#KJMvp

Mam 15 lat i mam astmę. Nie jest to astma, która uprzykrza mi życie, jednak jej łagodniejsza odmiana, przez którą po prostu częściej łapie mnie zadyszka. Jako osoba z astmą muszę od czasu do czasu uczęszczać na spirometrię. Spirometria polega na wydmuchiwaniu powietrza do takiej rurki, która podłączona jest do komputera, a tam pokazują się różne wykresy i takie inne. Mam nadzieję, że mniej więcej dobrze wytłumaczyłam. 

Dzisiaj również miałam takie badanie. Wchodzę sama do gabinetu, siedzą w nim dwie kobiety. Jedna mnie mierzy, waży, później każe mi usiąść — daje mi instrukcje. Najpierw mam oddychać powoli, później nabrać duuuużo powietrza, a później szybko i gwałtownie wydmuchać. Robię to, co muszę, najlepiej jak potrafię, jednak pani nie wygląda na zadowoloną. Podjeżdża do nas ta druga pani na swoim rumaku (krześle obrotowym). Zaczyna mi znowu tłumaczyć, przy czym mówi: „Nie starasz się, za szybko przerywasz, a ty masz wydmuchiwać cały czas”. No to pytam się jej, jak mam niby wydmuchiwać powietrze, skoro po prostu już go w płucach nie mam. Na to ona odpowiada, że nieprawda, że ja tylko tak sobie wmawiam. Fajnie... Druga próba. Panie są jeszcze bardziej niezadowolone, słyszę zarzuty: „Nie starasz się, nie słuchasz, co do ciebie mówimy, nie wydmuchujesz nawet 60%”. Zdenerwowałam się, chyba każdy by to zrobił, jak ktoś próbuje mu wmawiać coś, co nie jest prawdą.  Próba trzecia. Lecimy. Dmucham i dmucham, prawie płuca wypluwam, jednak panie są oburzone. Znowu krzyk, że to, co ja robię, to się w ogóle nie kwalifikuje, strata czasu (no tak, przecież gdyby nie ja, to mogłyby sobie pić kawkę), co one lekarzowi pokażą. No i ogółem twierdzą, że mam wszystko gdzieś. Próba czwarta — wyniki beznadziejne. Panie siedzą przy tym komputerze i biedne główkują, jakie beznadziejne te wyniki i co one teraz mają zrobić. Najbardziej wkurzyło mnie to, że chyba nie wpadły na to, że może skoro wyniki są tak złe, to może coś w związku z moim zdrowiem się pogorszyło. Od razu założyły, że po prostu mi się nie chce.

Wyszłam z gabinetu wściekła, z wynikami w ręku i rzuciłam je mamie na kolana. Mama z początku nie wiedziała, o co chodzi, jednak wskazałam jej to miejsce palcem. Otóż pani z krzesła obrotowego, której zresztą w ogóle do gustu nie przypadłam, postanowiła dodać komentarz do wyników badania, który brzmiał: „Brak współpracy ze strony pacjentki”. No cóż, ja to zostawię bez komentarza.

#zO1eS

Moja babcia nie potrzebuje anonimowych — wprost i bez żadnego skrępowania opowiada znajomym, że nie zdążyła dobiec do toalety i miała „wszystko w gaciach”. Potrafi też opowiadać mi historie tego typu, kiedy coś akurat jem... 
No cóż, widocznie zagorzale wyznaje zasadę „człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce”.

#6cOLR

Mam 34 lata. Mój ojciec umarł, gdy byłem mały. Nie widywałem się z nim. Po jego śmierci praktycznie nic o nim nie wiedziałem. Odwiedzałem jego grób, starałem się dowiedzieć czegokolwiek o jego życiu. Zero informacji. Po czasie o nim zapomniałem, poszedłem na studia. Matka się mną nie interesowała, z niechęcią opłacała moją edukację. Na trzecim roku studiów znalazłem pracę jako informatyk. Przestała mi wysyłać pieniądze, ja przestałem się z nią widywać. Poznałem super dziewczynę, skończyłem studia.
Kilka lat po studiach skontaktował się ze mną jakiś gość. Zadawał wiele pytań, interesował się moim życiem. Irytowało mnie to, nic o nim nie wiedziałem, a on chciał wiedzieć zbyt wiele. Pewnego dnia, gdy wyjeżdżałem do pracy, zobaczyłem go przed domem. Chwilę porozmawialiśmy – był bratem mojego ojca. Co się okazało? Mój ojciec zajmował się handlem. Po 1989 roku wraz ze swoim bratem dorobili się ogromnego majątku. I właśnie z powodu pieniędzy został zabity. Wuj nie mógł się ze mną spotykać, chciał mnie chronić. 
Tamtego dnia nie pojechałem już do pracy, spotkałem się z bratem ojca i porozmawialiśmy. Zostawił dla mnie dużo pieniędzy. Krążyły one między zagranicznymi kontami, kwota cały czas rosła. Uzbierało się tego naprawdę sporo.

