Pomimo tego, że od około pięciu lat jestem w szczęśliwym i zmierzającym do ślubu związku, po alkoholu wychodzi ze mnie ladacznica. Nigdy nie zdradziłam swojego narzeczonego, ale nieraz po kilku głębszych, kiedy na imprezie byłam sama, przeszło mi to przez myśl. Najgorzej jest wtedy, gdy w takiej sytuacji pojawi się jakiś adorator.
Podczas ostatniej imprezy resztkami silnej woli powstrzymałam kolesia od pójścia kilka kroków za daleko. Facet poprosił mnie do tańca i pchał rączki, gdzie nie powinien.
Zamiast dać mu od razu po łapach, tańczyłam z nim dalej i uciekłam dopiero w momencie, w którym zorientowałam się, że szykuje się do całowania.
Nie wiem, czy gorsze jest to, że po alkoholu włącza mi się mała zdzira, czy to, że moje koleżanki twierdzą, że to flirt i każdy może sobie na to pozwolić.
Byłem ze znajomą w mieście, a że mieszkamy na wsi i za kilka minut mieliśmy mieć ostatniego do niej busa, to strasznie się martwiłem, że nie zdążymy. Padał deszcz, tramwaj był za późno, a w taką pogodę biegnięcie kilometr do przystanku to istny dramat, szczególnie że głupio by mi było znajomą zmuszać do tego. Zobaczyłem na pasach taksówkę bez klienta, więc zatrzymałem ją i spytałem, czy nas podwiezie. Taksówkarzem okazał się sympatyczny facet. Podwiózł nas na przystanek i powiedział, że nie musimy płacić, bo miał po drodze i miło się rozmawiało. Podziękowałem za podwózkę i życzyłem dobrej nocy. Facet odjechał, a my czekaliśmy spokojnie na transport do domu.
Do tej pory myślałem, że taksówkarze to nic tylko krzyczą, trąbią i zajeżdżają drogę. Myliłem się. Naprawdę się cieszę, że w tym kraju jest wielu ludzi, którym nie jest obca dobroć i chęć pomocy drugiemu człowiekowi :)
Pracowałam jako sprzątaczka u bardzo bogatych ludzi. Pan X, właściciel bardzo dużej firmy, pracuje w Warszawie, ale wraca do domu późno lub wcale, bo często nocuje w apartamencie, który mają w samym centrum. Pani X oficjalnie jest sekretarką Pana X, ale przez półtora roku naprawdę nigdy nie widziałam jej robiącej cokolwiek innego niż codzienne zawożenie dzieci (niemal dorosłe) na każde zajęcia pozalekcyjne/uczelnie/do znajomych/na zakupy.
Opiszę kilka przypadków, które spotkały mnie podczas tej pracy.
W łazience córek notorycznie znajdowałam niespuszczoną wodę w toalecie zatkanej fekaliami i towarzyszący temu straszliwy smród, lub resztki odchodów tak zaschnięte na ścianach muszli, że aby doczyścić sedes, musiałam szorować go 20 minut. Standardem był ogólnie syf w łazience – ręczniki na podłodze, spodnie ściągnięte razem z bielizną w kącie, pasta do zębów zaschnięta na blacie, niewyrzucone aplikatory do tamponów w bidecie. I totalny brak szacunku, szczególnie starszej córki, do rzeczy – drogie kosmetyki wiecznie rozwalone na blacie, pokruszone cienie, połamane pudełka, ubrania za tysiące złotych przepocone, skotłowane w wielką kulę, upchnięte na półkach w garderobie. Kiedyś, kiedy znajdowałam takie stosy ubrań, segregowałam je i dawałam do prania. Przestałam, kiedy wśród nich znalazłam bieliznę z zakrwawioną podpaską :/
Umówiłam się z państwem X, że posprzątam po osiemnastce, którą starsza córka urządziła w domu. Kiedy dziewczyna odsypiała w mieszkaniu ojca, a rodzina moczyła tyłki w basenie w Dubaju, ja przez 10 godzin czyściłam zawalone fekaliami i wymiocinami zlewy i wanny, próbowałam wyłowić śmieci z basenu i szorowałam podłogi lepiące się od alkoholu i popiołu papierosowego.
Wielokrotnie zdarzało mi się zastać w pokoju dziewczyn dosłownie gruzowisko rzeczy z kartką „Proszę posprzątać, bo wieczorem przychodzi korepetytor/koleżanka”.
