Kojarzycie, w jaki sposób Jagienka z „Krzyżaków” łupała orzechy? Podpowiem: własnym kuprem. Odkąd przeczytałam ten fragment jako szczyl, marzyłam, by tej sztuki dokonać. Ćwiczyłam (i ćwiczę nadal) wiele lat. O tłuczeniu orzechów zapomniałam, a cel z marzenia osiągnęłam — twardy zadek.
Przekonał się o tym mój (jeszcze wtedy nie) mąż, gdy w żartach z rozpędu próbował klepnąć mnie w wypięty (i napięty) kuper... Skończyło się na pogotowiu, potężnej opuchliźnie i pokrętnych tłumaczeniach rodzinie i znajomym, że w mur przywalił.
Od tamtej pory mam czułą, sekretną ksywkę – „Betonowy Zad” :).
Gdy wspominam dzieciństwo, zawsze pierwszą myślą są dziadkowie. Dla nich zawsze byłem najważniejszy, dla rodziców — młodszy, nieznośny brat (serio). Zawsze byli gotowi zrobić wszystko, żebym był szczęśliwy, a zawsze jak do nich przychodziłem, dostawałem dość duże sumki, wahające się od 20 zł do 100 zł. Oni się mną opiekowali i otaczali miłością, babcia zawsze robiła szarlotkę, gdy do niej przychodziłem, a dziadek dawał mi (jak już mówiłem) te duże sumki. Przez całe życie mi pomagali, nawet w najdrobniejszych sprawach. Rodziców interesował tylko brat. Tata raz jechał po brata do szkoły oddalonej o około 500 metrów, ale zapomniał o mnie. Ze szkoły do domu miałem 20 km, i jak skończyłem lekcje o 14:30, to wróciłem o 17:30, a warto dodać, że była dość sroga śnieżyca.
Dzisiaj, w podzięce za pomoc, zdecydowałem się spłacić spore długi dziadków. Zaciągnęli je, bo nie wystarczało im na utrzymanie domu, jedzenie, ogrzewanie itd. itp. Na wspólne konto dziadka i babci wpłaciłem 90 000 zł, z podpisem „w podziękowaniu za opiekę”. Choć tak mogłem im podziękować za to, co dla mnie zrobili.
Byłam w 3 klasie zawodówki, straciłam praktyki w lutym... Szefowa co chwilę na nas krzyczała, wyśmiewała drugą praktykantkę za wagę, mimo że sama była grubsza. W pewnym momencie zaczęła na nas krzyczeć, że nie znamy topografii sklepu i że zobaczymy, jak nam pójdzie na egzaminie, już nie wytrzymałam i odpyskowałam: „Jak my nawet kasy nie umiemy włączyć”... i rozwiązała ze mną umowę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że chodziłam i szukałam praktyk, ale na ostatnie pół roku nikomu się nie opłacało. Ja już byłam zrezygnowana, nie przykładałam się do nauki, mimo że kursy zawodowe mam zaliczone... Zostałam skreślona z listy uczniów przez brak praktyk, do liceum się nie mogę przenieść, bo zawodówka nie ma biologii i chemii, więc bym miała za dużo zaległości. Zostaje mi pójście do innej zawodówki, gdzie nikt mnie nie przyjmie na praktyki przez moje oceny...
Jestem chłopakiem, mam 17 lat. Moim problemem jest może nie nadmierna potliwość, ale przykry zapach z niektórych części ciała mimo tego, że codziennie się myję. Zawsze gdy jestem w jakimś miejscu publicznym lub u znajomych i czuję, że mój problem daje się we znaki, idę do toalety, nabieram mydło na rękę, zamykam się w kabinie i czyszczę dokładnie pachy, po czym jak gdyby nigdy nic wracam do towarzystwa. Sam już nie wiem, czy to normalne.
W gimnazjum byłam nieśmiała i podobał mi się jeden chłopak z mojej klasy. Kiedyś usłyszałam jego rozmowę ze znajomymi w szatni, z której wynikało, w której dzielnicy miasta on mieszka. Mimo że mieszkałam spory kawałek od tamtego rejonu, przez kilka miesięcy, gdy tylko miałam trochę wolnego czasu, jechałam tam na rowerze i jeździłam jak głupia w kółko przez kilka godzin, wyobrażając sobie, jak na niego wpadam, mam odwagę zagadać, okazuję się na tyle błyskotliwa, ciekawa i inteligentna, że on też się we mnie zakochuje.
Nigdy na niego nie wpadłam.
