#AekTZ

Byłam podręcznikowym przykładem ofiary. Mój partner mnie bił, poniżał i żądał obsługiwania go. Pozwalał mi pracować tylko dorywczo, żeby mieć kontrolę nade mną i moim czasem. Wymagał ode mnie starannego, kobiecego wyglądu cały czas, a jednocześnie wściekał się, gdy jakiś facet choć na mnie spojrzał. Wykorzystywał mnie na różne sposoby, tak mi wyprał mózg, że sama mu dawałam kiedy tylko chciał, bo taki był przecież obowiązek dobrej dziewczyny. Długo bym mogła o tym pisać.
Rodzina i przyjaciele próbowali mnie z tego wyciągnąć, w końcu udało im się, wyprowadziłam się do rodziców, poszłam na terapię, złożyłam sprawę w sądzie. Wszyscy mnie wspierali, pomagali wracać do normalności, ale moja przyjaciółka zaczęła się dziwnie zachowywać. Sugerowała, że powinnam zapomnieć, że rozprawa nic nie da, że na pewno mi nie uwierzą. Potem próbowała mi wmówić, że może przesadzam i to moja psychika podsuwa mi tak brutalne obrazy, może staram się na siłę robić z siebie ofiarę. „Przypadkiem” zalała moją komórkę, na której były wiadomości z pogróżkami od byłego (prawnik miał kopię). Wkrótce wyszło na jaw, o co w tym wszystkim chodziło – moja mama zobaczyła ją na mieście z moim byłym. Gdy zrobiła im awanturę, sama się przyznała, że są razem i się kochają. Po tym wszystkim już nie miała żadnych skrupułów. Wśród znajomych opowiadała, że wszystko sobie wymyśliłam, że nie mogło tak być, bo ją traktuje jak księżniczkę, że mnie rzucił, bo przyłapał mnie na zdradzie, a ja próbuję się mścić. Ci, którzy nie znali mojej sytuacji, odwrócili się ode mnie. Musiałam odejść z nowej pracy, bo pracowałam w tym samym miejscu co ona i nie byłam w stanie tego dźwignąć.

Od kiedy byli razem? Zagadał do niej mniej więcej kilka dni po tym, jak dostał pismo z sądu. Czy prosił ją o pomoc? Oczywiście, że tak, przecież był niewinny i musiał się bronić przed zniszczeniem mu życia, a ona mu pomagała, bo to jej ukochany.
Na rozprawie mówiła te same kłamstwa, jednak ja miałam dwie obdukcje (jedną z czasów gdy chciałam odejść, ale stchórzyłam), wiadomości z pogróżkami, nagranie gdy atakuje mnie i mojego ojca, gdy zabieraliśmy moje rzeczy od niego, świadków itp. Skazali go, miał trafić do więzienia. Oczywiście zaraz po rozprawie zerwał z moją byłą przyjaciółką, a ona się na mnie śmiertelnie obraziła. Bo gdyby nie ja, to wciąż byliby razem...

#bStEF

W trakcie pandemii miałem koronawirusa – nie chorowałem, nie wylądowałem w szpitalu ani nic z tych rzeczy. Zaraziłem się w pracy, wykryto to, bo szef zachorował i przebadali osoby mające z nim częsty i bliski kontakt. Sanepid, a właściwie moja pracująca tam szwagierka, siostra mojej zmarłej trzy lata wcześniej na raka żony, przeprowadzała wywiad, z kim miałem kontakty w okresie krótko przed zarażeniem — kogo widziałem, jakiego typu to było spotkanie, jak długo itp.
Wstyd mi jak diabli i męczą mnie wyrzuty sumienia, ale w rozmowie ze szwagierką nie przyznałem się do intymnego płatnego spotkania z pewną poznaną w sieci dziewczyną (samą dziewczynę oczywiście o możliwości zakażenia powiadomiłem, zamknęła się w domu i poinformowała o sytuacji swoich klientów). Nie przyznałem się, bo zwyczajnie było mi wstyd, że nie potrafię sobie ułożyć na nowo życia i korzystam z takich usług. 
Do dziś czuję się jak największy nieudacznik i najgorsza szuja, bo przez to mogli nie wychwycić kogoś zarażonego. Mam tylko nadzieję, że nikt przeze mnie nie ucierpiał.

#koLiu

Dzisiaj razem z kolegą oraz jego i moim bratem chcieliśmy przejść przez przejście dla pieszych. Światło już migało, więc kolega pogonił chłopców, którzy szli przed nami, aby się pośpieszyli.
W tym samym momencie, gdy chłopcy puścili się biegiem, usłyszałam syreny — natychmiast wydarłam się: „Stójcie!”, ale nie posłuchali. Właśnie wtedy jak spod ziemi wyrósł wysoki mężczyzna, idący w naszą stronę, i objął rękami naszych braci. Karetka minęła ich jakieś pół sekundy później.

