz na rodzinnych spotkaniach zbiera im się na wspominki i opowiadają, jak bawili się w dzieciństwie. Gdyby to wszystko się działo obecnie, ich rodzicami już dawno zainteresowałaby się opieka społeczna. Tak dla uściślenia dodam, że chodzi o początki lat 70.

Kilka przykładów ich wspaniałych przygód i chłopięcych zabaw:
– rzucanie w siebie płytami winylowymi i szkolnymi tornistrami, tymi twardymi, z metalowymi zakończeniami i sprzączkami – tata nadal ma blizny po rozciętych brwiach i czole;
– ustawianie stołków do góry nogami obok łóżka podczas skakania po nim – wujek niedawno zaprezentował do dziś niezrośnięte chrząstki/kości w małżowinie usznej po tym, jak nadział się na nogę stołka;
– wrzucanie do ogniska ampułek z różnymi chemicznymi substancjami wyrzucanymi przez znajdującą się obok fabrykę – „bo tak fajnie strzelały”;
– rozcięcie sobie skóry od nosa aż po czubek głowy podczas walki jakimiś prętami – poszkodowany tego dnia miał Pierwszą Komunię i to się stało podczas przyjęcia tuż po uroczystości;
– dźganie patykami gniazd os i szerszeni, dopóki owady nie wyleciały – „bo tak fajnie brzęczały”;
– wujek jest starszy, jako nastolatek dostał motorower, niestety rodzice zawsze kazali mu zabierać na przejażdżki młodszego braciszka, a z dodatkowym obciążeniem nie miał szans podczas wyścigów z kolegami. Któregoś razu specjalnie bardzo ostro skręcił, „obciążenie” spadło, a wujek wreszcie mógł dogonić kolegów; u taty skończyło się na złamanej ręce i kilku siniakach;
– tata pierwszego dnia w przedszkolu stwierdził, że mu się nie podoba, uciekł i wrócił sam do domu – miał wtedy 3-4 lata, a z domu do przedszkola było dobrych parę kilometrów; nigdy więcej tam nie poszedł :P

To naprawdę tylko kilka pierwszych z brzegu przykładów. Jak tak sobie analizuję, to nigdy nie opowiadali o takich zwykłych zabawach, typu samochodziki, piłka... Dosłownie każdy ich pomysł na zabawę kończył się wizytą w szpitalu albo chociaż drobnymi obrażeniami.
Z kolei moja mama ma dwóch braci i też gdy opowiadają, co wyprawiali z kolegami z osiedla, to czasem aż się w głowie nie mieści.

Wiem, że to były zupełnie inne czasy, ale wydaje mi się, że akurat pod tym kątem były ciekawsze. Oni mają tyle barwnych wspomnień z okresu dzieciństwa i wczesnej młodości, zawsze mają o czym opowiadać. Nie twierdzę, że ja miałam nudno, bo też zdarzyło mi się wpaść do oczka wodnego w wieku 3 lat albo rozwalić sobie głowę na drzewie podczas zjeżdżania z górki na sankach, ale „w moich” czasach jednak już nieco bardziej zwracano uwagę na to, co dzieci robią i jak się bawią. W „ich czasach” nie było też tylu rozrywek dla dzieci, jakie mamy teraz, więc po prostu wymyślali je sobie sami – z różnym skutkiem :P

#f4Dhb

Mój dziadek nie został dopuszczony do Pierwszej Komunii Świętej, jednak w domu powiedział, że został. Goście zaproszeni, przyjęcie itd. itp. - w pewnym momencie padło pytanie - "A dlaczego nie dostałeś obrazka?". Odpowiedział, że nie wie, więc rodzice postanowili wyjaśnić sprawę z księdzem. Wszystko wyszło na jaw, ale skoro już był u Pierwszej Komunii Świętej, to nie dało się tego cofnąć, bo pierwsza jest tylko jedna i pierwsza...

