Mój pradziadek był ministrem III Rzeszy.
Po wojnie rodzina w czasie wielkich przesiedleń uciekła i osiadła w Polsce, udając
zgermanizowanych Polaków ze Śląska wracających z przymusowych robót.
Jak to mówią, pod latarnią najciemniej. Oczywiście o tym nikt nie wie i nikt nigdy się nie dowie.
Historia z lat wczesnej podstawówki. Przez tę sytuację po raz drugi i ostatni moi rodzice zostali wezwani do szkoły przez dyrektora. Podstawówka była w małej wsi i liczyła sobie max. 50 osób z nauczycielami. I poza tym jednym wydarzeniem nauczyciele byli lajtowo nastawieni do uczniów, taka jedna, wielka, szczęśliwa rodzina.
Jako mały brzdąc uwielbiałam bajki, wtedy na topie był „Tarzan”. Na jednej z lekcji dostaliśmy na zadanie napisać jakieś pytanie do wybranej postaci z książki czy bajki. Rodzice rzadko pomagali mi w lekcjach, bo nie było takiej potrzeby. Napisałam zadanie i na następny dzień każdy miał przeczytać na głos swoje pytanie. Zgłosiłam się jako pierwsza i z dumą powiedziałam, że adresuję pytanie do Jane z „Tarzana”, po czym na cały głos spytałam: „Jak radzisz sobie w dżungli bez podpasek i tamponów?”.
Pytanie niby zwykłe, niestety nauczycielce nie podeszło... na szczęście moi rodzice podeszli do tego z humorem i nie było żadnej kary.
Przyznaję, że bezlitośnie krzywdziłem inne dzieci. Urodzony w roku 1975. W wieku 5 lat — dom dziecka. Lata 80. to ubóstwo, puste półki i trudna sytuacja zaopatrzeniowa dla wszystkich. Dom był w opłakanym stanie i miał wady konstrukcyjne. Bieda, głód, zimno i wilgoć. Podczas deszczu tworzyły się kałuże. Do jedzenia często tylko zupa mleczna lub suchy chleb, rzadko coś lepszego. Początek lat 80. — straszny głód. Dom dziecka przypominał więzienie. Bicie na porządku dziennym. Kary bardzo brutalne i upokarzające. Wulgarne wyzwiska, wredny dyrektor alkoholik i surowi wychowawcy, ostra dyscyplina i kontrola. Zamykanie za karę w małej szafce szatnianej na godziny lub na całą noc. Przywiązywanie do łóżek.
Pamiętam jedną z takich kar upokarzających. Połowa lat 80. Odwiedziła nas rodzina, aby obserwować i ewentualnie adoptować. To był istny hype dla dzieci. Dom z jak najlepszej strony — porządnie posprzątany, najlepsze ubrania, wyjątkowo dobre jedzenie, żeby pachniało, kałuże polikwidowane, na ile się dało, bo była deszczowa jesień. Wszyscy nosiliśmy kalosze. Na tę porę roku nasze najlepsze obuwie. Goście patrzą na nas podczas jedzenia. Wszyscy są bardzo grzeczni. Ja miałem karę. Musiałem stanąć, wyciągnąć nogawki z kaloszy, a wychowawczyni napełniła moje kalosze już nie gorącą zupą. Moje miejsce było niedaleko gości, w gumowcach mi chlupało. Wstydziłem się. Taka kara zdarzyła się po raz pierwszy. Nie wiedziałem, co robić, i ze wstydu nie chciałem jeść. Poza tym i tak nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Czegoś takiego u nas nigdy nie było. Wychowawczyni zabrała mi talerz, kazała zdjąć kalosze i zjeść zupę łyżką przy gościach prosto z buta. Później bardzo, bardzo gorzko płakałem, a kilku chłopaków się ze mnie śmiało. To upokorzenie było straszne.
