#bv6iC

Dziś, wychodząc ze spożywczaka, zauważyłem śliczną dziewczynę siedzącą na ławce tuż obok. Była ładna, wyglądała na wysoką, miała również dość kształtną figurę. Pomyślałem - zaryzykuję. Może w końcu będzie to ta jedyna? A więc na luzie podchodzę do owej panienki. Rzucam komplementy i pytam:
- Może chciałabyś się ze mną wyskoczyć na jakąś kawę?
- Dziękuję. Miły jesteś, ale nic z tego. Mam tylko 14 lat.

Mam 20 lat. Od początku myślałem, że ona ma 18-19 lat.
Szybko uciekłem z burakiem na twarzy.
Jak ten świat się zmienia, że czternastolatkę mylisz z dorosłą kobietą...

#J0A82

Wczoraj rano obudziła mnie wiadomość od koleżanki ze studiów, a w niej link do pewnego portalu z sekskamerkami i jedno słowo: "wtf".

Wpierw pomyślałem, że to jakiś wirus, a link wiedzie w rzeczywistości do zupełnie innej strony niż mi się wydaje, więc go nie otwierałem.

Przeleciał cały dzień i wieczorem moja ciekawość wzięła górę. Postanowiłem otworzyć ten link. Moim oczom ukazał się profil jakiegoś gościa, który niestety akurat był offline. Byłem więc zawieszony w próżni. Trudno, założyłem konto, dodałem faceta do obserwowanych i poszedłem spać.

Wstaję dzisiaj rano i pierwszą rzeczą, jaką robię, jest zalogowanie się na ten portal. Poszczęściło mi się - typ akurat nadawał! Wciąż jednak nie wiedziałem, czego się spodziewać - może ktoś z naszych znajomych postanowił zrobić karierę?

Wchodzę więc w transmisję i czuję, że robię się na przemian blady i czerwony. Przed kamerką facet. Nago oczywiście. Kamerka z twarzą. Twarz zaś - praktycznie identyczna jak moja, podobnież i budowa ciała - obaj dość szczupli. Dosłownie kilka detali nas różniło - w miejscach, których na co dzień postronni nie oglądają.

Plus - nie wiedziałem, że z takim wyglądem można robić karierę w sieci. Gość cieszy się jakimś tam powodzeniem na tej stronie, co mile łechce także moje ego.

Minus - czuję się skrępowany, zażenowany i bezsilny. I tak nikt nie uwierzy w moje zapewnienia, że to nie ja. Próbowałem przekonać koleżankę, że to ktoś podobny (bardzo) do mnie, a nie ja sam. Niby przyjęła do wiadomości, ale nie wydaje mi się, żebym ją przekonał.

W bunkrze już nie ma miejsc, prawda?

#5ctG1

Wczoraj mój współlokator Krzyś zapytał, czy nie miałbym ochoty pójść z nim na imprezę. Powiedziałem, że nie, bo chciałem po tygodniu roboty wreszcie się zrelaksować i wyspać, tym bardziej
że czuję się trochę przeziębiony. Zostałem więc w domu. Obejrzałem jakiś film, zamówiłem pizzę, poczytałem książkę i zasnąłem.
O godzinie 4:30 nad ranem z głębokiego snu wyrwał mnie głośny dźwięk budzika w pokoju obok. Najwyraźniej Krzyś zapomniał go wyłączyć na czas weekendu – pomyślałem. Alarm jednak dzwonił i dzwonił. Zwlokłem się z wyra i załomotałem pięścią do pokoju współlokatora. Bez odzewu. Tłukłem tak przez piętnaście minut. Nic. Z pokoju dobiegał dźwięk alarmu i ciężkie chrapanie Krzysia. Przez dziurkę od klucza zobaczyłem go leżącego w ubraniu na łóżku. Nawet butów nie zdjął, pijak cholerny.

Alarm darł się przez pięć kolejnych godzin! W tym czasie ja chodziłem po ścianach, bo spać się za nic przecież nie dało.

Koło dziesiątej dzwonek się wyłączył, a z pokoju wyszedł uśmiechnięty Krzyś, rozkosznie drapiąc się po worku. Spojrzał na z pogardą na mnie – bladego, z worami pod oczami, rozczochranego, pijącego trzecią kawę w kuchni. Ziewnął, przeciągnął się i rzekł:
- A ty, kurczę, co? Miałeś się wysypiać i regenerować, a tu proszę – widzę, że nockę jednak zarwałeś, najebusie jeden ty...

