#cO0FD

Miałam trudną relację z moją mamą. Z domu rodzinnego wyszłam z zerowym poczuciem własnej wartości. Całe dzieciństwo słuchałam, jaka jestem beznadziejna i do niczego się nie nadaję. Że jeśli nie będę idealna, to będę nikim. Każdy najmniejszy błąd miał daleko idące konsekwencje. Miałam dłuższy epizod depresyjny, całe szczęście dzięki własnej zawziętości i pomocy znajomych udało mi się opuścić rodzinny dom dosyć wcześnie. Wtedy zaczęłam uczyć się tego, że mogę lubić siebie, że nie muszę być wiecznie idealna, że mimo tego można mnie lubić. Ułożyłam sobie życie, w pewnym momencie opłakałam żałobę po mamie – jeszcze za jej życia, kiedy po raz kolejny udowodniła mi, że nie mogę z jej strony liczyć na wsparcie czy dobre słowo. Mama, której chciałam, po prostu dla mnie umarła. Porzuciłam dziecięcą naiwność, że ona się zmieni.

Wszystko w moim życiu jest okej, tylko że jestem w ciąży. Od początku z mężem nastawialiśmy się na chłopca, tymczasem okazało się, że będzie to dziewczynka i jestem przerażona. Nie mam zielonego pojęcia, jak być dobrą matką dla dziewczynki. Boję się, że będę zbyt surowa albo wręcz przeciwnie, przesadnie pobłażliwa. Boję się, aby nie pójść w kroki mojej matki. Czuję, że będzie to najtrudniejsza rzecz w moim życiu, że sama powinnam teraz maksymalnie ogarnąć siebie, aby raczej dawać przykład samą sobą, że muszę się teraz milion razy bardziej pilnować, bo inaczej nie będę idealna... I tu widzę błędne koło, bo wracam do tego, co było — czyli muszę być idealna. Nie wiem, od czego zacząć.

#2ioZ9

Mój facet pracuje w sklepie i stałą klientką jest tam Żulietta i jej partner. Pewnego razu przyszli mówiąc, że mają do oddania małe pieski i chcą się ich pozbyć. Mój facet ma miękkie serce, wie, że skoro Żulietta nie ma kasy nawet na jedzenie dla siebie, to tym bardziej nie zadba o psiaka. Przyniósł pieska do domu. Miał ok. 7-8 tygodni, ale nawet ta babka nie wiedziała ile, więc na początku karmiliśmy go mlekiem, bo wcześniej nie jadł żadnych pokarmów, tylko mleko matki. Szybko jednak rozszerzyliśmy mu dietę. Poszliśmy do weterynarza, odrobaczyliśmy, zaszczepiliśmy. Nic nie było przy nim robione. Mały był wygłodzony i całkowicie zaniedbany.

Mały piesio żył z nami około 2 miesiące, do momentu, w którym nie poniszczył nam mieszkania. Pogryzł podłogę, kanapę, myszkę od laptopa, stół itd. Mieszkanie wynajmowane, nie mogliśmy sobie na to dłużej pozwolić, a nie mogliśmy z nim być całymi dniami i często zostawał na 5 godzin sam. W końcu męska decyzja: oddajemy go komuś, kto będzie miał dla niego więcej czasu niż my. Dla jego dobra. Znalazłam mu dom. Starsza pani, która nie pracuje i mieszka z synem, ale syn wyjeżdża do pracy za granicę i tygodniami go nie ma. Postanowili wziąć pieska. Przez parę tygodni byłam z tą kobietą w stałym kontakcie telefonicznym. 

Wiecie, co usłyszałam od bliskich? Że jestem bezduszna i psa oddałam, bo traktuję zwierzęta jak zabawki. Nikt nie patrzy na to, że jak wzięłam tego psa, to był zaniedbany, zapuszczony i nie wiadomo, czy by nie skończył na ulicy. Daliśmy mu dom, zabawki, zadbaliśmy o odrobaczenie, szczepienia. Nie było mu z nami źle. Dbaliśmy o niego, ale jednak nie daliśmy sobie rady. Oddaliśmy go, aby było mu lepiej. Czy naprawdę tak zachowuje się ktoś, kto traktuje psa jak zabawkę? Nie sądzę...

#Sklpx

Moja laska tak często pierniczyła o swoim byłym, że autentycznie sam zaczynałem za nim czasami tęsknić. W końcu zaczęła mnie w każdym detalu do niego porównywać. Jak coś ugotowałem, to mówiła, że jej były gotował jej co innego, jak myłem zęby, to mówiła, że jej były robił to tak samo, jak chodziłem z nią na randki, to mówiła, że jej były zabierał ją w inne miejsca, ale szczytem wszystkiego było, kiedy w łóżku po wszystkim powiedziała mi, że jej były robił to inaczej... 
Pięć minut później powiedziała mi, że jej były zerwał z nią tak samo.

