Kilka lat po uzyskaniu chwalebnego tytułu magistra inżyniera wymyśliłam, że przydałyby mi się jeszcze studia podyplomowe. Po kilku semestrach nauki i napisaniu pracy dyplomowej trafiłam nagle do szpitala. Poprosiłam koleżankę, żeby poszła do mnie do domu i przyniosła mi to, czego każdy pacjent w szpitalu potrzebuje — kapcie, sztućce itp. Zaznaczyłam też, żeby schowała pendrive z moją świeżo napisaną pracą, żeby czasem nie zaginął. Tak też zrobiła i trzymała go w ukryciu kilka miesięcy, póki nie wyzdrowiałam. Przyszłam potem do niej i pytam o mój skarb. Wyjęła, a ja od razu sprawdziłam, czy jest na nim wszystko, co powinno.
Pendrive leżał na biurku do rana, bo z jakiegoś powodu u niej nocowałam. Obudził mnie mąż koleżanki. Musiał się pochwalić swoim sukcesem.
– Udało mi się odpalić system operacyjny z pendrive'a!
– Super – powiedziałam, aby się nie poczuł niedoceniony. A on... wyjął z kieszeni mój pendrive i zaprezentował go z szerokim uśmiechem. Zbladłam.
Podobno sprawdzał, czy czegoś tam nie ma i był pusty. Podobno Linux czasem nie widzi plików, które się wrzuciło przez Windowsa. Kopia z komputera zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Żadnej nie udało się odzyskać. Ostatecznie nie złożyłam pracy i nie skończyłam tych studiów.
W podstawówce, kiedy uczyliśmy się o ukształtowaniu terenu Polski, o górach, o morzu itp., to moje zainteresowanie padło właśnie na morze. Uważałam, że Bałtyk jest naszym, polskim morzem, o czym cały świat wie, i twierdziłam, że to bardzo miłe z naszej strony, że dzielimy się Bałtykiem z innymi państwami.
Dodatkowo było mi szkoda takich państw jak np. Czechy, które dostępu do morza nie mają :)
Czuję się jak śmieć. Kocham inną kobietę, mimo że mam narzeczoną. Z Magdą jesteśmy razem już 5 lat. Poznaliśmy się w pracy i z początku nie urzekła mnie zbytnio, była całkiem nie w moim typie. Z czasem zaczęliśmy się dogadywać. Potem wyjścia na papierosa na zaplecze zmieniły się na wyjścia na randki, nie wiem kiedy stało się między nami poważnie. Po prostu pewnego dnia po prawie pół roku spytała mnie, czy jesteśmy razem, a ja powiedziałem, że tak. Jej rodzina mnie lubi, moja ją. Było mi przy niej dobrze i nawet nie spojrzałem w kierunku innej kobiety przez cały nasz związek, aż jej jedyny brat nie przyprowadził do domu swojej dziewczyny. Asia jest naprawdę wspaniałą dziewczyną, wszyscy ją uwielbiają. Brat Magdy, Daniel, jest w nią zapatrzony jak w obrazek, Asia w niego też. Nie wiem kiedy patrzenie na nich razem zaczęło sprawiać mi ból. Czuję zazdrość, gdy patrzę na to, jak się kochają i wiem, że nawet gdyby się rozstali, nie miałbym u niej szans. Asia jest piękną dziewczyną. Jej zdjęcia w social mediach mają po 400 polubień, ma figurę modelki. Brat mojej narzeczonej jest przystojnym wysokim brunetem z brodą i niebieskimi oczami. Tymczasem ja mam 170, garbię się, mam lekkiego zeza i wiem, że bardzo mi do niego daleko. Lubię ich oboje, ale patrzenie na ich miłość i idealne życie męczy mnie tak bardzo, że coraz bardziej myślę o odwołaniu ślubu. Teraz wiem, że nigdy nie kochałem Magdy, byłem z nią, ponieważ była pierwszą kobietą, która się mną zainteresowała. Ona przede mną też nie miała nikogo, mimo że oboje mamy prawie 30 lat. To jak mocno zakochałem się w dziewczynie mojego przyszłego szwagra, dotarło do mnie, dopiero gdy podczas nocowania w domu u narzeczonej, Asia również nocowała u Daniela. Pokoje, w których spaliśmy, były przez ścianę, więc było dużo słychać, gdy zapadła noc. Nie mogłem zasnąć i jakoś około północy usłyszałem dźwięki uprawiania miłości. Czułem zazdrość, wyobrażałem sobie, jak biję Daniela, jak go upokarzam, płakałem, gdy słyszałem jej jęki.
