Lubię dziewczyny ze skazami.
Nie mówię tu o charakterze, wolę się nie spotykać z manipulantką albo zołzą. Za to wszystkie wady ciała niesamowicie mi się podobają, zaczynając od znamion, blizn aż do zniekształceń czy innych skrzywień.
Takie o, moje małe dziwactwo :)
Gdy byłam mniejsza, wytworzyłam teorię na temat telewizji. Dość długo wierzyłam, że filmy to nagrania z ukrytej kamery normalnych ludzi i po prostu te ciekawsze trafiają do telewizji. Pewnego dnia odkryłam stronę dla dorosłych i jak to każde trochę starsze dziecko, byłam ciekawa swojego ciała. Podczas oddawania się swojej pierwszej przyjemności przypomniało mi się, że przecież ukryte kamery mogą mnie nagrywać i puścić to w telewizji. Byłam tym tak przestraszona, że codziennie spędzałam dość sporo czasu na szperaniu w internecie i upewnianiu się, czy nigdzie nie ma filmiku ze mną.
Mój chłopak i jego kumple mało nie podusili się ze śmiechu, oglądając film. Film, na którym zmieszana próbuję śpiewać na występie przed całą szkołą i rodzicami.
Cała niezręczność sytuacji polegała na tym, że z przerażenia na scenie posikałam się w spodnie – przed wszystkimi.
Dzięki za udostępnienie mu tego filmu... MAMO!
Zawsze kiedy w szkole organizowana była wycieczka, mówiłam, że nie chcę na nią jechać, ewentualnie, że wolę mieć parę dni wolnego. Tak naprawdę moi rodzice nie chcieli mi na nie dawać pieniędzy, bo uważali, że nie ma sensu, żebym na nie jechała, bo i tak nic nie zapamiętam. Właściwie to tak było, odkąd pamiętam, czyli klas 1-3 podstawówki.
Teraz wiem, że przy małej wypłacie i pracującym jednym rodzicu taki wydatek rzędu paru setek złotych to mógł być problem, ale w szkole było mi strasznie przykro, kiedy wszyscy później wspominali i się śmiali, a ja po prostu siedziałam cicho w klasie.
Takie nastawienie do „oszczędzania” na wycieczkach czy innych „niepotrzebnych” akcjach tak we mnie wsiąkło, że nawet na swoją studniówkę nie poszłam, choć bardzo chciałam. Nasza sytuacja materialna się poprawiła (nastawienie rodziców też) i nie byłby to problem, żebym gdzieś pojechała, ale nie mogę wyrzucić takiego myślenia z głowy – po co tyle wydawać na jedną noc itp.
Mam dosyć swojej matki. Całymi tygodniami się uczę, ponieważ kazała mi iść do najbardziej wymagającej szkoły. Nie jestem geniuszem ani prymuską, więc tylko narzeka, że wcale jej nie pomagam i „wymiguję” się nauką. Co z tego, że co dzień myję naczynia i wieszam pranie? To za mało!
Wczoraj o 23 kazała mi iść rozwiesić pranie, bo ojczym jest zmęczony zakupami itd. Chociaż wykonałam więcej prac od niego, stwierdziłam, że nie będę się przekomarzać. Rano znalazłam śmieci po prezerwatywach na komodzie. Boże, jaki on był zmęczony! Dzisiaj siedział cały dzień, kawusia, pierniczki... Ja oczywiście zakupy, pranie, naczynia. Kiedy chciałam odpocząć, wydarła się, czy mi nie wstyd, że on musi coś robić!
Broń Boże wziąć telefon do ręki. Po 30 sekundach (dosłownie!) wyrywa mi go z ręki i daje karę na kolejne 2 dni.
Z ich związku jest kilka dzieciaków. Jeśli któreś z nich nie umie czegoś, to oczywiście moja wina. Bo im nie pomagam, bo ich nie uczę, nie czytam im... A ja tylko dalej cierpię po stracie ojca.