#b2kx8

Miałam męża. Gdy się poznaliśmy, był zadbanym facetem. Z biegiem lat przestał o siebie dbać i bardzo przytył. Nie wyglądał korzystnie. Ode mnie natomiast wymagał, żebym zawsze była umalowana, ładnie ubrana i żebym trzymała linię. On na moje prośby, żeby ze mną poszedł na siłownię, na basen czy pobiegać, bo nie dość, że dla zdrowia to dobre, to moglibyśmy jeszcze miło razem spędzić czas, zawsze się obruszał, bo dobrze wygląda, nie chce mu się, po co mu to i wiele innych wymówek.

No i przyszedł czas, że się rozwiedliśmy (nie, nie przez jego wygląd). I teraz widzę, że mój były mężuś znowu zaczął na siłownię chodzić i nawet fryzjera odwiedził. Dochodzą mnie słuchy, że robi to, żeby mi pokazać, co straciłam. No cóż, opakowanie może i staje się ładniejsze, ale charakter pozostaje bez zmian. 

I naszła mnie refleksja. Pełno w necie jest „inspirujących” historii, jak to facet rzucił laskę, bo była gruba, a po rozstaniu ona przechodzi metamorfozę i jest laska. Da się? Da się. Tylko dlaczego jak już jest się w związku, to ludzie przestają o siebie dbać? Jak już się ma drugą połówkę, to można być otyłą fleją?

#J6BXK

W moje 18 urodziny rodzice powiedzieli mi, że jestem adoptowany. Spojrzałem na nich, powiedziałem "wy tak serio?", po czym zacząłem się śmiać. Wyglądali na zmieszanych i było im wyraźnie głupio, więc zaciągnąłem ich do przedpokoju przed wielkie lustro, stanąłem między nimi i powiedziałem "spójrzcie tylko, przecież wy jesteście całkowicie biali, a ja jestem jakimś Azjatą, ja nawet nigdy nie myślałem, że jesteście moimi prawdziwymi rodzicami".
To miało ich uspokoić, ale chyba nie do końca przemyślałem ostatnie słowa. Ups...

#umqpz

Możecie się ze mnie śmiać, że wierzę w teorie spiskowe, ale ja i tak swoje wiem. Jestem święcie przekonany, że istnieje spisek uknuty przez producentów... skarpetek.

Poszedłem sobie na zakupy do jednej z większych galerii handlowych w moim mieście. Jakoś tak mnie przycisnęło obfite śniadanie, które zjadłem parę godzin wcześniej. Szybko zlokalizowałem toaletę, wszedłem do kabiny i z wielką radością pozbyłem się balastu.
Co najgorszego może spotkać kogoś, kto własnie skończył dwójeczkę? Tak jest - okazało się, że na uchwycie nie ma papieru. Zacząłem przetrząsać kieszenie. Cokolwiek - jakiś rachunek, albo chociaż bilet, czy skrawek zużytej chusteczki do nosa. Nic.
Uwierzcie mi - byłem tak zdesperowany, że pewnie podtarłbym się i banknotem dziesięciozłotowym, gdybym tylko takowy znalazł. A tak siedziałem na klopie w jakimś handlowym molochu i kwiliłem sobie cichutko... Nie było wyjścia. Zdjąłem buty i ściągnąłem moje skarpetki. Tak, to nimi własnie wyczyściłem swój odwłok.

Wściekły, jak jasna cholera, zajrzałem do innych kabin. Nigdzie nie było papieru!
Już po kilku krokach zrobiły mi się obtarcia na kostkach. Potrzebowałem nowych skarpetek. Wychodzę z toalety i co widzę? Centralnie naprzeciwko ubikacji stoi sobie taki mały straganik, co to je stawiają w centrach handlowych. Główny asortyment? Pieprzone skarpetki! Przypadek
Zaprawdę powiadam wam - babeczka sprzedająca rzuciła mi takie złowieszcze spojrzenie. Ona doskonale wiedziała po co przyszedłem.

- Numer 44, jak mniemam?
-Taaaa...

Nie illuminaci, nie masoni, nie Żydzi, nie cykliści, kosmici, koncerny farmaceutyczne... To producenci skarpet pociągają za sznurki! Możecie się ze mnie śmiać, że wierzę w teorie spiskowe, ale ja i tak swoje wiem...

#Om0iO

Z racji tego, że jestem niepełnosprawna od urodzenia i jestem na rencie, to poza rehabilitacją mam sporo wolnego czasu. Często siedzę na czatach internetowych, mam tam parę osobowości. Jedno konto to prawdziwa ja, na którym siedzę większość czasu, tam nikogo nie udaję, jestem sobą. Pewnie myślicie, że reszta moich postaci jest super sprawna i żyje na Majorce? Nic bardziej mylnego, każda z nich jest tak samo kulawa jak ja, część tak jak ja chodzi przy kulach, część jest na wózku, jeszcze inna część chodzi samodzielnie, ale specyficznie. Większość jest w moim przedziale wiekowym, tzn. 20 lat, ale czasami tworzę młodsze nastolatki, często mieszkają w mieście, w którym ja chciałabym mieszkać, czasami studiują tak jak ja bym chciała zaocznie, ale większość rzeczy mnie z moimi postaciami łączy, a nie dzieli.
Nigdy nie wysyłam zdjęć, chyba że swoje i tylko z tego „prawdziwego” konta. Jeśli ktoś zapyta o zdjęcie jedną z moich postaci, to odmawiam albo oferuję krótki opis tekstowy.
Nigdy też ani na „prawdziwym” koncie, ani na tych fikcyjnych nie gadam o seksie, cyckach czy innych takich – od razu ucinam temat.
W sumie nie wiem po co wszystko to robię.