Nie piszę tego wyznania, żeby się pochwalić, sam zarabiam duże pieniądze. O darowiźnie nikt się nie dowiedział. Część zostawiłem dla swoich dzieci, za część uratowałem ponad 20 osób, które przez chorobę były skazane na śmierć. Choć powinienem napisać, że to nie ja je uratowałem. Uratował je mój ojciec, którego grób odwiedzam, kiedy tylko mogę.

#Wr2t7

Gdy prowadziłam zajęcia online, powiedziałam moim uczniom, że nie muszą mieć włączonej kamerki. Pewnego dnia jeden z uczniów wyłączył kamerkę, ale zapomniał wyłączyć mikrofonu. Po 15 minutach zaczęły się odgłosy, jakby ktoś bardzo intensywnie, nazwijmy to, celebrował chwilę sam na sam... Czemu wiem, który to z uczniów podczas lekcji zabawiał się w najlepsze? Tylko on miał włączony mikrofon.

#i0sar

Jestem w związku od sześciu lat, mieszkamy razem od trzech. Mój chłopak jest dobrym człowiekiem, jest kochający, wyrozumiały, cierpliwy, kocha zwierzęta itd. Jeszcze dwa lata temu myślałam, że wygrałam los na loterii, bo mam naprawdę cudownego faceta obok siebie. Jednak nie jest tak kolorowo, jak to wygląda na pierwszy rzut oka... Zaraz będziemy mieli trzydziestkę, a on nie zrobił prawa jazdy. Jest po kursie i kilkunastu podejściach, mówi, że kiedyś znów spróbuje, ale od ponad dwóch lat nic z tym nie robi. Studiuje już od pięciu lat i jest (uwaga!) nadal na trzecim roku! Przez to tkwi w pracy, której nie znosi i która go wykańcza. Mimo wielu zalet widzę u niego niską samoocenę i brak pewności siebie, sam zresztą w nerwach mówił mi, że uważa się za bezwartościowe guano. Jakiś rok temu chciałam mu pomóc i zaproponowałam, żeby porozmawiał o swoich problemach z psychologiem. Nic to nie dało, po dwóch spotkaniach zrezygnował. Z każdym rokiem widzę, że nie dba o siebie i mimo że czuję jego miłość, to przestaje dbać o nasz związek. Priorytetem dla niego jest komputer, potrafi siedzieć pięć godzin dziennie przed monitorem, oglądając filmy na YouTube lub grając w gierki typu LoL. Mimo wielu dziur w zębach od ponad dwóch lat nie był u dentysty, zasłaniając się brakiem czasu. Zwracałam mu uwagę, że gdyby spędzał mniej czasu przed komputerem, to na pewno dałby radę udać się na wizytę. Kiedyś raz w miesiącu chodził do fryzjera, teraz potrafi pół roku „zapuszczać” włosy, oczywiście przez brak czasu. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zaproponował mi kino, spacer, restaurację itp. Wszystkie wyjścia, czy to nasze, czy te ze znajomymi, inicjuję ja. Z drugiej strony kilka razy dziennie mówi mi, że mnie kocha, gdy kładziemy się do łóżka, zawsze mnie przytula i nigdy nie wyjdzie z domu, nie dając mi uprzednio buziaka. Czuję, że kocha mnie naprawdę.

Martwię się, że jest nieporadny, że nie bierze odpowiedzialności za swoje życie, że przestaje mu zależeć na samym sobie. Martwię się, że nie potrafi dorosnąć, że kiedyś nie zapewni naszym dzieciom warunków, a przede wszystkim nie zaoferuje swojego czasu, a życie umknie mu między palcami przed komputerem. A ja zostanę nieszczęśliwą towarzyszką jego zmarnowanego życia. To niewyobrażalnie smutne patrzeć na ukochaną osobę w takim stanie. Kocham go najmocniej na świecie, ale zaczynam martwić się o to, jak będzie wyglądało moje życie u jego boku. Nie wiem, co robić. Gdzie kończy się miłość i oddanie dla ukochanego, a zaczyna myślenie o swoim dobru w przyszłości?

#owcb0

W tym temacie, poruszanym po stokroć, znanym każdemu facetowi, mężczyźnie, chłopakowi... Ostatnia kropla należy do gatek, tak! Ostatnią kropelkę po siusianiu ofiarujemy w majtochy. Ale ja jestem pedantem, jeśli o czystość i higienę sprzętu chodzi, wszak nigdy nie wiadomo, czy niewiasta nieznana nie zechce zająć się owym sprzętem w momencie najmniej oczekiwanym – przezorny zawsze ubezpieczony.
Próbowałem mnóstwa sposobów, oddawałem siusiu na stojąco, siedząco, z jedną nogą do góry i nic. Potem doszły sposoby strząsania, raz i energicznie, mnóstwo razy, trzymając za środek lub nasadę, a nawet końcówkę... Kolejny krok: wycieranie i wyciskanie, nadal ostatnią kropelkę miałem na moich nieskazitelnie czystych bokserkach. Ale eureka, mam, odkryłem i z wami się tym podzielę uwaga, rozwiązanie jest proste i banalnie łatwe.