Ta sytuacja nie daje mi żyć do tej pory. Czuję się jak śmieć, jak gnida, która nie ma prawa żyć. Wykorzystuję Magdę, wiem o tym, ale nie potrafię przestać z nią być, bo nie chcę jej skrzywdzić jeszcze bardziej.
Miłość do kogoś, kogo nie mogę mieć, tak mnie wykańcza, że nawet moi najbliżsi widzą, że coś jest nie tak. Nie powiem tego nigdy nikomu, wiem, że powiedzą, że jestem idiotą, tak jakbym sam o tym nie wiedział.
Chciałem się tylko wygadać. Wiem, że jestem debilem.
Moja macocha chyba zakochała się w moim chłopaku i podejrzewam najgorsze. Mam 17 lat, macocha 28. Mój chłopak 29. Długo bałam się go jej przedstawić, bo bałam się, co powie na 12 lat różnicy. Jak go przedstawiłam i zobaczyłam, jak na siebie patrzą, to pojawiło się we mnie takie dziwne uczucie, poczułam się zagrożona i poczułam zazdrość ze strony własnej macochy. Chciałam sobie wmówić, że mi się tylko wydaje, ale się nie wydaje. Macocha zaczęła o siebie bardzo dbać, widzę, jak go podrywa, jak na niego patrzy. Widzę, jak on ją mierzy wzrokiem, a mi wmawiają oboje, że mi się wydaje. A ja to wszystko widzę.
Po śmierci ojca nie mamy za dużo pieniędzy i muszę pracować co wakacje. Nie ma mnie w domu i nie wiem, co tam się dzieje, jak mnie nie ma i coraz bardziej chcę rzucić pracę, bo nie wytrzymam. On tam przyjeżdża, bo ona go prosi o różne rzeczy, a ja mam najgorsze myśli. Wcześniej sypialiśmy prawie codziennie, teraz robimy to rzadziej niż raz na tydzień. Przecież to nie przypadek, że nagle mu się nie chce aż tyle, a ona chodzi jakaś szczęśliwsza, a jednocześnie stała się dla mnie bardzo nieprzyjemna. On mówi, że to przez jego wiek i stres. Nie jestem głupia i wiem, że to nie to. Popadam w depresję. Czuję, jak on oddala się ode mnie, czuję, jakbym go traciła, a ja go kocham.
Wyciągnęłam wczoraj jej brudne ubrania z kosza na pranie i poczułam na nich zapach jego perfum... Nie radzę sobie z tym. Nie radzę sobie z tym, jak oni mnie krzywdzą i wypierają się tego. Nigdy nie łączyły mnie dobre relacje z macochą. Ale nie myślałam, że jest zdolna spać z moim facetem i próbować mi go odebrać. Przysposobiła mnie chwilę przed śmiercią taty. Tato kiedy wiedział, że odejdzie, to żebym nie trafiła do domu dziecka, w zamian za opiekę nade mną zostawił jej dom, pieniądze i samochód.
Nie wiem, jak to będzie od strony prawnej, czy jak tylko skończę 18 lat, to ona ma prawo mnie wyrzucić z domu, bo teraz jest jej? Czy mi się coś należy po tacie, pomimo że wszystko przypisał jej? Spodziewam się najgorszego. Boję się, że jak tylko wybije mi 18, ona mi powie, że już jestem dorosła i mam się wynosić. Wtedy już jawnie odbierze mi faceta, którego kocham i zamieszka z nim, a dom sprzeda. Nie wiem co dalej. Nie wiem, jak mam żyć w tak patologicznym domu. Boję się o przyszłość.
Z przyjaciółką znamy się od paru solidnych lat. Przeszłyśmy razem przez depresję — zarówno jej, jak i moją. Poznałyśmy się właśnie „dzięki” tej chorobie, bowiem ja publikowałam na portalu internetowym opowieści o tym, co jest w mojej głowie, a ona napisała, że to rozumie i czy może chcę z nią pogadać. Nasza przyjaźń jest bliska, mówimy sobie o każdym zakamarku życia, nawet o sprawach intymnych.
Przyjaciółka jest bardzo kochliwa. Ciągle się w kimś zakochuje, ciągle wstępuje w związek i po paru miesiącach albo krócej informuje mnie, że już nie kocha swojej połówki, którą tak zachwalała, z którą tak wiele sobie wyobrażała i z którą sypiała. Co chwilę historia zatacza koło. Ona się zakochała, ona jest w związku, ona „robiła to i owo”, a po chwili ona wątpi, że kocha, ona się rozstaje, ona mówi, że więcej w związku być nie chce i gardzi typowym łańcuchem: miłość, łóżko, ślub, dom, dzieci.
