Mam 34 lata, dosyć dawno temu rzuciła mnie dziewczyna, z którą byłem bardzo długo i bardzo ją kochałem. Trochę minęło, zanim doszedłem do siebie, w moim życiu zmieniło się wszystko, nagle zacząłem mieć kompletnie inne poglądy na świat, wyjechałem do pracy do Holandii i poznałem tam fajną koleżankę, która bardzo mi wtedy pomogła ułożyć moje pogubione życie. Zaczęły się moje problemy ze zdrowiem, pomogła mi, pomogła mi w końcu udać się do psychologa, do którego nigdy sam bym nie poszedł, po czasie zrobiło się coś więcej niż przyjaźń i tak koniec końcem jesteśmy razem. Tworzymy kochający się związek, zatem w czym problem? Moja dziewczyna jest ode mnie starsza o ponad 15 lat.
Niby wiek nic dla nas nie znaczy, ale wróciliśmy do Polski i z komentarzami społeczeństwa już nie daję rady. Postanowiłem przedstawić ją mojej rodzinie, był to pierwszy i ostatni raz. Nasłuchałem się (w szczególności od mamy i babci), jakie to jest złe, że ta kobieta mogłaby być moją matką i różne komentarze, że ona chce mnie wykorzystać i że dlaczego nie mogę sobie znaleźć normalnej dziewczyny. Moja rodzina jest też bardzo religijna, przez co usłyszałem, że jest to niezgodne z Bogiem i tak na każdym kroku. Moi znajomi zresztą nie lepiej. Non stop słyszę, że jak ja mogę z taką starą, śmieją się, nawet jak zabieram ją ze sobą, to widzę ich spojrzenia i niechęć. Czasem nawet moje ciotki wraz z mamą potrafią obgadywać moją sytuację, mimo że jestem obok. Tak jest cały czas. A ja już mam dość tych tekstów i docinków i zastanawiam się, czy to faktycznie ma sens...
Za czasów studenckich miałam nadopiekuńczego chłopaka, który myślał, że jak będzie mówić do mnie jak do dziecka, to się posłucham.
Jeździłam często na konwenty. Imprezy tematyczne, najczęściej chodziło o fantasy i SF, ale też anime oraz popularne bajki. Jedna z takich imprez odbywała się w mieście, w którym studiowałam. Atrakcje w jednym budynku, a nocleg w zupełnie innym w innej części miasta. Mogłam nocować u siebie, ale wolałam wykupić miejsce noclegowe, bo zazwyczaj zabawa się przeciąga do wczesnych godzin porannych. Mój facet nie chciał iść, to nie. Jesteśmy dorośli, jak chce siedzieć w domu, to jego sprawa.
Na konwent trzeba zabrać sporo rzeczy, bo i ciuchy na zmianę, i fajnie jest mieć jakieś przebranie, do tego karimata, śpiwór, kobieca torebka... sporo tego.
Wieczorem po zabawach zobaczyłam siedzącego samotnie chłopaka, który nie załapał się na wykupienie miejsca noclegowego, kiedy kupował bilety. Razem z innymi ludźmi dotrzymywaliśmy mu towarzystwa na zewnątrz, ale chłopak zaczął przysypiać. Dowiedziałam się, że otworzyli nowe sale w miejscu noclegowym, aby upchać wszystkich, jednak już była głucha nic, więc autobusy nie jeździły. Postanowiliśmy pojechać taksówką. Torby, karimaty, śpiwory, jak na dwa tygodnie w góry. Jakoś się zabraliśmy i używając wszystkich kończyn, zebraliśmy się do noclegowni. Ja znalazłam miejsce na samym dole, piętro -1 i poszłam spać. Budzik nastawiłam na 8.00, aby nie zaspać na atrakcję dnia kolejnego.
