Jestem urodzonym poetą i pisarzem. Jak byłem mały, jak to dziecko, wymyślałem absurdalne historyjki – wiersze, piosenki o różnych rzeczach, osobach. Oczywiście czasami musiałem rzucić najbrzydszym i najśmieszniejszym słowem według dziecka – dupa. Czasami nawet przerabiałem piosenki, tak o, z nudy.
Jak byłem w pierwszej klasie, wymyśliłem z kolegami piosenkę o dupie. Byłem z niej tak dumny, że zaśpiewałem ją na lekcji... Zrobiła się taka afera, że aż wezwali rodziców.
Rodzice do teraz mi to wypominają... I tak jestem z siebie dumny XD
Mam 35 lat, a moje życie było chujowe, póki nie skończyłem 18 lat. Po 18 wyjechałem z rodzinnego miasta do miasta matki, w którym spędzałem rok w rok wakacje. Chujowe, bo jestem „drugim” synem, tym gorszym, bo ze starym mojego brata 10 lat miała ślub i urodził się mój starszy brat, ale jak miał 8 lat, to jego ojciec się powiesił, a dwa lata później z romansu przyszedłem na świat ja. Mały chory, gruby, piegowaty dzieciak z wadą wzroku, którego rodzina mojej matki (5 braci, 6 sióstr) traktowała jak śmiecia. Przez 17 lat mówili do mnie po nazwisku mojego ojca, choć mama i brat mieli inne, po jej pierwszym mężu.
Stanąłem na nogi jako 18-latek, bo wyjechałem z rodzinnego miasta i poza moją zjebaną rodziną od strony matki miałem czystą kartę. Znalazłem szybko towarzystwo, ciut młodsze, 15-17 lat. Grupa około 30 małolatów, z którymi spędzałem KAŻDY wolny czas, wychodziłem z domu w piątek, wracałem w niedzielę o 17-18 do domu...
Uwielbiali mnie, tym bardziej że mieli siano, którego ja w życiu na oczy nie widziałem.
Pykło 24, ekipa sprecyzowała się do 12 osób, piękna relacja, wspaniałe lata. Z etatu wyskoczyłem w ubezpieczenia. Pierwsze 3 mies. staż, a potem JEB 7500, 8200, 9000 złotych miesiąc w miesiąc. Koszule, buty, fajny zegarek – pewność siebie poleciała w kosmos. Życie było cudowne. Później zaczęły się konsekwencje złych znajomości, telefony o drugiej nad ranem, jakieś błagania innych ledwo znanych ludzi o hajs, presja w pracy. Coraz mniej zaczął mi pasować ten schemat, w trzy miesiące zajechałem się tak, że błagałem mamę, żeby podjechała do mnie tramwajem pogadać, chociażby co miała przedwczoraj na obiad, co ma zamiar robić jutro, cokolwiek, żeby znaleźć jakiś brzeg, jakąś przystań, żeby spierdolić od tej karuzeli, pracy, znajomych, alkoholu, imprez, obowiązków – gdziekolwiek, byle się tylko czegoś chwycić.
Stwierdziłem, że nie mam zamiaru tak dalej żyć. Zamknąłem firmę, założyłem plecak i wyjechałem po miesiącu totalnie bez znajomych do Holandii. Szkoła życia pierwsze 3 lata, potem złamali mi nogę w pracy (typ wjechał we mnie wózkiem widłowym i zmiażdżył mi stopę...). Dwa lata nie mogłem chodzić, wyjść z pokoju o powierzchni 2x2.5 m, który wynajmowałem. W tamtym czasie w tym mieszkaniu mieszkało trzech już dość sędziwych mężczyzn (50+) oraz jeden gość koło 40, któremu ogromnie wiele zawdzięczam – nauczył mnie ogłady, obycia, jak się odnaleźć i poruszać w tym kraju.
Stanąłem na nogi, ówczesny kolega pomógł mi zapewnić pracę w bardzo dochodowej branży przemysłowej w tym kraju.
Minęło 5 lat. Znalazłem cudowną partnerkę, z którą nadal jestem, a nasza córka ma teraz 2,5 roku. Kiedy miała roczek, wróciliśmy do Polski, wynajęliśmy mieszkanie. Znalazłem od razu pracę na miejscu za dobre pieniądze. W końcu jest pięknie! Nie poddawajcie się! <3
Kieruję swoje wyznanie do matek ok. 40 roku życia, które zapragnęły stać się nowoczesne, założyć sobie Facebooka i wrzucają tam wszystko — zdjęcia, przemyślenia życiowe. Czasami nie zdają sobie sprawy, ile krzywdy robią dziecku, wystawiając niewinne i śmieszne zdjęcie z wakacji z podpisem „moi kochani”. Młodzi czasami bardziej zdają sobie sprawę z tego, że to, co tam jest, nigdy nie zniknie, bardziej niż dorośli. Powinna być, moim zdaniem, jakaś granica.