#uwlpa

Hola. Zastanawialiście się kiedyś, po co jest życie? Ja kilka razy. Na początku byłam szczęśliwą dziewczynką, która myślała, że życie jest jak baśń lub bajka, która zawsze kończyła się dobrze. Oczywiście to była tylko moja fantazja. W pierwszej klasie nie miałam żadnych przyjaciół. Jedynie kiedy mama dała mi paczkę chipsów do szkoły, to przychodzili. Jednak po czterech przeprowadzkach ta zafascynowana życiem dziewczynka zniknęła. Pojawiła się nastolatka nienawidząca życia. W wieku dziewięciu lat straciłam dziadka. W wieku dziesięciu lat straciłam ciocię. Byłam z nią bardzo zżyta, jak córka z matką. Mieszkałam z nią oraz z jej synem o rok młodszym ode mnie, gdy byłam mała. Dbała o mnie, gdy mama pracowała. Na jej pogrzebie ryczałam jak bóbr. Serce mi pękało. Nadal za nimi tęsknię. Na końcu pojawiła się jednak osoba (chodzi o mnie), która zachowywała się dobrze. Ale jednak gdy byłam sama, czułam, jakby za każdym odbiciem serca moja pojedyncza komórka zamykała się w sobie. Mamie ani tacie nic nie mówiłam, no bo po co? Tata nigdy nie chce mnie oglądać, a mama wszystko by wygadała tacie. Nawet przyjaciółkom nic nie mówiłam. Żaliłam się tylko cioci, która zawsze mnie potrafiła wysłuchać i pocieszyć.
Wniosek:
Życie (przynajmniej dla mnie) jest <<w większości>> aby cierpieć.
Jednak wiem, że ta mała część tej szczęśliwej małej dziewczynki jest tam, głęboko we mnie.

#QzsB1

Wsiadam sobie do tramwaju i od razu podbiegam do automatu, żeby kupić bilet. Awaria. No, nic - lecę do kierowcy. Przykro mi, nie ma biletów, chłopcze. Trudno - myślę. Wysiądę na następnym przystanku i do chaty pójdę z buta. Daleko w sumie nie mam, a pogoda ładna... Wtedy rzuca się na mnie przyczajony kanar. No, chyba sobie ze mnie facet żartujesz? Przecież widzisz jaka jest sytuacja.
Gość idzie w zaparte, najpierw żąda dokumentów, potem grozi policją. Po chwili, widząc mój opór i brak chęci współpracy, zmienia taktykę.
- Dobra, mam dziś dobry humor. Daj pan 50 zł, a ja wypiszę mandat za brak biletu bagażowego.
Pisiont? Kpiny jakieś! Za tyle, mieszkając w Boliwii, byłbym w stanie wyżywić się przez pół miesiąca! Nie ma mowy - nie zapłacę, wysiądę i pójdę do domu pieszo.
Tramwaj akurat utknął w korku, więc podróż trochę się dłuży... Kanar się jednak nie poddaje.
- Panie, 20 zł biorę. Niczego nie wypisuję i obaj jesteśmy zadowoleni, ok?
Jak mam być, kur#a zadowolony, skoro chcesz mi zabrać w pocie czoła uciułane dwie dychy? Takiego wała - nie uiszczę i kropka! Tramwaj wreszcie ruszył. Na horyzoncie majaczy przystanek.
- To zróbmy tak. Dej no pan dyszkie na kawę i tyle...
Za dyszkę to ja w Biedrze żwirek dla kota zaraz kupię. Gdzie ma sierściuch szczać, jak mi piniondz zabierzesz? Jeszcze czego? Nie płacę!
Przystanek, drzwi się otwierają. Wysiadam. Kanar wysiada ze mną. Nie przejmując się jego obecnością idę sobie z wolna wyciągając z kieszeni papierosy i odpalając jednego.
- No, niech panu będzie. Poczęstuj pan fajką chociaż...
Sorry, ostatnią mam. Nie dam...

#NorvZ

W przyszłości chciałabym mieć dzieci. Najbardziej się boję, że moje dziecko będzie chore na poważną chorobę lub będzie posiadało zaburzenia intelektualne.

