Jakiś czas temu byłem na praktykach weterynaryjnych w pewnym zoo. W jednym pomieszczeniu była lwiczka, powód jej pobytu tam był mi bliżej nieznany, ale wyglądała na zdrową, poza tym, że była na dość mocnych środkach uspokajających.
Byłem tam z jednym kolesiem, który mnie uspokajał, że "spokojnie, na pewno nas nie zje". No i powiedział, że mogę ją nawet dotknąć jak chcę, nie powinna zareagować. No i ją pogłaskałem delikatnie po głowie, bo ile razy w życiu można pogłaskać lwa.
Po chwili gość, który był ze mną wyszedł i powiedział, że zaraz wróci.
No to zostałem sam, rozglądam się po sprzęcie, po oknach. I nagle za moimi plecami bum! Już myślałem, że lwica się obudziła. Odwracam się i okazało się, że to jej dość duży ogon zsunął się ze stołu i walnął w metalowy bok.
Popatrzyłem na jej tylne łapy i stało się coś, czego nigdy bym nie przewidział. Nigdy nie interesowała mnie zoofilia, wręcz była obrzydliwa. Ale tym razem, to nie było takie zwykłe domowe zwierzę i coś nagle we mnie zaskoczyło. W sumie nigdy nie posądził bym siebie o to.
No i... Chciałem zobaczyć ją tam, między łapami, pod ogonem. Czemu? Bo to był lew? Bo coś w nim było szczególnego? Nie wiem.
Rozchyliłem jej łapy i popatrzyłem.
Czemu mnie to kręciło?
Ale poczułem taki dreszcz w brzuchu i chciałem zobaczyć, jak to jest tam w środku.
Więc... wziąłem palca i wsadziłem do... środka. Poruszałem kilka razy. W tym czasie zrobiła się bardzo mokra wewnątrz i zaczęła wydawać takie dźwięki...
Po chwili się opamiętałem i w sumie trudno powiedzieć, o czym wtedy myślałem.
Zaraz potem przechyliłem ją z powrotem na bok i czekałem, dopóki tamten koleś nie przyszedł.
Do teraz często o tym myślę i zastanawiam się, co mnie do tego popchnęło.
Regularnie oddaję krew. Poszedłem do RCKiK, ankieta, krew do badań, pogadanka z lekarzem.
- Waga dalej taka słaba? (Tutaj muszę nadmienić, że zawsze byłem, jak ja to lubię określać, "oszczędnie zbudowany", ale teraz i tak nie jestem nawet blisko mojej najniższej wagi).
- Taaak.
- No to jeszcze posłuchamy serducha.
Podciągnąłem do góry t-shirt i w tym momencie lekarka wpadła w histeryczny śmiech. Nikt nigdy wcześniej tak nie zareagował na mój widok...
Dzwonie do babci...halo?? haloo??
- Wnuczuś, umieram...
Jadę na złamanie karku, a tu co?? Babcia pali jointa.
Była dziewczyna chce mnie zniszczyć.
Z Olką zacząłem się spotykać dwa lata temu. Układało nam się nieźle, chociaż ona jest dość humorzasta. Piekło zaczęło się, kiedy straciła pracę. Podłamała się, nie bardzo chciała spróbować czegoś nowego. Wspierałem ją, podnosiłem na duchu. Już wcześniej miała problemy z zazdrością, ale wtedy to przekroczyło granice. Niemal każda kobieta, z którą miałem do czynienia w jej oczach była moją kochanką. Żadne racjonalne argumenty i rozmowy nie pomagały. Nieważne, że sekretarka u mnie w pracy ma męża i dzieci i jest ode mnie starsza. Olka potrafiła zrobić sceny bo byłem zwyczajnie uprzejmy dla kasjerki, kelnerki czy bibliotekarki. Nawet o to, że przytrzymałem drzwi sąsiadce i balkoniku zrobiła scenę. Nie chciała nigdzie wychodzić, ani żebym ja raz na miesiąc wyszedł z kumplem na piwo. Najchętniej wolała żebym został w domu i powtarzał jak ją kocham i jaka jest wspaniała. Pytała o to po sto razy dziennie. Domagała się, żebym pisał z nią kiedy jestem w pracy.
