#625yd

Chcę się cieszyć życiem, być radosna, ale niestety to chyba nie będzie możliwe, gdy wciąż będę z moim mężem. Jesteśmy ze sobą prawie 20 lat, a ja od jakichś 10 lat czuję się przy nim źle. Nie jesteśmy przyjaciółmi, partnerami, już nie wspominając o kochankach. Mój mąż ciągle ma jakieś problemy emocjonalne, a ja już nie jestem w stanie mu w tym pomagać, bo sama potrzebuję pomocy. Od dłuuugiego czasu borykam się z ograniczeniami narzucanymi przez mojego męża. Próbował mnie odizolować od mojej rodziny, a nawet od swojej, bo mówił, że to jest jego rodzina i ja nie mam prawa często się z nimi kontaktować. Ciągle wyszukuje sobie jakiejś ofiary w naszym otoczeniu, której będzie zarzucał nasze problemy małżeńskie. Nie wspiera mnie w wychowaniu naszych dzieci. Gdy pojawiają się problemy, uważa, że to przeze mnie, bo mam złe relacje z dziećmi. Mnie szlag trafia, bo może miałabym je lepsze, gdyby mnie wspierał i się angażował. W stosunku do dzieci zachowuje się jak wujek, a nie jak ojciec. Widzę, że nie za specjalnie „bawi” go życie rodzinne – jest, bo jest, i tyle.
A ja chcę czegoś więcej... Nie chcę patrzeć na pozbawionego energii i chęci do działania męża. Nie chcę małżeństwa, które leży cały czas pod respiratorem. Ale mamy dzieci, które jak by nie patrzeć, są związane ze swoim tatą (jaki by on nie był). Jest mi tak strasznie smutno i źle...

#nD0r8

Mam trzech starszych braci. Jestem najmłodsza, więc teraz mając 17 lat, jestem przez nich pilnowana, aby płeć przeciwna za długo się mi nie przyglądała. Jednak jako mała dziewczynka nie wzbudzałam większego zainteresowania u swoich braci. Nie chcieli się ze mną bawić w dom ani przebierać ze mną lalek. Po jakimś czasie zaczęłam jednak bardziej interesować się tymi chłopięcymi zabawami. Dlatego też częściej jeździli ze mną rowerami, robiliśmy tory przeszkód, a ja stałam się „jedną z nich”.

Pewnego razu mój najstarszy brat (wtedy jakieś 15 lat) postanowił pobawić się wiatrówką. Służyła ona wtedy do odstraszania szpaków, które „wydziobywały” czereśnie, które miały iść na sprzedaż. Jako najstarszy i najinteligentniejszy, brat postanowił się popisać i zrobił tarczę, do której strzelał. Pozostałych dwóch braci namówiło go, aby też dał im spróbować postrzelać. Solidarność męska pozwoliła mu na to, ale oczywiście wszystko było w tajemnicy przed rodzicami, gdyż tylko najstarszy brat mógł używać wtedy tej broni. Jak można się domyśleć, ja również chciałam spróbować strzelić z tej jakże wtedy dla mnie ciężkiej strzelby. Oczywiście mój brat się nie zgodził, mówiąc, że broń nie jest dla bab, tym bardziej dzieci. Zagroziłam mu wtedy, że powiem mamie o tym, jaką gazetę znalazłam u niego pod łóżkiem... Momentalnie się zgodził. Ale miałam oddać tylko jeden strzał.  Brat poprawił mi tarczę, odsunął się w „bezpieczne” miejsce i zaczął się modlić, aby nikt z dorosłych nie zobaczył małej blondyneczki z dwoma kucykami z długą strzelbą. 
Jak wszystkim wiadomo, broń jest ciężka i gdy robi „puf”, wybija się do tyłu. Mając jakieś 7 lat, ciężko mi było ją utrzymać. Dlatego też przy oddani strzału lufa zmieniła położenie, celując prosto w mojego biednego brata. Konkretniej w ramię. Po huku, który narobiła wiatrówka, zapadła cisza. Szybko puściłam strzelbę i podbiegłam do brata, który zaczął śmiać się, trzymając się za ramię. Wyjął śrut, który nawet w całości nie wbił się w jego ciało. Strachu było co niemiara, ale mój brat, widząc moje zakłopotanie i nie chcąc, bym się rozpłakała, śmiał się jak dziki. 
Od tego incydentu staliśmy się bardzo zżyci. Rodzice do dziś nie wiedzą o tym, co się stało. Bratu została mała blizna i wspomnienie, o którym mówimy do dziś.