Córka mojej koleżanki jest poniewierana w szkole, śmieją się z niej właśnie przez to, co wrzuca jej mamusia do internetu. Zaraz powiecie, że trzeba się uczyć na krytyce, być pewnym siebie. ALE NIE ZAWSZE DA SIĘ BYĆ PEWNYM SIEBIE, GDY CAŁA SZKOŁA SIĘ Z WAS ŚMIEJE.
Modlę się tylko o to, aby dziewczyna nie zrobiła nic głupiego z powodu matki, bo sama stanęłabym przeciwko niej. Mówiłam o tym koleżance, stwierdziła, że to tylko takie słodkie zdjęcia jej córki jak śpi, a inne to pamiątka i milion wspomnień bardzo dla niej ważnych. Skoro ważnych, to na co się nimi chwalić przed koleżankami i kuzynostwem?
W moim mniemaniu ważne, bo moje i moich dzieci. Mam małego synka. Nigdy w życiu mu czegoś takiego nie zrobię. Niech zdjęcia, które tam wrzuci, będą jego odpowiedzialnością i jego decyzjami.
Nie róbcie tego swoim dzieciom, siostrzeńcom i innym ludziom, po prostu. To, co wam się wydać może śmieszne, dla innych może być końcem świata. A dla dziecka nie ma nic gorszego niż brak zrozumienia wśród rówieśników.
Poszłam z facetem pierwszy raz w życiu do restauracji indyjskiej. Coś przeglądam, zamówiliśmy i wjeżdża garnuszek sosu. Zjadam i mówię no fajna przystawka, ale zostawię sobie miejsce na danie główne. Po czym okazało się, że to było całe danie i to nie była przystawka, tylko ten kurczak w sosie...
W klasie pierwszej liceum postanowiłam wreszcie skorzystać z niesamowitej ulgi, jaką przynosi przerzucenie się z podpasek na tampony. Kupiłam w sklepie dwie paczki w rozmiarze „mini” i pełna optymizmu wróciłam do domu. Postępowałam według wskazówek na opakowaniu, lecz dla pewności poszukałam jeszcze instrukcji w internecie (wiadomo — najbardziej wiarygodne źródło). Po wykonaniu niezliczonej liczby figur gimnastycznych doszłam do wniosku, że się udało. Ciało obce przebywało sobie spokojnie w odpowiednim miejscu. W przypływie euforii poszłam na rolki, biegałam i cieszyłam się życiem bez ograniczeń. Niestety moja radość momentalnie umarła w momencie, w którym zrozumiałam, że moje wnętrze jest widocznie bardzo wygodne. Pan tampon nie miał zamiaru się z niego wyprowadzić. Przystąpiłam do misji „Eksterminacja”, która na moje nieszczęście zakończyła się fiaskiem. Ciało obce zablokowało się i tyle.
Popchnięta do ostateczności pojechałam z mamą na izbę przyjęć na oddziale położniczym. Panie w recepcji mało nie umarły ze śmiechu, kiedy moja mama z pełną powagą wtajemniczyła je w mój „mały problem”. Żeby rozładować napięcie, zaczęłam się śmiać razem z nimi. Zostałam odesłana do osobnego gabinetu, gdzie pani ginekolog, uprzednio znieczuliwszy moje miejsca strategiczne, zajęła się problemem.
Koniec końców tampon został wyciągnięty. A ja dowiedziałam się, że przez budowę mojej błony nie mogę korzystać z tego rodzaju środków higieny do momentu, w którym zacznę współżyć.
Ot, taka historia.
Miałam wtedy jakieś 3 lata i, jak każde dziecko, mnóstwo głupich pomysłów. Mianowicie czasami podjadałam suchą karmę mojego psa.
Pewnego dnia mama przyłapała mnie na jedzeniu psich chrupek i powiedziała, że jak będę tak dalej robić, to zamienię się w psa. Nie wiedziała jednak, że ta groźba wywoła całkiem odwrotny skutek. Jako wielka miłośniczka tych czworonogów, zaczęłam pochłaniać coraz więcej „przysmaków”, a nie widząc efektów (żadnej sierści, ogona ani czterech łap), sięgałam po nie coraz częściej. W końcu rodzice zaczęli psince gotować i przez to przeszłam na przymusowy odwyk.
Do tej pory czasem wypominam mamie, jak mnie oszukała...
Mam 16 lat i jestem duży – 195 cm wzrostu, 100 kg wagi. Jestem też po kilku lekcjach boksu.