Jeśli to czytasz, tajemniczy mężczyzno, chcę Ci z całego serca podziękować. Te głupki z pewnością by nie żyły, gdyby nie ty.

#RBUPu

Pracuję w hotelu jako pokojówka. Lubię przeglądać zawartość śmietników w łazienkach, zwłaszcza gdy w pokoju spała jakaś para. Dlaczego? Ano dlatego, że oprócz obrzydzenia, czuję ogromną radość i podniecenie, kiedy są tam zużyte prezerwatywy. Nie tyle podnieca mnie sama gumka, ile fakt, że ktoś się zabawiał i zostawił tego namacalne dowody.

#EF9Ir

Macie czasami tak, że palniecie jakąś głupotę w towarzystwie i czujecie mega zażenowanie, palicie buraka i w ogóle Bieszczady? No ja mam trochę inaczej. Palę cegłę, kiedy to ktoś inny palnie gafę. Żal mi tego kogoś, że zrobił z siebie pośmiewisko, udaję wtedy, że niczego nie zauważyłam, żeby nie poczuł się zmieszany.

#1OoZz

Jestem magistrem inżynierem i jestem niezatrudnialnym przegrywem – apoteoza podstawowego/zawodowego wykształcenia. 

Niestety byłem ciekawy świata i nigdy nie byłem typowy. Kiedy moi rówieśnicy bawili się tazosami, ja rozmyślałem nad projektami samolotów, pojazdów, badaniami w zakresie zoologi, botaniki itd. Pod koniec podstawówki napisałem pierwszą książkę, w której zawarłem swoje ponad roczne obserwacje związane z interesującymi mnie zwierzętami (ponad 100 stron). Byłem za młody, aby móc ocenić w pełni reakcję dorosłych (np. nauczycieli ze szkoły), ale podejrzewam, że większość mi w samodzielność pracy nie uwierzyła. Opis reakcji rówieśników pominę. Lata mijały, moje zainteresowania się rozwijały. Nie miały dla mnie znaczenia stereotypowe podziały na nauki humanistyczne i ścisłe. Wygrywałem w zasadzie wszystkie możliwe konkursy z jednej dziedziny, ale jak poszedłem do liceum, to z kolei na profil diametralnie odwrotny. W szkole zawsze uchodziłem za dziwaka i kujona, chociaż w praktyce nigdy się nie uczyłem. Nawet jak przygotowywałem się do konkursów, to robiłem to na dzień przed i finalnie najgorszym miejscem, jakie mi się trafiało, bywało drugie czy trzecie. Matura napisana bez problemu i bez nauki na poziomie pozwalającym na dostanie się w zasadzie wszędzie w Polsce. Później ciężkie studia na państwowej uczelni w jednym z większych miast, zdane z łatwością. Oczywiście również byłem wzorem rzetelnej pracy, wykładowcy kłaniali mi się z uznaniem. I co dalej? I nic w sumie. Pracy w zawodzie brak, w pokrewnych branżach również bez sukcesów. Próbowałem pracy na uczelni i podejścia do doktoratu, ale kto próbował, ten wie, jak to wygląda. Na uczelnię za słaby, na woźnego za dobry i tak w koło Macieju, od pośredniaka do pseudo pracy kompletnie oderwanej od wykształcenia, na umowie zlecenie i to na chwilę raz na parę miesięcy. Gdybym nie zajmował się udzielaniem korepetycji dla uczniów i studentów, to w zasadzie nic bym nie robił, chociaż są pewne plusy, bo przynajmniej miałem czas napisać kolejne dwie książki. Oczywiście do szuflady, bo i tak nikogo nie będą interesować. Dokąd zmierzam? Nie wiem, ale po latach, całym życiu wiecznego niezrozumienia mam coraz mniej siły na cokolwiek. Już niejednokrotnie próbowałem z tym wszystkim skończyć, ale jak widać, jeszcze się nie udało. Jeśli się tak zdarzy, że będę miał kiedyś dzieci, to nie będę ich zachęcać do edukacji, za bardzo będę je kochać, aby wyrządzać im aż taką krzywdę. Jakbym miał sam jeszcze raz wszystko przeżyć, to zrobiłbym jak mój znajomy z podstawówki. Skończyłbym beznadziejne gimnazjum, a potem jeszcze gorszą zawodówkę i poszedł do roboty, choćby tak jak on, jako kierowca autobusu. Wyszedłbym na tym zdecydowanie lepiej.
PS.: Za parę dni wyniki rekrutacji na sprzątaczkę na mojej Alma Mater, więc trzymajcie kciuki, może w końcu mi się uda.