Ostatnio rozmawialiśmy o tym wydarzeniu, a mój brat stwierdził, że tylko w tym jednym dniu z całego swojego życia był na tyle głupi, że dał nam broń i na tyle inteligentny, że nie rozpłakał się mimo bólu i opanował sytuację.

#GlNel

Moje życie praktycznie od zawsze było ciężkie. Pod koniec podstawówki, gdy matka straciła pracę, musieliśmy żyć poniżej progu nędzy. Jedynym dochodem było 400 zł alimentów i niecała stówka zasiłku rodzinnego. Dla dziecka to było ciężkie, brak ciepłej wody przez ponad pół życia, często brak prądu. Jeszcze w dodatku matka paliła papierosy, więc połowa pieniędzy szła na fajki. Dzieciaki często się ze mnie śmiały, wyzywały, byłem po prostu gorszy. Często chodziłem głodny.
Opieka? Zasiłki? Pomoc że strony państwa, kogokolwiek? Zapomnijcie. To Polska. Takie są realia.

Skończyłem gimnazjum, tam było najgorzej, brak chęci do życia, brak motywacji, perspektyw, wszyscy się śmieją, traktują jak podludzie.
W szkole średniej wcale nie było lepiej, chociaż skończyłem z wyróżnieniem, czerwony pasek... Jakby coś to miało znaczyć.
A po szkole? Dalsza katorga. Znalazłem pracę na czarno. Tylko taką mogę podjąć. Przez błędy rodziców, młody człowiek wchodzący w życie ma ponad 12 tys. długu do spłacenia. Piękna perspektywa, prawda?
Pracowałem od rana do nocy. Jak robot, tylko praca, dom, sen, praca. Tylko to. Nie miałem nikogo.
Brak perspektyw, brak chęci, motywacji, tylko pieniądze się liczyły. Tylko to. W końcu kupiłem sobie parę fajnych rzeczy, zacząłem jeść to, na co miałem zawsze ochotę. Coś się zmieniło, chociaż w minimalnym stopniu. Chociaż tyle.

I w końcu, zupełnie przypadkiem, skomentowałem na Facebooku pewien post, głupi komentarz. Tak się zaczęło. Zaczęliśmy rozmawiać. Od początku jakoś czułem, że mogę się wygadać. Powiedzieć dosłownie wszystko, o sobie, o tym kim byłem, również o swoim beznadziejnym życiu. Byłem szczery do bólu. Jak przed nikim innym, nigdy wcześniej. A ona się we mnie zakochała. W tej słabej, żałosnej osobie, która przez całe życie była nikim, bez pieniędzy, bez przyjaciół. Po prostu pokochała mnie prawdziwego. Nie musiałem udawać. Byłem po prostu sobą, a ona to we mnie uwielbia.
Był tylko jeden problem. Odległość. Dzieliło nas prawie pół kraju.
Mimo to, jakoś czułem, że to jest to. Nie mogłem tak dalej. Po prostu przyjechałem. Ponad pół tysiąca kilometrów.
 
I wiecie co? Było warto. Naprawdę było warto.
Uwielbiam z nią rozmawiać, spędzać czas, wygłupiać się, przytulać się, chodzić za rękę czy całować. Takie małe rzeczy, niby nic, a odmieniają życie. W końcu mam motywację do życia. Żyję dla niej.
Znalazłem tu pracę, mieszkanie, wszystko zaczyna się powoli układać. A do rodzinnej miejscowości już nie chcę wracać, tylko ból, złe wspomnienia. Chcę to zostawić za sobą, zapomnieć. A ona mi w tym pomoże.
Pierwszy raz w życiu jestem naprawdę szczęśliwy.
Moje życie to świetny scenariusz na książkę, szkoda, że dramat... Nie wiem czemu to piszę, po prostu potrzebowałem się tym z kimś podzielić.

#XTeQS

Jako dzieciak razem z koleżankami bawiłyśmy się w restaurację po tym, jak znudziła nas zabawa w dom. Kotlety z błota, surówka z trawy, zupy z igłami świerkowymi czy glina zamiast mąki to był standard. Kiedy wymyśleni klienci kończyli jeść, talerze i szklanki trafiały do zmywalni, czyli wiadra z wodą ustawionego na wysokim pniu, imitującego zlew. To była moja działka — najszybciej pozmywane gary ever, na błysk.

Zgadnijcie, jak sobie dorabiam w weekendy...
Kelner, pomoc kuchenna, zmywak :D

Coś jest w tym, że od dzieciństwa ujawniają się nasze predyspozycje. Chociaż mam nadzieję, że nie porzucę studiów dla mycia garów :D

#7xZRz

Historia z czasów mego dzieciństwa.