Po latach odnowiliśmy kontakt, staliśmy się dobrymi znajomymi i okazało się, że on nigdy tam nie mieszkał, a w rozmowie, którą podsłuchałam, musiało chodzić o kogoś innego :D
Umówiłem się z dziewczyną, która bardzo mi się podobała. W końcu trafiliśmy do niej do domu i kiedy zaczęliśmy się przytulać, rozkleiłem się, po prostu się rozpłakałem jak mała foczka, bo tak bardzo brakowało mi w życiu, żeby ktokolwiek mnie przytulił, żeby od kogokolwiek poczuć bliskość. Jestem żałosny.
Podzielę się z wami moją piękną historią, która zdarzyła się na tegorocznym balu studniówkowym. Dziewczyna mojego kuzyna rozchorowała się i kuzyn został sam, gdy już wszystko było zaplanowane. Zapytał, czy nie wybiorę się z nim. Niechętnie, ale się zgodziłam. Szybko jednak zmieniłam nastawienie, gdy na ostatnich próbach poloneza zauważyłam JEGO. Ten nieśmiały chłopak trzymający się na uboczu zwrócił moją uwagę od razu, był po prostu w moim typie. On sam nie przyszedł z dziewczyną, więc postanowiłam trochę dać mu do zrozumienia, że wpadł mi w oko.
Na studniówce bawiłam się świetnie, cały czas byłam na parkiecie. Poznałam parę osób. Zdążyłam z nim wreszcie zamienić kilka spojrzeń, a przy tańcu posłać tak szeroki i serdeczny uśmiech, jaki tylko umiałam. Chyba podziałało, bo później wodził za mną wzrokiem, myślałam, że zechce mnie zaprosić do tańca. Było już po północy, czas najlepszej zabawy, bo wszyscy już byli „rozweseleni”. Bez wyjątków. To ten moment, kiedy siedziałam sama przy stoliku, a on nieprzerwanie patrzył na mnie. Wreszcie wstał... Ruszył w moją stronę... Poprawiłam włosy, serce troszkę mocniej zabiło.
Podszedł, uśmiechnął się. Oparł się o stół, a ja nachyliłam się w jego stronę, żeby usłyszeć coś w hałasie muzyki. Widocznie zdobył się na odwagę, wziął oddech i wypalił...
– Przeprtszzzam panią... Czy y y widzziała panji jakomśśś... FLASZke?
– Nie, nie widziałam.
– Szkoda...
Karuzeli śmiechu nie było końca...
Cóż, widocznie oboje nie znaleźliśmy swojej połówki. ;)
Zgubiłam klucze od domu i nie mogłam ich nigdzie znaleźć. Powiedziałam mężowi, a ten się trochę wkurzył, bo taka zguba zawsze oznacza wymianę wszystkich zamków — dla bezpieczeństwa, bo nigdy nie wiadomo, czy klucze zginęły, czy ktoś zainteresowany ich nie zwinął. Kilka razy mnie pytał, czy na pewno ich nie mam i czy wszystko przeszukałam. Zarzekałam się, że nigdzie ich nie ma, na pewno. No to trudno, mąż kupił nowe zamki i zamówił ślusarza.
Dzień po wymianie zamków założyłam swoją kurtkę i odkryłam, że w kieszeni mam małą dziurę i wszystko, co do niej wsadzałam, lądowało w podszewce. Klucze też tam były...
Parę lat temu doznałam największego pecha w moim życiu.
Epidemia covid w pierwszym roku pandemii. Doznałam urazu, łamiąc sobie obydwie ręce – jedną w łokciu, drugą w nadgarstku. Tak się pechowo złożyło, że rodzice utknęli za granicą, więc zajął się mną mój 10 lat starszy brat. Przez pierwsze dni prosiłam przyjaciółkę o pomoc w osobistych czynnościach, niestety pech nadal mnie nie opuszczał. U przyjaciółki stwierdzili covid i w związku z tym ja z bratem także trafiliśmy na kwarantannę. Nawet nie wiecie, jaki to wstyd prosić własnego brata o pomoc w toalecie czy pod prysznicem, mimo że był bardzo taktowny, odwracał wzrok, mówił, że sytuacja jest, jaka jest i musimy to teraz przetrwać i zapominamy o tym. Dziś mam 24 lata i cały czas nie mogę zapomnieć, nadal czuję okropny wstyd.
Zrobiłam sobie maseczkę na twarzy, była ona gęsta i się lepiła (jedna z tych, które potem się ściąga). Siedziałam w salonie i oglądałam z lubym film. On nagle zaczął się histerycznie śmiać. Spojrzałam na niego zdziwiona, bo o co mu mogło chodzić. On spojrzał na mnie, rozbawiony, i wskazał na moją twarz.
Ja nadal nie wiedząc, o co chodzi, podeszłam do lustra... Na środku mojego czoła, przyklejona do maseczki, siedziała sobie mucha... Fuj!
Dodaj anonimowe wyznanie