Widziałem, jak pijany partner mojej mamy uderzył ją. Ja podszedłem i też go uderzyłem. Upuścił szklankę, ale jeszcze trzymał się przez chwilę na nogach. Po około 2-3 sekundach upadł na potłuczone szkło. Trafił do szpitala.
Boję się trochę, co będzie dalej.
Byłem swego czasu bardzo zapracowanym człowiekiem. Siedem dni w tygodniu po dwanaście godzin przez cztery miesiące pracowałem fizycznie. Ktoś zapyta: Dlaczego? Po co? Aż tyle?
Byłem przedsiębiorcą i zajmowałem się sprowadzaniem owoców i warzyw, ryb i owoców morza. Po dwóch latach pracy, czytania wszystkich regulacji, ustaw, ustępów, wytycznych, zasad i przepisów mój mózg nie dał rady. Firmę sprzedałem, wyjechałem za granicę i przez cztery miesiące pracowałem na budowie.... To najpiękniejsze pęcherze na dłoniach i najsłodsze zakwasy w całym dorosłym życiu. Wychodziłem poza plac budowy i puf! – nie myślę o niczym... Kto prowadzi jakikolwiek biznes, zrozumie, o czym mówię.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że w te cztery miesiące na budowie zarobiłem tyle, co w Polsce we własnej firmie w rok — obrót był większy, ale faktyczny zysk był okupiony mnóstwem pieniędzy wydanych na ludzi, którzy pomagali mi ogarnąć wszystkie zasady. Kapitalizm...
Jestem mamą ponad rocznego dziecka, obecnie na urlopie, który niedługo się kończy i (mam nadzieję) wracam do pracy. Z narzeczonym niedawno kupiliśmy własne mieszkanie, on pracuje trochę zdalnie, trochę stacjonarnie. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że od porodu nie poznaję siebie. Nie chodzi o dziecko, dziecko jest wspaniałe, jednak ja nadal przyzwyczajam się do nowej sytuacji. Do tego, że mam mało czasu dla siebie, do tego, że musiałam zmienić priorytety. Kiedy narzeczony jeździ do pracy, ja jestem w domu sama z dzieckiem, często nie jestem w stanie wypić na spokojnie kawy, zjeść obiadu, czasem o prysznicu mogę sobie jedynie pomarzyć. Nie mam czasu na stałe sprzątanie po dziecku, na sprzątanie mieszkania, a wieczorem jestem zmęczona, ale jednocześnie cieszę się, że wreszcie mogę zrobić rzeczy, które w ciągu dnia były nie do wykonania.
Nieco inaczej wygląda to, gdy narzeczony pracuje w domu, wtedy z reguły proszę go o przypilnowanie dziecka, a ja mogę spokojnie wziąć prysznic czy wypić kawę. Oczywiście nie robię z siebie męczennicy, czasem dni są lepsze i mogę nawet się umalować przed wyjściem na spacer i przy okazji zrobieniem zakupów. Wtedy też często słyszę od narzeczonego, że na spacery z nim się nie maluję. Czasem słucham przytyków, że nic nie ogarnęłam w kuchni, że mogłam wstawić pranie, a tego nie zrobiłam. Każde moje wyjście do sklepu to tłumaczenie setki razy, po co idę, „bo przecież wszystko mamy”. Kupić chleb? A po co, jest jeszcze. Tak, kuźwa, jest jedna kromka dla mnie na śniadanie, bo on rano kupi sobie bułeczki i pójdzie szczęśliwy do pracy, a ja rano muszę wyjść z dzieckiem kupić sobie coś, żeby nie głodować.
Czuję, że kompletnie się zatracam w tym nowym życiu, mam mało czasu, nie mam go na tyle, żeby jak kiedyś codziennie chodzić pięknie ubrana, umalowana i uśmiechnięta od ucha do ucha. I nie, nie żałuję, że mam dziecko. Kocham je najmocniej na świecie, z narzeczonym fizyczna bliskość nie ucierpiała, potrafię pozostawić granice, dziecko od dawna śpi ładnie w nocy w swoim pokoju. Czasem tylko chciałabym usłyszeć coś miłego na swój temat zamiast pretensji, że sobie nie radzę.
Jak miałem może 7-8 lat i byłem na wakacjach u rodziny na wsi, bardzo doskwierały mi komary. Pewnego dnia złapałem jednego komara do słoika. Następnie waliłem w słoik łyżką, krzyczałem, robiłem straszne miny, a nawet zanurzałem słoik w wodzie. Po kilku godzinach wypuściłem komara przez okno.
Miałem nadzieję, że ten udręczony komar opowie kumplom, że do tego domu lepiej nie przylatywać, bo mieszka w nim wariat. Niestety albo nie opowiedział, albo nie uwierzyli ;)
Dodaj anonimowe wyznanie