Pewnego razu wraz z rodziną postanowiliśmy wyjechać nad jezioro. Po kilkudziesięciu minutach jazdy i zabawy ze starszą kuzynką znudziło mi się, więc postanowiłem poobserwować, co dzieje się za szybą. Pech chciał, że właśnie w tym momencie na drogę wybiegł czarny kot. Tata nie dostał praktycznie czasu na rekcję, tak więc kocisko wylądowało pod kołami. Jako że chcąc nie chcąc byłem obserwatorem tego przykrego zjawiska, rodzice obejrzeli się na mnie, spodziewając się, że za chwilkę się rozpłaczę z powodu biednego zwierzątka. Wielkie musiało być ich zdziwienie, gdy ich syn z uśmiechem na twarzy oznajmił: „Ufff, całe szczęście, że go przejechaliśmy, bo mógł przebiec nam przez drogę i przynieść pecha”.

#IohhB

Myślałam, że trafiłam na wyjątkowego faceta. Przez pół roku było idealnie – śmiech, bliskość, pasja, seks. A potem wystarczyła jedna wizyta u ginekologa, żeby wszystko się rozpadło. Spóźniłam się na jego imieniny, bo miałam badanie. Gdy powiedziałam, że lekarz to mężczyzna, coś mu odwaliło. Zaczęły się chore pytania: „Czy dobrze ci było, jak cię badał?”, „Podnieciłaś się?”, „Jak głęboko wsadzał ci ten wziernik?”, „Co czułaś, jak wsuwał ci tę nażelowaną głowicę od USG?” — serio?! Od tamtej pory patrzy na mnie jak na kumpelę, nie kobietę. Zero bliskości, unika dotyku, jakbym nagle stała się „zużytą” wersją siebie. A ja tylko poszłam zadbać o zdrowie. Psycholog mówi, że to jego emocjonalne zaburzenie, ale to ja ponoszę tego konsekwencje. Z jednej strony chcę mu dać czas. Z drugiej – czuję się zbrukana czymś, co nie było nawet moją winą. Boję się, że odejdzie do kogoś, kto „nie był na fotelu”. Tylko… czemu ja mam się wstydzić tego, że dbam o siebie?

#OtyFd

Wracam jak Bóg przykazał do domu, kiedy do autobusu wsiada grupka ciemnoskórych nastolatków (11-14). To, że się darli jak stare prześcieradło, to nic, jednak to, co stało się chwilę później, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nagle do mego nosa dotarł smród, nawet nie brzydki zapach, po prostu smród gówna. Co się okazało? Jedno z tych „dzieci” jakby nigdy nic się wysrało na przejściu między siedzeniami, a reszta butami to rozniosła po autobusie. A potem cieszyli mordy z tego, co zrobili.

Zapytacie, czemu nikt nie zareagował? To Wielka Brytania, nawet kiedy białemu do domu włamie się czarny, to winnym będzie nie włamywacz, tylko właściciel. Ludzie nie chcą mieć problemów. Czemu kierowca nie zainterweniował? Wysrali się na piętrze autobusu, a on zamknięty w tej swojej klatce nic nie robi mimo kamer.

Niektórzy ludzie są gorsi niż bydło.

#fvrDP

Od dziecka miałem problem z odczytywaniem negatywnych emocji oraz nie potrafiłem się wypowiedzieć na temat tego, co jest dla mnie nie tak. Dlatego nie jestem w stanie uspokajać ludzi, jak nie powiedzą mi wprost, że coś jest nie tak i jak coś mi się nie podobało, to siedziałem cicho. Dlatego dzisiaj jestem z siebie dumny.

Mam grupę znajomych. Jedna z osób powoli zostawia nas dla innej grupy i sprawia, że czujemy się chu*owo, a ona sama nie widzi z tym problemu. Czemu czuję się dumny?
Po pierwsze w końcu wypowiedziałem się na ten temat tej osobie. W końcu się wypowiedziałem na temat tego, co robi – że nam się to nie podoba. Bałem się i stresowałem, ale miałem ze sobą przyjaciółkę i dziewczynę (obydwie z tej samej grupy).
Po drugie, moja dziewczyna nie jest silną osobą psychicznie, więc podczas rozmowy się zestresowała na skraj łez. Pierwszy raz nie potrzebowałem słów, żeby wiedzieć, kiedy kogoś uspokoić.
Dlatego czuję się dumny z siebie.
Dodaj anonimowe wyznanie