Kiedy odkryłem, że zainstalowała mi aplikację śledzącą w telefonie, poprosiłem by poszła do psychologa. Awantura trwała dobre trzy godziny. Próbowała pobić mnie deską do krojenia. Zerwałem. Ponieważ szantażowała mnie psychicznie, zablokowałem ją gdzie się dało. Myślałem, że odpuściła dopóki nie związałem się z Niną. Przy niej odżyłem. Jesteśmy dla siebie wzajemnym oparciem, każdy problem możemy przedyskutować jak normalni ludzie, bez dzikich scen. Olka niestety chce to zniszczyć. Najpierw kłamała, że ją biłem i gwałciłem, nie pozwalałem pracować. Kiedy to nie pomogło, naopowiadała matce Niny, że była ze mną w ciąży, ale zmusiłem ją do aborcji. Na szczęście sprawę udało się wyjaśnić.
Obserwuje nasze mieszkanie. Ponieważ ją poblokowaliśmy, codziennie przysyła listy pocztą. Że wie, z jakimi dzieciakami pracuje Nina, wie która to szkoła. Wie, że że jej mama dawno temu odeszła od męża alkoholika i teraz ma nowego partnera. Wyśmiewa moich rodziców rodziców (ojciec mechanik, matka krawcowa). To ostatnie mnie wkurza, ale nie widzę powodu do wstydu z powodu rodziny i tego, że mieszkają w małym miasteczku. Byliśmy na policji, ale powiedzieli, że posiadanie takich informacji nie jest karalne, podobnie jak patrzenie w stronę naszego mieszkania. Olka twierdzi, że odpuści jeśli rzucę Ninę. Nie zrobię tego, kocham swoją dziewczynę, chcę się oświadczyć. Boję się tylko, że Olka coś jej zrobi, bo Olka ją prawdopodobnie śledzi. Ale przecież przebywanie w tym samym sklepie czy parku nie jest przestępstwem, chociaż zdarza się to bardzo często. Kiedy mogę, towarzyszę Nince, wiem że zaczyna się bać.
Ostatnio na siłowni zobaczyłem, że jakaś dziewczyna źle używa jednego z przyrządów, więc podszedłem do niej, żeby pokazać jej, jak to robić, bo mogła poważnie uszkodzić sobie plecy, przez to co robiła. Opierniczyła mnie z góry do dołu, że jestem oblechem, który chce jej pokazać, że jest od niej ważniejszy i przez to pokazać się jej jako jakiś heros i ją przelecieć na poczekaniu w szatni i że to najobleśniejszy sposób podrywu, jaki mogłem sobie tylko wymyślić itd.
Nawet nie wiem, czy to brać do siebie, bo jestem gejem.
Czasami, czując się samotna, głaszczę sobie policzki i włosy, wyobrażając sobie, że to mój chłopak.
Liceum. Międzyszkolny konkurs z pierwszej pomocy.
Moja klasa totalnie bez doświadczenia, ale ambitnie wystawiła "drużynę ratowników" jako że konkurs w naszym mieście, więc zobowiazywał.
Konkurs na ośrodku nad jeziorem, ogólnie dobry klimat.
Tyle że my kompletnie "zieloni" w tym fachu. Co prawda pan od PO nas trochę szkolił, ale tylko kredą po tablicy.
Konkurs. Nasza kolej.
Aktorka udaje poparzoną po wypadku samochodowym. Stajemy przy niej. Wpadłem jedynie na pomysł, żeby "polewać" oparzenie wodą. Leję, leję, leję. W końcu aktorka nie wytrzymała i krzyczy "Zróbcie coś więcej, bo będę oszpecona i nikt mnie nigdy nie zechce!".
Na to odpaliłem "Nie martw się, ja cię zechcę". Moja drużyna już brecht.
Ofiara nie dała się zbić z pantałyku "Ale ja cię nie chcę!!".
"No to zostaniesz zakonnicą!" rzuciłem na odchodne i na tym się skończyła nasza pierwsza pomoc.