Kilka razy byłam proszona przez panią X o odbiór zamówionych przez nią rzeczy w sklepach. Raz dostałam za mało pieniędzy, żeby zapłacić za zakupy. Po powrocie z pustymi rękoma usłyszałam wykrzykiwanie: czy jestem idiotką, przecież mogłam już zapłacić ze swoich, a teraz ona będzie musiała latać po mieście i nie za to mi płaci. Jakoś głupio mi było przyznać, że 600 zł to dla mnie nie takie grosze i nie noszę tylu pieniędzy przy sobie w portfelu.
Raz pod nieobecność państwa X z wizytą przyszła matka pana X. Na moje „dzień dobry” nic nie odpowiedziała, a kiedy przyszła pani X, byłam świadkiem wywodu: „Kto to widział, żeby szanująca się pani domu zatrudniała TAKĄ służbę (!), z daleka widać, że zatrudniła taką WYWŁOKĘ tylko po to, żeby przyłapać jej syna i to będzie wyłącznie jej wina, jeśli on poleci na te wielkie cyce” – w momencie gdy usłyszałam te słowa, trzasnęłam drzwiami i wyszłam. Reszty wypłaty nie dostałam.
Ludzie „na poziomie”. Taa...
Na co dzień jem różne dania, pochodzące z różnych kuchni z całego świata. Co w tym anonimowego?
A to, że przy spożywaniu konkretnego typu posiłku, w głowie „odpalają” mi się teksty charakterystyczne dla danego kraju/regionu. Na przykład kiedy jem sznycle/kiełbasę z kapustą/ziemniakami, to wykrzykuję coś w stylu: „JA JA GUTEN SCHNIZLEN NATÜRLICH GUT GUT”. Kiedy jem przykładowo makaron czy pizzę, to zdarza się mi wykonywać typowy włoski gest lub powtarzać sobie w kółko: „PIZZA/MAMMA MIA/ITALIANA”. Jednak absolutnym hitem jest u mnie jedzenie schabowego z ziemniakami i surówką, kiedy już normalnie powtarzam w kółko: „KURŁA, ALE TO DOBRE, PRYMA SORT TEN SCHABOSZCZAK” i tym podobne.
Takie o dziwactwo.
Kiedy byłam mała, ciągle się czymś krztusiłam. Mama wtedy mówiła, że „poleciało nie do tej dziurki”. Wynikiem tego było moje przekonanie, że ludzie posiadają dwa osobne przełyki — jeden na picie, drugi na jedzenie. W błędzie żyłam przez długie lata.
W moim domu nie było haseł do telefonu, komputera, wszystko było dostępne dla wszystkich. Jak urządzenia elektroniczne zaczęły wymuszać ustawienie hasła, rodzice ustawili sobie w smartfonach proste do zapamiętania hasła, takie same dla jednego i drugiego, znane wszystkim w domu. Moi rodzice zawsze mieli wspólność majątkową i mój tata nigdy nie dał odczuć mojej mamie, że wnosi mniej do wspólnego budżetu, mimo że ma pensje z 6 razy większą. Przeciwnie, zawsze jak pytałam, jaki jest sens w tym, że mama pracuje, mówił, że mają ten komfort, że z jej pensji opłacą wszystkie rachunki i inne opłaty stałe, a jego pensja w całości zostaje na inne wydatki i że to dużo wnosi. I że niejeden raz ta jej pensja była czynnikiem decydującym, pozwalającym im coś zrobić. Moi rodzice dzielą się obowiązkami domowymi względem predyspozycji — w sezonie letnim, gdy jest jakaś cięższa, bardziej specjalistyczna praca do wykonania na ogródku, mama przejmuje od taty część jego sprzątania. Jeśli mama musi zostać dłużej w pracy, tata przejmuje część jej obowiązków. Nie mają przyjaciół przeciwnej płci, którym narzekają na partnera — problemy w związku starają się rozwiązywać między sobą.