Po siusianiu strząsamy trzy razy, delikatnie wyciskając i... wkładamy trzy listki papieru do bokserek, chowamy sprzęt i najważniejsze, udajemy się do wyjścia, czyli zapinanie rozporka, wciągnie koszuli itp., i gdy już jesteśmy gotowi na wyjście, na stawienie czoła światu, musimy... wrócić, wyjąć papier z ostatnią kropelką i ponownie udać się ku wyjściu, wcześniej wyrzucając papier do toalety.
Tak, to jedyny sposób, uwierzycie lub nie — moje życie stało się teraz pełne sensu istnienia.

PS Wciąż czekam na tę nieznajomą niewiastę, ale może się okazać, że życie to nie film porno, to mało prawdopodobne, ale gdzieś słyszałem, że te filmy nie są wzorowane na prawdziwych wydarzeniach! Sprawdzę to!

#tjaNS

W wieku 6 lat nie do końca... no dobra, w ogóle nie rozróżniałam jednostek. Wiedziałam tylko, że kilo oznacza dużo.
I tak pojechałam na kolonię i w sklepiku poprosiłam o „dwa gramy tych dużych żelków”. Sprzedawca patrzył na mnie dziwnie, chyba ogarnął, że ja nie ogarniam i wrzucił mi trochę więcej :)

#qcewh

Nigdy nie rozumiałem powiedzenia, że z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu. Mimo różnorakich problemów dnia codziennego układało nam się raczej dobrze. Sens tego powiedzenia zrozumiałem dopiero w ostatnie Boże Narodzenie, gdy okazało się, że rodzice postanowili podzielić swój majątek na dzieci. Oto ich podział:
– młodsza siostra (25 lat, kierowniczka w supermarkecie, od półtora roku mąż i dziecko w drodze): dom rodziców (dwa piętra z ogrodem) w zamian za pozwolenie im na zamieszkanie w dwóch pokojach z kuchnią i opiekę na starość,
– młodszy brat (23 lata, mechanik samochodowy, ma od niedawna narzeczoną): dom po ciotce matki (zmarła bezdzietnie, mama była jej jedyną spadkobierczynią) we wsi kilka km dalej,
– najmłodsza siostra (22 lata, piekarz-cukiernik, od kilku lat ma faceta, planują ślub): mieszkanie po dziadkach w mieście obok,
– ja (31 lat, pracownik salonu jednej z sieci telefonii komórkowej, dziewczyny nie miałem od końca studiów): nic. Zero!

Argumenty rodziców?
– „Bo jak byłeś mały, płaciliśmy czasem kilkaset złotych w miesiącu na twoje lekarstwa, a twoje rodzeństwo nie chorowało”,
– „Bo dawaliśmy ci pieniądze na studia” (jakieś 400-500 zł miesięcznie przez 5 lat – tyle, ile potrzebowałem na wynajem pokoju, poza tym miałem stypendia),
– „Bo oni mają już swoje drugie połówki, są po ślubie albo zaraz będą, najstarsza siostra zaraz zostanie matką, więc im się mieszkania przydadzą”,
– „Bo poszedłeś na studia, ukończyłeś je z wyróżnieniem, więc powinieneś od dawna mieć dobrze płatną pracę, to tylko twoja wina, że jej nie masz”,
– „Bo gdy wyjechałeś na studia kilkaset km dalej, praktycznie wyprowadziłeś się z domu, do niczego tutaj nie przyłożyłeś ręki, no może poza pomocą rodzeństwu w nauce i odprowadzaniu do przedszkola/szkoły, ale to było dawno”,
– „Bo oni na pewno się stamtąd nie wyprowadzą, będą blisko i pomogą nam na starość, a ojciec jest po zawale i ma spore problemy z sercem, a ciebie zawsze nosiło po świecie, więc zapewne nigdy nie będziemy mogli na ciebie liczyć” (od 11 lat mieszkam prawie na drugim końcu Polski),
– „Bo dostałeś od nas 4 lata temu 12-letniego golfa, gdy kupowaliśmy nowe auto” (!)

Momentalnie poczułem się cholernie olany, zapomniany. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że rodzeństwo nie widzi w tym podziale niczego złego i tylko wspomina o kosztach, które generują śluby, dzieci i remonty (każdy z tych domów/mieszkań wymaga dość sporego nakładu pieniędzy). Nie chciałem psuć świątecznej atmosfery, ale byłem mocno oburzony i poruszyłem temat niesprawiedliwości, jakiej wg mnie stałem się ofiarą. Wtedy najstarsza siostra prawie wykrzyknęła, że mogą mnie z mężem spłacać po tysiąc złotych miesięcznie przez kilka lat, ale później mam się nie pojawiać w ich domu. Reszta nie zaproponowała niczego w zamian i unika rozmów ze mną jak ognia.
Dodaj anonimowe wyznanie