Moja siostra ma autyzm (pogłębiony, głęboki), więc wiem od środka, jak wygląda życie rodziny z chorą osobą. Nie dałabym rady wychować takiego dziecka, wiedząc, że żadne zajęcia wspierające rozwój nie pomogą. Naczytałam się, że autyzm może być uwarunkowany genetycznie. Ja się po prostu boję, jak każdy chcę mieć zdrowe dzieci, ale istnieje spore ryzyko, że nie będzie mi to dane. Taka choroba nie spaja rodziny, a powoduje coraz większą frustrację (przynajmniej w mojej), gdy pojawiają się coraz to nowe gorsze nawyki (ale o nawykach można osobne wyznanie napisać). Być może będę tak się bać choroby, że dziecko postanowię adoptować.

#KwE3R

Poniedziałek
Jestem w ciąży. To wspaniała wiadomość dla mnie i dla mojego męża — i na razie tylko dla nas. To dopiero szósty tydzień. Lekarze mówią, że wszystko się może zdarzyć. Pęcherzyk się odkleił. Może się sklei dzięki hormonom. Może nie. Nadzieja jest.

Rozpiera mnie szczęście, ale nie mogę powiedzieć nawet rodzicom, którzy nie mogą doczekać się bycia dziadkami. Tzn. mogę, ale do końca 12 tygodnia lepiej poczekać — chyba że jestem gotowa ewentualnie powiedzieć, że poroniłam. A potem słuchać tych wszystkich rad. Tak, wiem. Muszę na siebie uważać... Hormony szaleją, jest mi niedobrze, czasem płaczę bez powodu. Nie mogę się doczekać, aż usłyszę bicie jego serduszka.

Piątek
Wizyta na SOR. Krwotok. Łyżeczkowanie. Dla lekarzy to kolejny zabieg, jak pobieranie krwi. Statystyka. Dla nas życiowa tragedia.

Z jednej strony dobrze, że nikomu nie mówiliśmy. Z drugiej strony teraz w tym bólu też jesteśmy sami.

#FTQgJ

Miewam pewien rodzaj snów, który niestety sprawdza mi się za każdym razem. Ja nie wierzę w żadne religie, przeczucia, duchy czy inne krasnale. Wierzę w naukę i w to co widzę. Próbowałam to sobie tłumaczyć przypadkiem, jakąś podświadomością mózgu, ale może coś jednak jest na rzeczy z tymi snami...

Od kiedy 7 lat temu zmarł mój tata, zawsze mi się śni "bez twarzy". Za każdym razem mimo że nie wygląda jak on, a jego twarz i sylwetka są zamazane, to wiem, że to jest on. Za każdym razem umiera też w potwornych męczarniach, a ja nie mogę nic zrobić (możliwe, że to po prostu trauma po tym, jak widziałam, jak umiera).

Na ponad rok sny ustały. Zapomniałam o nich. Pojawiły się ponownie jakieś 3 lata temu. Nadal nie mogę zobaczyć jego twarzy. Wcześniej czułam taki ból, smutek, gdy się pojawiał. Teraz bardziej nazwałabym to złą energią, sny są bardzo intensywne, wręcz agresywne. Budzę się zawsze spocona i serce mi wali. Obok niego pojawia się osoba. Widzę ją bardzo wyraźnie.

Najpierw przyśniła mi się "postać" taty z moim kotem. Kot zachorował następnego dnia. Mimo wszystkich możliwych badań i wydanych na to dużo pieniędzy, lekarze nie potrafili powiedzieć co mu jest i musieliśmy go uśpić. Ot, taki zbieg okoliczności.

Kolejny raz był pół roku później. Przyjaciel z dawnych lat moich rodziców. Od czasu do czasu nadal utrzymywali kontakt. Jakiś tydzień później rozmawiałam na Skype z moją mamą (mieszkam setki kilometrów od niej). "A pamiętasz tego Mirka, co kiedyś naprzeciwko mieszkał? Zmarł tydzień temu, zawał miał w pracy".

Po nim był mój kuzyn. Gdy mama zadzwoniła następnego dnia, byłam już prawie pewna o co chodzi – brat cioteczny miał wypadek samochodowy i jest w szpitalu w ciężkim stanie. Wtedy chyba puściły mi już nerwy. Rozpłakałam się, opowiedziałam mamie o snach. Nie chciałam nikomu tego mówić, żeby nie wzięli mnie za jakąś nawiedzoną wariatkę. Kuzyn akurat przeżył. Niestety nie porusza się samodzielnie, brzydko to ujmując jest "warzywem".