Najgorsze w tym to, że ona nawet nie robi sobie większych przerw od stwierdzeń, że chce być singlem — bo po chwili ogłasza mi wiadomość, że pojawiła się osoba, w której się zakochała i z którą chce „czegoś więcej”. Jakby nie wiedziała, że ciągle wszystko kręci się w tym samym kole. Jakby nie wiedziała, że po chwili jej się odechce i znowu zrani kogoś, kto naprawdę się w niej zabujał, a ona będzie miała wyrzuty sumienia, karząc siebie na wiele sposobów, m.in. drapaniem się do krwi.
Mam kontakt ze wszystkimi jej byłymi dziewczynami i chłopakami. Ciągle „przypadkowo” albo robiła wspólne konwersacje, albo zapraszała na miasto. Stąd często rozmawiam z każdym jej byłym i byłą, no cóż, zdradzając, jak jej życie się kręci. Każdy jej były partner/partnerka boleśnie przechodził rozstanie. Każda osoba była tak mocno zakochana, że łzy to nie jedyne, co występowało w ich życiu. A ja na pocieszenie zawsze im odpowiadam, że ona jest singlem i nie chce żadnych związków.
Nie wiem, jak ją zniechęcić, jak jej przekazywać, że to złe, co robi. Już nawet „ostre” stwierdzenia nic nie dają, bo po chwili znów się na kogoś uprze, z kimś parę razy się zbliży, parę razy powie, że kocha, by za chwilę zwątpić i powiedzieć temu komuś, że to koniec.
Szkoda mi osób, które tak ją pokochają dogłębnie, nie mając świadomości, że to chwilowe. Staram się pomagać każdej i każdemu byłemu, spędzając z nimi czas. Staram się ciągle mówić przyjaciółce, żeby nie zaczynała związków i nie mówiła, że kocha, nie kochając naprawdę. I nie wiem, naprawdę nie wiem, jak przerwać to całe koło ranienia. Wiem, że mogę to rzucić i się oderwać od przyjaciółki i jej życia. Ale jestem jakby pośrednikiem i każde z jej byłych ufa mi i mnie lubi. A ja naprawdę przepadam za tymi jej wybrankami. To zawsze porządni ludzie, z sercem i pięknym umysłem.
Mam 22 lata i same problemy zdrowotne. Mam nerwicę, stwierdzoną migrenę, chorą tarczycę, Hashimoto, ciągle muszę brać masę leków, ale z tym mogę sobie poradzić i jakoś to ukryć. Najbardziej mnie dobija fakt, że do tego dochodzi też łuszczyca... Z tą ostatnią chorobą nie potrafię sobie poradzić, gdyż jest to widoczne – mam to na kolanach, łokciach i paznokciach. Nie mam jak tego ukryć, przez to mam mega kompleksy, tzn. mogę teoretycznie chodzić ciągle w długich spodniach i bluzkach, ale w upały nie idzie wytrzymać. Wcześniej lubiłam chodzić w sukienkach, a teraz nie jestem w stanie.
Najgorzej jest z tymi zmianami na paznokciach (pewnie kobiety to zrozumieją, bo każda chciałaby mieć ładne dłonie i paznokcie, a ja już nie mam). Wcześniej miałam długie i piękne, a teraz obcinam je jak najkrócej, żeby jak najmniej zmian było widać. Bolą mnie komentarze, że powinnam zrobić coś z tą grzybicą, kiedy ja nie mam grzybicy i nie każdy to zrozumie. Przez tę chorobę tracę poczucie własnej wartości i potrafię po pracy albo nocami po prostu płakać z bezradności. Co też jest nie wskazane, bo stres i zdenerwowanie pogłębiają chorobę. Ciągle mam w głowie, że żaden chłopak mnie z taką chorobą nie zechce. Czuję, że popadam w depresję i nie widzę ratunku. Jak chcę porozmawiać o tym z kimś z mojego otoczenia, to słyszę tylko, że przesadzam i mam się ogarnąć, przez co odsuwam się od ludzi. Nie wiem już co robić. Zostaje mi tylko płakać po nocach i udawać w ciągu dnia, że wszystko jest OK.
Nie wiem już co robić...
Pewnego razu, gdy byłam jeszcze małym brzdącem, moja babcia powiedziała mi, że każdy ma swojego niewidzialnego anioła stróża, który człowieka pilnuje i zawsze towarzyszy mu w każdej sytuacji.