#HSp28

Mój ojciec robi swojego rodzaju karierę na YouTube. Wrzuca filmiki ze swoich eskapad z wykrywaczem metali i pokazuje znalezione cuda. Po prostu idzie z kamerką na głowie, nagrywa, jak namierza sygnał, jak kopie i jak w końcu wykopuje coś cennego. Jest w tym dużo perełek i unikalnych przedmiotów z różnych epok. Spora oglądalność, nawet z tego tytułu wpada mu do kieszeni parę groszy. Posiada grono fanów, którzy są zafascynowani jego znaleziskami, traktują go jak autorytet, często proszą o porady, o przesłanie mapek.

Idę o zakład, że wręczyliby mu nawet Oscara za idealne granie roli podjaranego poszukiwacza skarbów. Tak naprawdę kupuje, dostaje, ewentualnie znajduje (najczęściej na budowach, gdy przypadkiem koparka coś wykopie) te rzeczy, zakopuje je, a potem nagrywa filmik :)

#ed9bo

Kocham zwierzęta, od małego zawsze coś biegało po podwórku lub w domu. We wtorek przygarnęłam półroczną kotkę, mieszankę Maine Coona z dachowcem — matka niewysterylizowana, co chwilę ma młode. Okey, znajoma znajomej miała jedno kocię do oddania, więc czemu nie. Przy odbiorze kotka pani od razu nam powiedziała, że ze stresu od wczoraj nie była w kuwecie i temu ma nadęty brzuszek. Po konsultacji telefonicznej z weterynarzem stwierdził, że na pewno jest zarobaczona i stąd te objawy. Ciążę wykluczył od razu, bo młoda i praktycznie niemożliwe. No właśnie, praktycznie...
Kupiłyśmy z mamą u niego leki na odrobaczenie, podałyśmy kotce i było w porządku. Dziś rano po obudzeniu szukam kotki, jak się spodziewałam — była pod łóżkiem. Jednak obok niej zauważyłam kawałek mięsa, pomyślałam, że to mama dała jej kawałek surowej piersi z kurczaka, więc podniosłam w celu wyrzucenia. Jak bardzo się myliłam... Nie było to mięso, tylko martwy, nie do końca jeszcze rozwinięty kociak. W życiu tak bardzo nie płakałam. Zawinęłam go w papier i odłożyłam, aby przytulić jego niedoszłą mamę, wyjęłam ją spod łóżka, a tam kolejny płód. Rozkleiłam się całkowicie. Z nim zrobiłam to samo, kotkę wzięłam do wanny, aby ją obmyć z krwi. Po jakimś czasie usiadłam na podłodze i zobaczyłam, jak moja kotka zjada swoje łożysko (podobno koty tak robią po porodzie), a przy nim było trzecie kocię.

I tu pytanie. Czy właścicielka okłamała nas co do wieku kota, a może pozbywała się jej, bo była w ciąży? Nie mam pojęcia. Może poroniła, bo czuła, że jest za młoda na macierzyństwo, a może to przez leki na odrobaczenie. Jestem roztrzęsiona, zabieram ją do weterynarza, aby sprawdził, czy „urodziła” już wszystkie kotki. Teraz, mimo tego, że mam ją zaledwie kilka dni, widzę, że potrzebuje czułości i ciepła, które staram się jej dawać w każdy możliwy sposób.
Niektórym ludziom nie warto ufać.