Rodzice są dla mnie wzorem udanego małżeństwa i w swoim podejściu do związku wymagam tego samego. Dodatkowo cisnę na bezpośrednią komunikację, bo z tym rodzice czasem mieli problem. Znalazłam kogoś, kto spróbował wejść w ten tryb i odnalazł się w tym bardzo, ale jak widzę, jak wielu ludzi taki model związku przeraża, to ja jestem przerażona. Rozumiem stawianie granic i zachowanie indywidualizmu w związku, ale mnóstwo osób teraz powołuje się na to, usprawiedliwiając brak zaangażowania w związek. Osobne konta i składka na czynsz, bo „będzie łatwiej zrobić podział w razie rozwodu”. Przyjaciel przeciwnej płci do zwierzeń i jako opcja awaryjna, jakby nie wyszło z partnerem. Dbanie na każdym etapie, żeby się za bardzo nie uzależnić od partnera, żeby mniej bolało w razie rozstania. A potem płacz, bo nie mogą utrzymać związku i nie wiedzą, co robią nie tak, nie mogą liczyć na partnera, nie czują, że partner się w 100% angażuje. Jak na każdym kroku rozważa się wszystko pod kątem potencjalnego rozstania, to jak ten związek ma wyjść? Trzeba trochę wyjść z tzw. strefy komfortu, pójść na kompromisy, skoczyć na głęboką wodę. Myślę, że w pewnym momencie trzeba po prostu pójść na całość, bo inaczej to nie ma sensu. Można albo żyć, albo się całe życie bać. Ja znalazłam kogoś, kto się odważył, ale jak patrzę, jak to postępuje (choć może tylko ludzie więcej o tym mówią), to boję się o swoje dzieci, jak znajdą partnera.
Koleżanka ostatnio sprzedała mi patent na opędzenie się od zaczepiających (głównie na przystankach) wszelkiej maści żulików i patusów. Gdy podchodzi taki i zabiera się za podryw typu „cześć, maleńka”, ona spokojnie odpowiada, że ma 14 lat — praktycznie każdy odchodzi bez słowa. Spróbowałam więc i ja, a jako że wyglądam na te naście lat, to raczej nikt by nie podejrzewał, że kłamię. I powiem Wam — nigdy więcej.
Pierwsza próba zakończyła się tym, że pan patol zgromił mnie wzrokiem, po czym zapytał, czy mama wie, że się maluję do szkoły.
Druga była jeszcze gorsza — żul wyraźnie się rozochocił i jeszcze bardziej próbował mnie poznać.
Historia, którą poza uczestnikami zna może jedna osoba, czas na was!
Ja mały berbeć, będący w okolicy pierwszej klasy podstawówki, moi kuzyni i brat byli już w okolicach gimnazjum, więc chciałem im zaimponować.
Był wieczór, ja już w piżamie, graliśmy w popularną grę: „Pomidor”. Jako iż przypadła moja kolej na rozśmieszanie wszystkich, próbowałem coraz to nowych sposobów, ale wszystko na nic, wszyscy mówili tylko: „Pomidor”...
Wyciągnąłem broń ostateczną... Mój mały móżdżek wpadł na genialny pomysł – zacząłem udawać samochód rajdowy i zmieniałem biegi. Tak, za lewarek posłużył mi mój mały...
Wszyscy poskładali się ze śmiechu, wygrałem, ale nigdy więcej w to nie graliśmy.
Mówi się, że młode pokolenie jest coraz bardziej oddalone od siebie, pochłonięte smartfonami. Że zanikają proste ludzkie gesty, że młodzi stają się coraz mniej empatyczni. Tymczasem moja matka nie potrafi zrozumieć, dlaczego mój brat ogłasza na stronach z ofertami, że odda parę rzeczy za darmo, bo przecież łatwiej je wyrzucić.
W moim liceum zajęcia z HiS-u prowadził profesor z tendencją gubienia wszystkiego: gubienia kartek, zadań, wątku, chronologii wydarzeń, planu zajęć. Mówił, jąkając się, nudząc i zacinając się przy tym. Jednocześnie był bardzo naiwny, dlatego grupa w krótkim czasie zaczęła to wykorzystywać – wagary i opuszczanie zajęć były na porządku dziennym. Nikt nie uważał na jego zajęciach, każdy zajmował się rozmową i swoimi sprawami, nie brakowało również żartów z profesora (często podłych i nie na miejscu). Było mi go żal, bo był bardzo pogodny, sympatyczny i posiadał naprawdę dużą wiedzę, dlatego zaczęłam być aktywna na jego zajęciach. Dyskutowałam, pomagałam, robiłam wszystkie zadania, o które prosił, a także ponadprogramowe prezentacje. Chciałam, by poczuł się choć trochę potrzebny, a jego i mój czas nie był zupełnie zmarnowany.
Mam nadzieję, że wśród młodszych roczników również pojawił się ktoś, kto pomagał profesorowi.
Dodaj anonimowe wyznanie