Jako że byłam jeszcze młoda i głupiutka, przestraszyłam się, że ten anioł chodzi za mną i mnie prześladuje, do tego stopnia, że przez jakiś czas bałam się załatwiać i kąpać, bo bałam się, że mnie zobaczy.
Moja babcia, jak byłem mały, wietrzyła sobie przy mnie i moim młodszym bracie biust, bo jej było gorąco. Nie widziała w tym nic złego.
Mój wujek zawsze miał jeden kompleks, którym była otyłość. A to zawsze był bardzo pracowity człowiek, już od czwartej rano na nogach, sprzątał, coś naprawiał, do pracy jechał rowerem i tam też harował fizycznie, ciotka go zmuszała do dojadania obiadów „żeby się nie zmarnowało” i pewnie stąd ta nadwaga. Wujowi często dokuczano z tego powodu. Bardzo starał się schudnąć, chodził na siłownię, coraz więcej pracował, nawet odwiedził dietetyka. Niestety ciotka się nie zgodziła na zmiany w diecie. Przyłapałam go kilka razy na wymiotowaniu po jedzeniu, bardzo prosił o dyskrecję, więc nikomu nic nie mówiłam. Jego waga mimo tego wszystkiego przez pół roku ani drgnęła. Po ostatnim zważeniu się zrobił się spokojniejszy, zaczął się uśmiechać pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna, zrobił sobie ulubioną golonkę, pomyślałam, że w końcu zaczął chudnąć i się facet cieszy. Wczoraj znaleziono go w szopie. Powiesił się. Obok była roztrzaskana waga.
Teraz tak sobie myślę, że może gdybym komuś powiedziała wtedy, to wujek może by żył? Albo mogłam zrobić coś więcej? Nie potrafię spojrzeć na siebie w lustrze ani na zapłakaną ciotkę, na którą mam ochotę nawrzeszczeć, ale nie mogę, nie wypada, bo jest stara i schorowana. Drażni mnie widok tych wszystkich twarzy rodziców, krewnych, sąsiadów i znajomych, którzy śmiali się z wujka i wyzywali od grubasów, a teraz są w wielkim szoku i żałobie po nim.
Od zawsze bardzo lubiłam zwierzęta. Wszystkie, zaczynając od psów, a kończąc gdzieś na ślimakach. Pewnego późnoletniego dnia wybrałam się z tatą i dziadkami do rodziny na wsi. Był to mój pierwszy raz w życiu tam, więc wszystkiego byłam ciekawa, no i jednocześnie czułam się jak w raju, bo wszędzie hasały jakieś zwierzaki, jak to w zagrodzie. Po gonieniu gęsi, zwiedzeniu chlewika (ale tylko z drzwi, bo zapach za bardzo mnie odrzucał, by wejść do środka) i siedzeniu w traktorze, zajmująca się mną dotąd rodzinka zaczęła nadawać, jak to po długim czasie niewidzenia się, a nowo poznane kuzynki nie były zbyt chętne do zabawy ze mną. Ogarnęła mnie dziecięca jeszcze nuda, więc zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia. Wyjrzałam przez okno i ujrzałam pasące się na polu nasze polskie łaciate. Ucieszona, spytałam ciocię, czy mogę iść pogłaskać krówki. Zgodziła się przelotnie, zagadana. Poszłam więc przez pole, prosto do kilku muciek i radośnie do nich mówiąc, głaskałam każdą po kolei, co im się całkiem podobało. Gdy już się nagłaskałam, wróciłam do domu zadowolona. Ku mojemu zdziwieniu, każdy członek rodziny miał minę, jakbym co najmniej była cała utytłana w błocie. Zapytałam więc, czy coś nie tak...
Okazało się, że dwie „krówki” były w istocie dwoma bykami, a ciocia myślała, że chodzi mi o pole kawałek dalej, gdzie pasły się mućki. Przez cały czas, gdy ja trajkotałam sobie wesoło, oni zamarli i zwyczajnie stali w przejęciu, bo bali się, że jak coś zrobią, to byki się przestraszą i mnie zaatakują. Potem nasłuchałam się, że przecież byki nie mają wymion i są rogate, jak ja mogłam o tym nie pomyśleć, no ale cóż — wiedziałam to, ale w tamtej chwili zwyczajnie nie przyszło mi do głowy. Stało się i tyle, byki były bardzo przyjazne, a co się wszyscy strachu najedli, to ich. :D
Dodaj anonimowe wyznanie