Gdy trafiłem do domu dziecka, byłem najmłodszy. Większość innych dzieci z tego korzystała. Często zrzucali winę na mnie, nierzadko bili mnie okrutnie, gdy wcześniej dostali lanie od wychowawcy. Były też dzieci, które czasem mogły mi pomóc, ale prawie zawsze byłem sam i musiałem wszystko znosić z pokorą. Byłem typowym chłopcem do bicia. Później, z zemsty, podczas dyżuru w kuchni, dodawałem do garnka, z którego jedli niektórzy chłopcy, środek do udrażniania rur lub inne substancje/trucizny, które tam były. Czasem trafiało to też inne dzieci, które jadły z tego garnka. Dziś jest mi bardzo przykro. Nikt nie umarł, ale czasem połowa domu miała problemy z bólem brzucha itp. Zawsze podejrzewałem, że to moja wina. Nie wiem, ile szkody tym dzieciom narobiłem i czy miały potem problemy zdrowotne. Muszę płakać, gdy to piszę. Chciałbym to tak bardzo cofnąć, bo łamie mi to serce. Dziś patrzę na to z dystansu i wiem, że dzieci tylko odtwarzały to, czego same doświadczyły, a później ja też. Jak mogę to naprawić? To dręczy mnie dzisiaj i zajmuje cały czas. :(
Słowa mojej matki od zawsze były dla mnie najlepszym środkiem antykoncepcyjnym.
Zawsze przed jakimkolwiek wieczornym wyjściem lubiła powtarzać, żebym na siebie uważała, bo „ona mnie i ewentualnego bachora utrzymywać nie będzie. Prędzej by mnie zabiła, niż pomogła. Skończyłabym pod mostem i razem z dzieckiem zdechła z głodu - jak pies”.
Także tego... nie ma to jak oparcie w rodzicach :)
Jako mała dziewczynka grałam w te wszystkie gry, w których z brzydkich, zapryszczonych dziewczyn przemienialiśmy je w boginie przy pomocy maseczek na twarz. Potem zawsze chciałam mieć pryszcze, żeby móc nałożyć sobie taką różową maseczkę z brokatem i być śliczna.
Teraz jestem nastolatką i od kilku lat zmagam się z takim trądzikiem, że wyglądam jak jeden, wielki, dojrzały i czerwony pomidorek. Przynajmniej spełniłam marzenia.
Mam bardzo zły kontakt z mamą... Od kiedy pamiętam nasze „rozmowy” to były kłótnie. Nigdy nie liczyło się moje zdanie. Muszę jeść i pić to co ona chce, robić to co chce ona. Mam ponad 20 lat, a gdy wychodzę na noc do chłopaka, to ona robi afery o to, że na drugi dzień nie zrobię jej obiadu. Potrafiła powiedzieć mi, że kiedyś byłam ładniejsza, oskarża mnie o rzeczy i słowa, których nie robię ani nie wypowiadam. Gdy wracam do domu późno, nie mogę nawet zaświecić światła, a nie daj Boże za głośno zadzwonią klucze od drzwi. Oskarża mnie, że to moja wina, że poprzedni chłopak mnie zdradził, mówi, że jestem beznadziejna. Ostatnio była nawet afera o to, że pracuję po 14 godzin dziennie 7 dni w tygodniu... bo nie mam czasu jej usługiwać.
To trwa już lata, nie mam siły już wstawać... Nie mam możliwości nigdzie się wyprowadzić ani zamieszkać z chłopakiem na ten moment. I nie wiem, co robić. Pomóżcie...
Kiedyś trenowałem na siłowni, kiedy zauważyłem atrakcyjną dziewuszkę, blondynkę, zerkającą w moim kierunku. Chcąc jej zaimponować, nałożyłem na sztangę potężne obciążenie i zacząłem robić przysiady. Przy pierwszym nachyleniu spiąłem się dość mocno i puściłem bardzo głośnego bąka. Dziewczyna zaczęła się śmiać, a cała reszta ludzi gapiła się na mnie przez resztę wieczoru.
Ostatnio wróciłam do domu z pracy i rozpłakałam się, bo... dostałam kwiatka.