Pod koniec tamtego roku śnił mi się "mój" sen z moją babcią. Pamiętam, że tata znowu umierał, jakby coś go wciągało w ziemię, i odradzał się, i tak w kółko. Cały czas trzymając za rękę moją babcię. Następnego dnia rano po prostu usiadłam na kanapę i czekałam na telefon. Mama zadzwoniła po 9 rano, że babcia zmarła. Długo chorowała na serce. Akurat kiedy się zatrzymała, była w szpitalu. Mimo to nic nie dało się zrobić.

Często boję się zasnąć, boję się, że znów zobaczę kogoś mi bliskiego. Do tego to umieranie mojego taty mnie wykańcza. Po każdym takim śnie budzę się zmęczona. Trochę jakbym razem z nim umierała. Boli mnie całe ciało. Nie potrafię tego wytłumaczyć i chyba nie chcę. Wolę myśleć, że to tylko zbiegi okoliczności.

#feT5P

Zacznę od tego, że mam w domu piecyk gazowy do podgrzewania wody w łazience, ale o tym później. Rok temu przez kilka miesięcy zaczęło się dziać ze mną coś dziwnego. Szybkie bicie serca, słabo mi się robiło, bolała mnie głowa, następnie pojawiło się wysokie ciśnienie krwi, przy pozycji pionowej zaraz po umyciu musiałam na chwile usiąść, myślałam że mi serce wyskoczy. Na początku myślałam że to nic takiego, ale dolegliwości stawały się coraz bardziej uciążliwe.

Byłam u lekarza rodzinnego, powiedziałam co się dzieje, ale ze względu na moje wcześniejsze problemy z psychiką (cała rodzina chodzi do tej pani doktor od lat i dobrze się już znamy) stwierdziła, że to pewnie nerwica i tyle. Oczywiście nie pasowało mi to bo nie miałam innych objawów typowych dla nerwicy więc zamiast pójść do psychologa szukałam w necie odpowiedzi na to co mi dolega. I o dziwo bardzo dobrze zrobiłam, znalazłam artykuł o zatruciu tlenkiem węgla i wszystkie objawy pasowały.

Powiedziałam o tym rodzicom, ale nie wierzyli. Pewnego dnia po wyjściu z łazienki dosłownie czołgałam się do pokoju bo nie mogłam utrzymać równowagi na stojąco, serce dalej biło jak szalone. Później kolejna taka sytuacja, doszłam ledwo do pokoju i padłam, byłam pewna, że dostane zaraz zawału, nie mogłam wykrztusić z siebie słowa, więc kopałam w ścianę, żeby obudzić mamę w sąsiednim pokoju. Przyszła, przeraziła się, trochę się już uspokoiło, ale dalej głupio nie wezwałyśmy pogotowia, ja nauczona nie histeryzować powiedziałam, że zaraz mi przejdzie i przeprosiłam za zbudzenie, a ona uszanowała moje zdanie.

Rodzice dalej nie do końca wierzyli, że to czad, bo im nic nie jest, więc jak to możliwe (zaznaczę tu, że kopcą fajki jak stare lokomotywy). Aż pewnego razu wróciłam do domu późno, poszłam się od razu myć, po chwili zakręciło mi się w głowie, ale zwaliłam to na to, że byłam lekko wstawiona. Straciłam przytomność. Obudziłam się w szpitalu. Okazało się, że to jednak było zatrucie tlenkiem, prawdopodobnie trułam się od dawna małymi stężeniami. Przyjechała straż pożarna, okazało się, że tego dnia stężenie było wysokie.

U nas przyczyną była zatkana kratka wentylacyjna. Spędziłam ponad tydzień w szpitalu, mogłam mieć uszkodzony mózg (na szczęście tak się nie stało) nasłuchałam się jak to prawie nie dostali zawału jak mnie wyciągali nagą, mokrą, nieprzytomną z wanny, jak się potem zarzygałam i zasrałam. Więc do wszystkich tu obecnych posiadających piecyk gazowy, zakładajcie czujniki! A rodzicom radzę słuchać swoich dzieci, czasem to one mają rację.
Dodaj anonimowe wyznanie