Wstałam, spokojnie się myję, wychodzę na zewnątrz i komórka mi dzwoni. Mój facet mówi, że policja mnie szuka, mam wracać do domu, ale najlepiej zadzwonić do mamy. Rozmowa wyglądała tak: wracaj do domu, to powiem, o co chodzi. Nie dowiem się, to dzwonię do mamy. Mama pyta się, gdzie mam dowód. W torebce. Sprawdzam. Nie ma portfela. Okazało się, że portfel wypadł w taksówce, taksówkarz zgłosił to na policję, a ta po adresie zameldowania trafiła do mojej mamy, która dzwoniła do chłopaka, który „nie wie, gdzie jestem”. Precyzji mu się zachciało, bo po co mamie powiedzieć, że poszła na konwent, lepiej powiedzieć jej, że on w sumie to nie wie, gdzie jestem, bo mogłam być w jednym z dwóch budynków, więc technicznie rzecz biorąc, „on nie wie”. Wyjaśniłam sytuację, a facetowi powiedziałam, że będę, jak wrócę i ma mnie nie traktować jak dziecko, matki nie straszyć wiadomościami typu „wyszła i nie wróciła”, a mnie nie trzymać w niepewności, bo „powie mi, ale mam natychmiast wracać”. Miałam wrażenie, że chce mi zaraz szlaban na wyjścia dać.
Portfel odzyskałam. Znaleźne taksówkarzowi zapłaciłam. Z chłopakiem krótko potem się rozstałam.
Kiedy byłam mała, myślałam, że gdy w samochodzie kierowca włącza kierunkowskaz, to po to, aby auto wiedziało, że ma samo skręcić.
Dopiero później brat uświadomił mnie, że tak naprawdę to robi kierowca, używając do tego kierownicy.
Boże Ciało. Siostra sypie kwiatki. Wszystko git. Nagle słyszę przerażający krzyk. Spojrzałam na koszyczek siostry, mała cała we łzach. Nagle słyszę: „Weź zabierz tę gąsienicę i tego ślimaka z jej koszyczka”. A więc z polecenia mamy niosłam ślimaka i gąsienicę na ręce przez całą procesję. Gdy doszłyśmy już do kościoła, chciałam odłożyć gąsienicę (ślimaka odłożyłam wcześniej), ale patrzę na rękę i widzę, że ta franca nie chce zejść.
Wyobraźcie sobie miny ludzi, gdy zapłakana 13-latka wbiegła do kościoła z ogromną gąsienicą na palcu. Powodzenia w życiu, gąsienico :D
Niedawno spełniłem swoje marzenie – zakupiłem Porsche, na które zbierałem parę ładnych lat.
Dzień jak co dzień, zaparkowałem przy sklepie, zrobiłem zakupy, wracam do auta, a tu nagle widzę pana otwierającego drzwi, które uderzyły w mój samochód. To nie był przypadkowy incydent, tylko działanie z premedytacją, siła uderzenia i wzrok tego pana bardzo szybko to zdradziły. Postałem chwilę koło auta, aby zobaczyć, co zrobi ów pan. Uśmiechnął się i powiedział coś w stylu: „J*bany złodziej, ma za swoje, kogo by było na takie auto stać”. Oczywiście zareagowałem, co usłyszałem? Dużo przekleństw skierowanych w moją stronę, a sam pan uciekł z miejsca zdarzenia.
Zrobiłem zdjęcie rejestracji samochodu, jest także film z monitoringu. Zadzwoniłem na policję, wszystko jasne, pan znaleziony.
Nie rozumiem zachowania niektórych ludzi, taka zawiść jest chora...
Muszę się do czegoś przyznać. Byłem idiotą. Obrzydliwym idiotą, wyśmiewającym feministki, #metoo i inne tego typu rzeczy. Kiedy jakaś kobieta zaczynała mówić przy mnie o swoich problemach, to zaraz zaczynałem warczeć, że mężczyźni też je mają, więc niech się zamknie i robi swoje. Zawsze też śmiałem się, gdy kobieta mówiła mi, że zna się na samochodach i innych „męskich” rzeczach, a kiedy słyszałem, że taka pracuje w „męskim” zawodzie, od razu miałem mnóstwo teorii, jak do tego doszło.
