#cifdD
Ludzie, gdy im się nudzi, to dłubią palcem w nosie. Ja wkroczyłem chyba na wyższy poziom, bo grzebię językiem w nosogardle i potrafię już dojść do przewodu nosowo-garłowego. Z początku wyglądało to, jakbym grzebał językiem w zębie, ale już doszedłem do takiej sprawności, że siedzę obok kogoś i ta osoba nie zdaje sobie sprawy z tego, co właśnie robię ;D
#FeUw0
Nie zalała mnie fala uczuć po porodzie. Już w ciąży nienawidziłam tekstów w stylu: dziecko ci tę ciężką ciążę wynagrodzi, zobaczysz, jakie to szczęście. Teraz nienawidzę pytań, czy jestem szczęśliwa... Czemu? Bo ludzie nie tolerują i nie rozumieją innej odpowiedzi niż: „Tak, bardzo”. Gdy tylko próbuję dać upust prawdziwym emocjom i uczuciom, napotykam wzrok z wielkim znakiem zapytania. Nie znoszę tego, w jaki sposób moja mama odnosi się do wnuczki, jakby była cudem świata, a nie jest. Karmię, a ta stoi i się gapi na nią i cały czas „Ach, ach i och, och”. Czuję, jakby ta mała istota zabrała mi wszystko — życie, męża (pracuje, więc czasem musi się wyspać i śpi w drugim pokoju), przyjemności, a w zamian dała tylko wrzask.
Mąż się martwi, że mam depresję. A ja nie mam depresji. Po prostu o 22, po 10 godzinach walki z rozdartą istotą, mam już wszystkiego dość i jedyne, na co mam siłę, to bezmyślne patrzenie się w przestrzeń. Mąż mi bardzo pomaga — zmywa naczynia, sprząta, w weekendy przejmuje trochę opieki nad małą, bardzo mnie kocha i ją też.
Nie wiem, czy ja kocham tę istotę. Tyle lat starań, tyle męczarni w ciąży i nic...
Jestem urodzoną optymistką, świat zawsze widzę na różowo, zawsze uśmiechnięta i zadowolona z życia, a dziś czuję się najbardziej beznadziejną matką na świecie. I uśmiechu coraz mniej na twarzy...
#FpHgy
#x4P9E
#eBsX7
#PVDwq
Tyle że moją nietypową zachcianką było pójście na ryby... Nigdy tego nie robiłam, mój mąż też nie łowi, a ja ot tak sobie pomyślałam, że to będzie fajna zabawa 😂
#xaydD
Po wojnie rodzina w czasie wielkich przesiedleń uciekła i osiadła w Polsce, udając
zgermanizowanych Polaków ze Śląska wracających z przymusowych robót.
Jak to mówią, pod latarnią najciemniej. Oczywiście o tym nikt nie wie i nikt nigdy się nie dowie.
#Ekdlt
Jako mały brzdąc uwielbiałam bajki, wtedy na topie był „Tarzan”. Na jednej z lekcji dostaliśmy na zadanie napisać jakieś pytanie do wybranej postaci z książki czy bajki. Rodzice rzadko pomagali mi w lekcjach, bo nie było takiej potrzeby. Napisałam zadanie i na następny dzień każdy miał przeczytać na głos swoje pytanie. Zgłosiłam się jako pierwsza i z dumą powiedziałam, że adresuję pytanie do Jane z „Tarzana”, po czym na cały głos spytałam: „Jak radzisz sobie w dżungli bez podpasek i tamponów?”.
Pytanie niby zwykłe, niestety nauczycielce nie podeszło... na szczęście moi rodzice podeszli do tego z humorem i nie było żadnej kary.
#GPsb6
Pamiętam jedną z takich kar upokarzających. Połowa lat 80. Odwiedziła nas rodzina, aby obserwować i ewentualnie adoptować. To był istny hype dla dzieci. Dom z jak najlepszej strony — porządnie posprzątany, najlepsze ubrania, wyjątkowo dobre jedzenie, żeby pachniało, kałuże polikwidowane, na ile się dało, bo była deszczowa jesień. Wszyscy nosiliśmy kalosze. Na tę porę roku nasze najlepsze obuwie. Goście patrzą na nas podczas jedzenia. Wszyscy są bardzo grzeczni. Ja miałem karę. Musiałem stanąć, wyciągnąć nogawki z kaloszy, a wychowawczyni napełniła moje kalosze już nie gorącą zupą. Moje miejsce było niedaleko gości, w gumowcach mi chlupało. Wstydziłem się. Taka kara zdarzyła się po raz pierwszy. Nie wiedziałem, co robić, i ze wstydu nie chciałem jeść. Poza tym i tak nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Czegoś takiego u nas nigdy nie było. Wychowawczyni zabrała mi talerz, kazała zdjąć kalosze i zjeść zupę łyżką przy gościach prosto z buta. Później bardzo, bardzo gorzko płakałem, a kilku chłopaków się ze mnie śmiało. To upokorzenie było straszne.
Gdy trafiłem do domu dziecka, byłem najmłodszy. Większość innych dzieci z tego korzystała. Często zrzucali winę na mnie, nierzadko bili mnie okrutnie, gdy wcześniej dostali lanie od wychowawcy. Były też dzieci, które czasem mogły mi pomóc, ale prawie zawsze byłem sam i musiałem wszystko znosić z pokorą. Byłem typowym chłopcem do bicia. Później, z zemsty, podczas dyżuru w kuchni, dodawałem do garnka, z którego jedli niektórzy chłopcy, środek do udrażniania rur lub inne substancje/trucizny, które tam były. Czasem trafiało to też inne dzieci, które jadły z tego garnka. Dziś jest mi bardzo przykro. Nikt nie umarł, ale czasem połowa domu miała problemy z bólem brzucha itp. Zawsze podejrzewałem, że to moja wina. Nie wiem, ile szkody tym dzieciom narobiłem i czy miały potem problemy zdrowotne. Muszę płakać, gdy to piszę. Chciałbym to tak bardzo cofnąć, bo łamie mi to serce. Dziś patrzę na to z dystansu i wiem, że dzieci tylko odtwarzały to, czego same doświadczyły, a później ja też. Jak mogę to naprawić? To dręczy mnie dzisiaj i zajmuje cały czas. :(