#qOXPC

Podczas rodzinnych rozmów na temat przyszłorocznej I Komunii Świętej przypomniała mi się moja historia związana z tym wydarzeniem.

Jak wiadomo, dziecku potrzebny jest różaniec, a na jego końcu jest krzyż. W moim przypadku był to krzyż z przybitym Jezusem.
I tu zaczyna się historia właściwa. Umysł 8-letniego dziecka, przynajmniej w moim przypadku, nie był w stanie przyjąć do świadomości, że w tym pudełeczku z różańcem wcale nikt nie mieszka, tak więc wyłożyłam je chusteczką, coby Jezuskowi nie było twardo, i co jakiś czas wyrzucałam tam kawałki (suchego) makaronu, żeby też głodny nie był. Ale wiecie co? NIE JADŁ :D

#84dk0

Gdy miałam kilka lat pojechałam z rodziną nad morze. Na plaży była zjeżdżalnia do takiego niedużego baseniku. Oczywiście tatuś zabrał tam mnie i moją starszą siostrę. 

Pierwszy zjechał tata, żeby dodać nam odwagi i pokazać, że to nie takie straszne (no chyba zwłaszcza mi, bo panicznie bałam się wody odkąd przypadkiem mnie siostra o mało nie utopiła;)). Tata po zjechaniu stanął koło wylotu zjeżdżalni, żeby nas łapać, bo jednak głębokość wody była jak na dzieci dość spora. Z siostrą weszłam na górę, ona zjechała jako pierwsza. Odczekałam chwilę jednak wahałam się, czy w ogóle będę miała odwagę zjechać. Wtedy zaczepił mnie facet, który stał za mną. Spytał, czy się boję i że jeśli chcę, to on zjedzie ze mną. 

Chyba nigdy nie zapomnę zdziwionej miny mojego taty, który wyciągnął ręce, żeby mnie złapać myśląc, że teraz będę jak zjeżdżała, a tu zobaczył nogi dorosłego faceta ;)

#z9ZsM

Mam dość. Szczerze dość tego, że muszę się wstydzić, że mam dziecko.

Jestem młodą mamą (22 lata) z własnego wyboru i świadomej decyzji. Mam cudownego męża i ośmiomiesięczną córkę.
W dobie dzisiejszej nagonki na rodziców, szczególnie małych dzieci, robię wszystko, żeby nie narażać się na chamstwo.
Nigdy nie byłam (i wciąż nie jestem) roszczeniowa. W ciąży ani razu nie prosiłam o przepuszczenie w kolejce, nawet na badaniach w przychodni, gdzie musiałam spędzać po 2h (krzywa cukrowa). Z dzieckiem też nie proszę nikogo o nic. Komunikacją miejską nie jeżdżę, żeby nie przeszkadzać innym ludziom „pchając się z wózkiem”. Do sklepu jadę z dzieckiem tylko wtedy, gdy nie ma tłoku, żeby zirytowane/znudzone dziecko nie przeszkadzało innym w kolejce. Żeby pójść coś zjeść na mieście, prosimy moją lub męża mamę o opiekę nad córką, a jeśli musimy już zjeść poza domem, to jemy po kolei.

Mimo usilnych prób zrobienia wszystkiego, żeby moje dziecko nie było uciążliwe dla innych, wciąż spotykamy się z nienawistnym wzrokiem ludzi wokół, bo przecież z dzieckiem z domu nie można wyjść. Ile można żyć w ciągłym wstydzie, że ułożyliśmy sobie życie w sposób, jaki chcieliśmy? I nie, nie wrzucam miliona (ani nawet jednego zdjęcia) zdjęć naszego bombelka na Facebooka, bo wiem, że nie wszyscy mają ochotę to oglądać. Nie wpycham się w tłum ludzi, taranując ich wózkiem. Zawsze reaguję na głośne zachowanie dziecka. Staram się jak mogę, żeby wszystko było jak należy.

Ot, takie przemyślenia osoby, która w końcu chce być postrzegana jak człowiek i tak traktowana
Dodaj anonimowe wyznanie