W firmie, w której pracowałem, zjawiła się dziewczyna. Młoda, ładna i zawsze w miniówce, więc razem z kumplami zgodnie stwierdziliśmy, że pewnie przespała się z szefem. Potem jakoś tak wyszło, że dowiedziałem się, że jest feministką. Wyśmiewałem to. Bo o jaką równość może chodzić ładnej lasce? Przecież ładne laski mogą mieć wszystko! I pewnego dnia, gdy inni zajadali się drugim śniadaniem, my poszliśmy zapalić i ta oto pusta, głupiutka, ale śliczna feministka zdjęła marynarkę, odkrywając koszulę z logo Marvela. Oczywiście byłem sceptycznie nastawiony. Ale zadałem jej kilka pytań, licząc na to, że będę mógł się pośmiać z jej braku wiedzy. Odpowiedziała dobrze na wszystkie. Później rozmawialiśmy o wszystkim i każda jej wypowiedź szokowała. Potem rozmowy stały się taką naszą tradycją, a ja z czasem, trochę nieświadomie, zacząłem ją obserwować i po raz pierwszy widziałem te wszystkie problemy, o których mówiły kobiety.
Widziałem, jak inni faceci zagłuszają ją, wykorzystują momenty, w których zacinała się na zasadzie „zbyt dużo mówię, muszę odetchnąć” i wszystko ustawiali tak, by wyszło na to, że to oni są tu królami, a ona jest głupią babą i kompletnie nic nie wie, a kiedy ona robiła to samo, to nagle były fochy, że im przerywa. Ci sami faceci często przestawiali ją, zamiast zwyczajnie przeprosić, gdy np. stanęła tak, że nie mogli przejść, i naruszali jej przestrzeń cielesną, chociaż nie było to konieczne. I każdemu wydawało się, że jest tym szarmanckim i wspaniałym, tymczasem dla dziewczyny oni byli takimi wujkami Januszami, przy których nie czuła się za dobrze.
Potem nadeszła sytuacja rodem tych z memów — trzeba było wnieść lodówkę. Dziewczyna poprosiła o pomoc mnie i kilku innych przypakowanych facetów. Przyszli. Dwie godziny popisywali się swoją siłą, próbowali z nią flitować, kłócili się ze sobą, a ostatecznie lodówkę wnosiła tylko z moją pomocą, bo panowie stwierdzili, że się zmęczyli. Czym? Nie mam pojęcia.
Później było milion innych sytuacji, a do mnie ostatecznie dotarło, że to, co ludzie często nazywają byciem „prawdziwym facetem” to zwykłe bycie wiecznym, obleśnym dzieckiem i że czas z tego wyrosnąć.
Nie zamierzam się jej oświadczać (ona ma dziewczynę, a ja jestem zakochany w innej), ale cieszę się, że ją poznałem.
Na Snapchacie jest funkcja „mapy”, na której widać aktualne położenie znajomych. Korzystam z tego namiętnie, dosłownie ich prześladuję. Mogę siedzieć godzinę i oglądać dokąd się przemieścili albo z kim aktualnie spędzają czas.
I oczywiście teraz zawsze wiem, na jakie imprezy ze znajomymi nie zostałam zaproszona.
Dzięki, Snapchat!
Wpadliśmy na pomysł z kolegą, żeby kupić sobie dwukołowego przyjaciela. Dla przyszłych studentów taka maszyna do omijania korków to skarb. Skrupulatnie przeglądamy każde ogłoszenie na komputerze. Kumpel, chcąc włączyć następną zakładkę, niestety ją usunął. Żeby nie zmarnować być może super okazji, włączyliśmy historię. I wtedy przeżyliśmy ogromny szok...
W historii było pełno pornografii, sprzed kilku dni. Ale nie żadne standardowe strony z filmikami, tylko typu „ostre rżnięcie”, „r*chanie trupa” czy „butelka w c*pie”. Zorientowaliśmy się, że ostatnim użytkownikiem komputera był ojciec kumpla.