#SGyYn

Choruję na schizofrenię. Jestem dość ciężkim przypadkiem, już trzy razy zaliczyłam pobyt na oddziale psychiatrycznym, na terapię uczęszczam, odkąd pamiętam, a moja codzienność to garść prochów, bez których choroba byłaby zbyt utrudniająca życie. Miałam bardzo ciężki okres w życiu, gdy choroba się nasiliła, cztery razy zmieniano mi leki. Ten stan trwał dwa lata. Potem w końcu zaczęło mi się poprawiać, nawet wróciłam na studia i poznałam wspaniałego faceta, z którym jestem do dziś. Powoli zaczynało się wszystko układać, choroba dalej dawała o sobie znać, ale byłam w stanie jakoś funkcjonować. Do pewnego momentu. 
Świat mi się zawalił, gdy zobaczyłam dwie kreski na teście. Typowa wpadka, choć nawet nie wiem kiedy mogło do niej dojść, bo zawsze się zabezpieczaliśmy (hormonów brać nie mogę). W każdym razie mój świat w tamtym momencie legł w gruzach, ja nie chciałam dziecka. Od zawsze przerażało mnie wszystko, co związane z macierzyństwem, miewałam nawet dziwne fobie z tym związane. Ale przede wszystkim z powodu ciąży mój stan psychiczny drastycznie się pogorszył. Do tego stopnia, że dostawałam chwilami psychozy oraz wróciły zachowania autoagresywne i bardzo natrętne myśli samobójcze. Mój partner próbował mnie wspierać, choć i jego załamała wieść o ciąży. Nie chciał jej tak samo jak ja.
Ze względu na pogorszenie mojego stanu udałam się do mojego psychiatry. Stwierdził, że w ciąży natychmiast musiałabym odstawić leki, ale to mogłoby się skończyć dla mnie tragicznie, tym bardziej że już powinnam siedzieć na oddziale, bo jestem w tym momencie niebezpieczna sama dla siebie. Zapytałam, czy mogę w takim razie ciążę usunąć legalnie, ale lekarz dał mi do zrozumienia, że cała procedura będzie trwała na tyle długo, że płód będzie już zbyt rozwinięty, aby można go było usunąć. Następnie bardzo dyskretnie dał mi do zrozumienia, że powinnam usunąć sama, a później i tak zgłosić się na oddział psychiatryczny, bo mój stan tego wymaga. Tak też zrobiłam. A właściwie mój partner. Zamówił mi leki poronne przez internet. Strasznie długo musiałam na nie czekać, ten okres był najgorszy. Nasilały mi się psychozy, nie mogłam funkcjonować. Partner specjalnie wziął wolne w pracy i przez te dwa tygodnie nie odstępował mnie na krok. Już zawsze będę mu za to dziękować, bo wiem, jakim balastem musiałam wtedy być. Później przyszły leki, wszystko poszło zgodnie z planem. Udałam się na oddział, mój stan zaczął się tam poprawiać.

Od tego czasu minęło pół roku. O wszystkim siłą rzeczy wiedzieli rodzice. Widzieli, w jakim byłam stanie, jak bardzo cierpiałam. Jednak dla nich moja choroba to nic, wyrzekli się mnie i zostałam znienawidzona przez rodzinę za to, że usunęłam ciążę. Do nikogo nie dociera, że ciąża bardzo źle wpływała na moje zdrowie i to był powód do aborcji.

#fKBQe

Mój młodszy brat był i jest typem łagodnego człowieka. W przedszkolu znalazł się taki jeden, dajmy na to Franek. Franek już po pierwszym tygodniu w przedszkolu pobił mojego brata — rozcięta warga, podbite oko itp. Niestety Franek miał też niereformowalną matkę, która nie wierzyła, że jej syn mógłby coś drugiemu dziecku zrobić. Gdy Franek wracał z innymi dziećmi ze szkoły, rzucanie kamieniami i kopanie innych to była codzienność. Nikt nie mógł mu nic zrobić, matka go broniła.
W drugiej klasy podstawówki (ja byłam w szóstej) tak mi pobił brata, że nie wytrzymałam, wzięłam gnoja za bety, podniosłam do góry, trochę poddusiłam i powiedziałam, że jak jeszcze raz tknie mojego brata, to mu nogi z dupy powyrywam, a później wyrzucę go przez szkolne okno. 
Podziałało. Do mojego brata się nie zbliżył.

Nie jestem z siebie dumna, ale dziś, mając lat 20+, postąpiłabym tak samo. Od brata wiem, że Franek trochę spokorniał, jak dostał niejeden raz, bo matka go nie obroniła. Ale brat do teraz nie wie, czemu Franek się od niego odczepił i był miły przez resztę podstawówki.

#6NP9j

Jako że zbliża się miesiąc zdrowia psychicznego, to coś wam opowiem.

Mając 28 lat, zdiagnozowałem u siebie typową depresję, ale byłem funkcjonujący. Można to porównać do życia na autopilocie i inne takie. Poszedłem do psychologa i psychiatry. Moja diagnoza się potwierdziła, zacząłem leczenie. Mam 30 lat, nadal zdarzają się epizody depresyjne.

Nikt z rodziny nie zauważył, że syn, mąż, brat, kuzyn był o krok od skończenia tej wędrówki i udania się w wieczną podróż w nieznane.

To tyle. Depresję nie zawsze widać, a listu z wyjaśnieniem nie zawsze ma się chęć pisać. Zdrówka!
Dodaj anonimowe wyznanie