O dziwo, nie zajęliśmy ostatniego miejsca w konkursie...
Market budowlany, okres przed Bożym Narodzeniem, kasa "choinkowa" na dworze, pizga złem, wszystko nas wkurwia, ale przychodzi klientka, która postanowiła nas ogrzać.
- Karpie macie?
- Taak, na dziale sanitarnym w wannach.
Uwierzyła.
Sytuacja działa się gdy miałam 10 lat.
Od zawsze w moim domu były jakieś zwierzaki: koty, rybki, chomiki itp., jednak na psa mama nigdy mi nie pozwoliła, bo uważała, że to zbyt duży obowiązek jak dla 10-letniego berbecia, a poza tym to szybko mi się znudzi codzienna opieka nad psem. Z czasem udało mi się jednak ją przekonać i postanowiłyśmy wziąć szczeniaka ze schroniska. Wybór padł na małą kuleczkę, która nazwałam Mela.
Moje szczęście trwało krótko, bo w ciągu 2 dni Mela zachorowała. Zaczęło się od biegunki (dla szczeniaków to bardzo niebezpieczne), potem doszło osłabienie, brak apetytu.
Ze względu na to, że była wzięta ze schroniska, to właśnie oni ufundowali wizytę u weterynarza, a nawet poszła z nami kobieta, z którą załatwiałyśmy sprawy adopcji. Mela dostała zastrzyki, jej stan się poprawił i wydawało się, że najgorsze już minęło.
To co stało się potem zapamiętam do końca życia.
W nocy miałam sen. Śniło mi się, że byłam w lesie na spacerze z psem. Niestety nagle potknęłam się i wpadłam do jakiegoś dołu. Mela była na powierzchni i starała się mnie wyciągnąć (nie puściłam smyczy).
W momencie gdy już wychodziłam, to ona się poślizgnęła i wpadła. Nie udało mi się jej wyciągnąć. Obudziłam się w momencie gdy puściłam smycz. Wtedy też zobaczyłam, jak moja mama wynosi z pokoju Melę, która już się nie rusza.
Jedyne co pamiętam potem to to, jak płaczę i ze zmęczenia ponownie zasypiam.
Wiem, że sen nie miał nic wspólnego z rzeczywistością, ale wewnętrznie do tej pory czuję jakbym ją zawiodła, że to co się stało jest moją winą, że gdybym nie puściła smyczy, to dalej byłaby ze mną.
Kilka tygodni później moja mama dowiedziała się, że miot szczeniaków z których pochodziła Mela nie przeszedł nawet kwarantanny, zanim trafił do nowych rodzin. Wina schroniska? Nie wiem. Wiem, że na zawsze zapamiętam tego szczeniaka.
Z paranormalnych.
Jakiś czas temu wracałem autobusem na weekend do mojej rodzinnej miejscowości. Słońce szybko zachodzi, więc już o piątej panują egipskie ciemności. Zmęczony patrzyłem na nocną aurę krajobrazów. Oprócz mnie jechało jeszcze ok. 10 osób. Nagle zauważyłem, że z jednej z bocznych ulic jedzie oświetlony jak choinka na święta tir. Zbliżał się do głównej ulicy. Nie zwalniał. Wypadek murowany. Z przerażeniem przykleiłem twarz do szyby. Tir nadal pędził. Na dodatek oszacowałem, że prawdopodobnie uderzy akurat we mnie. Zacząłem robić rachunek sumienia, żałować swego krótkiego życia, kiedy się stało coś dziwnego. Ten tir DOSŁOWNIE przejechał przed moim nosem przez autobus i zniknął, kiedy spojrzałem w drugą stronę. Rozejrzałem się po autobusie. Nikt nawet nie drgnął, lecz wszyscy patrzyli jak na wariata (mówię o 4 osobach w zasięgu wzroku). Myślałem, że to było tylko złudzenie. Później dowiedziałem się, że rok wcześniej w tym miejscu był wypadek: tir uderzył w bok autobusu.
Dodaj anonimowe wyznanie