Niby pornografia normalna rzecz, ale ojciec kumpla to typowy katol. Od podstawówki mu wmawiał, że pornografia to dzieło szatana i nie ma prawa tego oglądać. Do dzisiaj pamiętam, gdy kolega dostał niezły opiernicz i szlaban, kiedy ustawił sobie na tapetę w telefonie kobietę w bikini. Zwykłą kobietę w bikini.
Pod biurkiem w koszu znaleźliśmy bardzo dużo zużytych chusteczek higienicznych. Kumplowi zrobiło się niedobrze, a mi jest okropnie głupio podawać rękę jego ojcu i patrzeć mu w oczy. Jednak nadal próbuję sobie na siłę wmówić, że miał uciążliwy katar i zużył wszystkie chusteczki do wysmarkania nosa. Ale coś mi nie wychodzi...
Niedawno minęła pierwsza rocznica śmierci mojej narzeczonej. Niestety na zawsze pozostanie już narzeczoną, nie doczekała ślubu. Dzień jej śmierci był najgorszym dniem mojego życia, a jednocześnie dniem przełomowym. Musiałem odnaleźć się w nowej rzeczywistości i to było cholernie ciężkie. Przez pierwsze kilka tygodni nie potrafiłem poradzić sobie z tym, że zostałem w naszym mieszkaniu sam z naszą córeczką. Rano po przebudzeniu szukałem mojej ukochanej i boleśnie odkrywałem, że jej nie ma i już nie będzie. Czasem ją wołałem, miałem wrażenie, że jest cały czas, choć jej nie było. W akcie rozpaczy zacząłem nawet wierzyć w Boga, bo malutką ulgę przynosiła mi myśl, że Jej gdzieś też jest dobrze, że świetnie się bawi, teraz wiem, że był to mechanizm obronny, mój mózg musiał jakoś poradzić sobie z przeszywającym bólem straty. Nigdy tak mocno nie cierpiałem, dlatego wylądowałem na terapii dla dobra mojego i mojej córeczki.
Pierwsza poprawa nastąpiła po pół roku, przestało mi towarzyszyć uczucie fałszywej obecności narzeczonej, po 11 miesiącach od straty dopiero uznałem, że to dźwignąłem i jakoś uda mi się iść dalej, z ogromną raną, ale dam radę, bo przecież muszę. Zacząłem funkcjonować normalnie. Aż do pewnego wieczoru, kiedy nie mogłem zasnąć. Córka już od dawna spała, a ja postanowiłem obejrzeć film. Po filmie wciąż nie mogłem spać, więc wyszedłem sobie na balkon, popatrzyłem na parking, na mój samochód i nagle poczułem, że zaraz zemdleję. Zobaczyłem moją narzeczoną. Podeszła do samochodu, pociągnęła za klamkę i odeszła. Tak, jestem bardziej niż pewny, że to była ona. To było najbardziej przerażające, a jednocześnie najpiękniejsze uczucie. Nie wiem, co to było, nie wiem, o co chodziło, ale chyba nie chcę wiedzieć. Pomyślałbym, że mi się przewidziało, że mam halucynacje, gdyby nie to, że moja ukochana bardzo często zapominała o zamknięciu samochodu i często schodziła na dół, by sprawdzić, czy auto jest zamknięte.
Parę miesięcy temu zerwała ze mną dziewczyna. Mój najlepszy przyjaciel stanął na wysokości zadania i wyciągnął mnie do baru, aby zapić smutki. Jako że zapijanie skończyło się w środku nocy, a ja nie miałem już autobusu do domu, to wybrałem się spać do niego. Łóżko miał jedno, ale spoko, położyliśmy się razem.
Przebudziłem się nad ranem, jeszcze pijany. Leżał odwrócony do mnie plecami, a ja przyzwyczajony do spania z dziewczyną niewiele myśląc, wtuliłem się w niego, ręką zacząłem gładzić po brzuchu i zjeżdżać niżej. Zorientowałem się, że to nie moja dziewczyna, w chwili gdy moja ręka natrafiła w jego majtkach na jego przyrodzenie.
Dodaj anonimowe wyznanie