#fw4e5

Ostatnio była u mnie w domu nowo poznana dziewczyna, dobrze nam się rozmawiało i wszystko było super, w trakcie spotkania coś ją złapało i biegała w te i we wte z toalety do pokoju i z powrotem, ja ją oczywiście zrozumiałem, zaparzyłem jej herbatę i ją wspierałem. Kiedy w końcu po siódmym razie wyszła, powiedziała, że bardzo źle się czuje i jedzie do domu, ja to oczywiście zrozumiałem i pożegnałem się z nią, Gdy w końcu sam po godzinie poszedłem skorzystać z toalety, zastałem tam kupę na desce, kupę wszędzie w kiblu, ślady kupy na spłuczce, kawałek zużytego papieru na podłodze, zakrwawiony tampon położony na półkę bez niczego i ślady krwi wytartej o kafelki... Napisałem do niej, aby to skonfrontować, ale nie skreśliłem jej. Wiecie, co mi odpisała? „Przestań przeżywać, posprzątałeś, bo to twoje mieszkanie i twój obowiązek”...

#VcErh

Musiałem pojechać do odległego, małego miasteczka. Dojechałem wieczorem i byłem głodny jak jasna cholera. Sklepy były już pozamykane, żadnych Żabek, całodobowych, stacji benzynowej, no nic w zasięgu. Znalazłem za to niewielką budkę z kebabami. Podchodzę więc i proszę o żarełko, ale słyszę: „Zamykamy już dzisiaj, zapraszam jutro”. Do jutra to ja już zdechnę z głodu, pomyślałem sobie, i jakimś cudem wybłagałem, żeby facet mi zrobił coś do jedzenia, a po chwili dostałem sporą kanapkę. Podziękowałem, zrobiłem z dziesięć kroków od budki, zatopiłem łapczywie zęby w jedzeniu... i wtedy z tego wszystkiego wylazł karaluch i wszedł mi na twarz. Zrzuciłem gnoja, kanapka wylądowała na chodniku, sam mało nie rzygnąłem w pierwszym momencie, spojrzałem na budkę z kebabem, ale facet tak szybko się uwinął z zamknięciem, że zobaczyłem tylko, jak odjeżdża samochodem.

Rozejrzałem się po okolicy załamany — nie było tam nikogo, pusto. Buda zamknięta, martwy karaluch, kanapka na chodniku...

Zjadłem ją.

#j0c0m

Hej, mam 17 lat, 170 cm wzrostu i ważę 44 kg. Od zawsze byłam szczupła, najwyższa waga w moim życiu to było 54 kg. Nie mam zaburzeń odżywiania, nie stosuję żadnych diet, jem to co chcę i ile chcę. Sekret tkwi w tym, że bardzo szybko po zaczęciu posiłku odczuwam sytość, dlatego jem dużo małych posiłków w ciągu dnia. Przechodząc do sedna, odkąd byłam mała, aż do tej pory, słyszę tylko dwa typy komentarzy na temat swojej sylwetki:

Typ 1: Zazdrość albo komplementy. Ludzie (głównie kobiety), potrafią mi wygłaszać epopeje, jak bardzo chcieliby mieć taką figurę jak ja, wcięcie w talii, brzuch, który nie jest płaski, tylko wklęsły, uda grubości łydek itd.

Typ 2: „Troska”, mówiąc teoretycznie. Teksty pokroju „facet nie pies, na kości nie leci”, „skóra i kości”, „zero kobiecych kształtów”, „zjedz coś, bo wyglądasz, jakbyś wyszła z Auschwitz” albo moje ulubione: „jadłaś coś dzisiaj?”. Tak, jadłam...

Powiecie mi, że się nad sobą użalam, może to i prawda, tylko dlaczego bodyshaming w stronę osób grubych jest potępiany, a w stronę osób chudych jest ignorowany? Bo nie mają na co narzekać, skoro wyglądają jak modele? Jest na co narzekać. Chciałabym przytyć co najmniej 10 kilo, nienawidzę tych tekstów od innych ludzi, nienawidzę tego, że widać mi 10 par żeber bez wciągania brzucha, każde ścięgno i kość. Że sprawia mi ból siedzenie na twardej powierzchni, bo kości wbijają mi się wszędzie.
Zdrowie? Niedawno wróciłam ze szpitala, trafiłam tam ze względu na wysokie ciśnienie. Zrobili mi badania i co? Nic. Wszystko w normie, z wyjątkiem poziomu TSH oraz żelaza, które mieszczą się w dolnej granicy normy, ale mimo wszystko są akceptowalne. Dostałam zalecenia, żeby jeść więcej i receptę na witaminę D3 oraz żelazo. Szkoda, że robię wszystko, co mogę, a waga nadal stoi w miejscu albo spada jeszcze niżej, a lekarze mnie straszą, że jeśli nie przytyję, to trafię do szpitala na oddział zamknięty, gdzie będę karmiona przymusowo dożylnie (każdy lekarz wmawia mi zaburzenia odżywiania).

Podsumowując, życie osób skrajnie chudych i skrajnie grubych nie jest łatwe i proszę was, nie traktujcie wychudzonych osób, jakby wygrały los na loterii, my tak samo się staramy, żeby przytyć, jak osoby otyłe, żeby schudnąć...
Dodaj anonimowe wyznanie