Rozpłakałam się, ponieważ pomimo tego, że bliżej niż dalej mi do 30., to pierwszy kwiatek jakiego dostałam w życiu. Oczywiście, w szkole czy później w pracy na Dzień Kobiet itp. okazje dostawałam kwiaty, ale tylko dlatego, że wszystkie je dostawałyśmy. A ten był specjalnie dla mnie, dla nikogo innego, żeby właśnie mi sprawić przyjemność. Od lat o tym marzyłam, o zwykłym kwiatku z myślą o mnie. Mógłby być nawet zerwany przy drodze mak czy gałązka bzu, liczy się gest.
Szkopuł w tym, że dostałam go od mężczyzny, z którym pracuję, a który najprawdopodobniej czuje do mnie coś więcej. W naszej firmie nie ma innych związków. Wiem, że opinie byłyby różne na ten temat. Poza tym nigdy wcześniej nie zbudowałam zdrowej relacji z żadnym facetem i zwyczajnie się tego boję. Plus wszystkie oczy byłyby na nas zwrócone, bo plotki rozchodzą się tutaj w tempie ekspresowym.
Czy chciałabym z nim być, gdybyśmy nie pracowali razem? Nie wiem, nie zwracałam na niego uwagi dopóki ktoś mi nie powiedział, że mu się podobam. A teraz mam tylko mętlik w głowie.
Czemu tutaj o tym piszę? Nigdy nie przyznam się nawet najbliższym koleżankom, że przez całe życie nikt do tego stopnia nie zwracał na mnie uwagi i jestem życiowym przegrywem. Póki co udaje mi się chyba zachować pozory. Stara baba, która ma rozterki 14-latki. Nie żebym nie miała poważniejszych problemów i przejść. Po prostu musiałam to z siebie wyrzucić, bo taka głupota, a nie daje mi spokoju.
Będzie krótko: Czasem się zastanawiam, co by było, gdyby penisy gadały.
Ostatnio przekonałem się, że kobieta czasem zna się lepiej na motoryzacji niż niejeden facet.
Mój motocykl miał małą usterkę - po włączeniu przedniej lampy świeciły tylko długie. Nie była to wina żarówki, bo tę próbowałem wymienić i nie przyniosło to żadnych efektów.
Pewnej słonecznej niedzieli postanowiłem się za to zabrać. Wyprowadziłem maszynę z garażu, rozkręciłem nawet lampę, ale z racji, że kabelki to dla mnie (informatyka) czarna magia, zawołałem mojego znajomego elektryka. Ze 20 minut sprawdzał, mierzył i dalej nie wiedział co do czego. Uznaliśmy więc, że trzeba rozkręcić resztę motocykla, by dostać się do całej instalacji. Po kilku nieudanych próbach dojścia który kabelek od czego postanowiliśmy sprawdzić przynajmniej jak zachowa się żarówka "na krótko" - działała.
Z nudów zacząłem szukać schematu instalacji w internecie. Znalazłem go, lecz jak się okazało połowa przewodów na schemacie była połączona zupełnie inaczej w rzeczywistości. Olaliśmy więc schemat i szukaliśmy przyczyn "analogowo".
Po około 3 godzinach przyszła moja dziewczyna, usiadła na ławce obok nas i zaczęła się nabijać jakie to ja miałem problemy ze zmienianiem świateł rok temu. Tymi historyjkami przypomniała mi, że przecież z ostatniej wycieczki moim motocyklem (właśnie na koniec poprzedniego sezonu) wracaliśmy nocą, a ja odstawiając maszynę nie przełączyłem świateł na krótkie. Wtedy dopiero mnie olśniło. Szybko podłączyłem lampę, przekręciłem kluczyk i zobaczyłem swój błąd - w moim motorze istnieją dwa przełączniki: do włączania lamp oraz do przełączania świateł długie/krótkie. Ja przez zimę zapomniałem o istnieniu tego drugiego. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy to okazało się rozwiązaniem problemu.
Nie ma to jak dziewczyna, która po 4 godzinach siedzenia nad problemem uświadomi ci, że naprawiasz sprawny pojazd. :D
Dodaj anonimowe wyznanie