Chcę mieć już tę cholerną osiemnastkę, usamodzielnić się. Siedzę w pokoju i ryczę, bo jedyna osoba, która mi została, właśnie staje się moim wrogiem. Ojczym nigdy nie okazywał mi miłości, kasy też nie dawał.
Napisane trochę chaotycznie, wybaczcie. Teraz muszę tylko otrzeć łzy i iść myć naczynia.
Czasy gimnazjum, kilkanaście lat temu. Określenie „gimbaza” jeszcze wtedy nie funkcjonowało, ale dwóch kolegów z klasy mogłoby uchodzić za prekursorów gatunku.
Mianowicie wpadli na bardzo „inteligentny” pomysł, by wydrukować nekrolog nielubianej przez nich nauczycielki i powiesić kartkę wśród innych na bramie pobliskiego kościoła.
Sprawa szybko się wydała, nauczycielka dosyć mocno to odczuła zdrowotnie, sprawców nie wykryto.
Tzn. nie wykryto do pewnego momentu. Bo ja wiedziałam, kto to zrobił. Przypadkiem siedziałam na tylnym siedzeniu samochodu zaparkowanego pod bramą (mama załatwiała coś w kościele), więc koledzy mnie nie widzieli, pomimo iż uważnie lustrowali i nasze auto, i to stojące obok. Jednak na nich nie doniosłam. Bałam się, że się dowiedzą (a był to typ ludzi, którzy potrafili uprzykrzyć życie), zresztą nawet nie byłam pewna, czy dyrektor mi uwierzy na słowo, bo żadnych dowodów nie miałam.
Co zrobiłam? Wydrukowałam ich nekrologi, powiesiłam na tej samej bramie oraz na wszelki wypadek na wejściu do szkoły. Co zabawne, koledzy na ich widok tak się wystraszyli, że ktoś ich wykrył, że sami poszli do dyrektora i się przyznali. Musieli przeprosić nauczycielkę na apelu w obecności całej szkoły, do tego obniżono im zachowanie.
Nikomu nigdy się nie przyznałam, że to byłam ja. Bo nauczycielka była surowa i wymagająca, miała też specyficzny sposób bycia i wypowiadania się (możliwe, że ze względu na wiek), ale była też sprawiedliwa, odnosiła się z szacunkiem do uczniów i nikogo nie faworyzowała ani nie gnębiła (nawet wspomnianych kolegów po całej sytuacji traktowała na równi z innymi). I chociaż nie lubiłam jej przedmiotu, to do dziś wspominam ją jako jednego z najlepszych nauczycieli, jakich spotkałam w swoim życiu. A wtedy po prostu uznałam, że nie zasłużyła na coś takiego tylko dlatego, że dwóch dzieciaków nie radziło sobie z materiałem i w taki sposób postanowili to na niej odreagować.
Wczoraj zmarła moja matka. Wiecie, co czuję? Nic.
Mam 29 lat, własną firmę i mieszkam poza granicą Polski. Do wszystkiego doszłam sama, a w oczach mojego rodzeństwa jestem najgorszą osobą na świecie.
Opowiem Wam dlaczego.
Odkąd pamiętam, moi rodzice spożywali alkohol, i to w niemałych ilościach.
Mój ojciec dostawał szału, jak tylko się napił. Rozwalał meble, bił nas i naszą matkę. Ale to nie było takie normalne bicie. Powiedziałabym, że było bardzo wyszukane. Do dzisiaj mam ślady na plecach po pogrzebaczu do pieca. Mój brat ma bliznę na nadgarstku po małej siekierce do drewna. Całe nasze ciała są pokryte bliznami.
Moja matka nie była lepsza, gdy widziała, że jestem gdzieś chwalona, faworyzowana, gdziekolwiek, nawet w szkole, to w domu dostawałam taki wpierdol, że przez tydzień nie mogłam iść do szkoły!
A jak ojciec się dowiedział, że matka mnie nie puszczała do szkoły, to na samo wspomnienie przechodzą mnie ciarki.
Kiedyś po kolejnej pijackiej bibie, jak jeszcze zima była naprawdę surowa, matka wyrzuciła mnie z domu w samej piżamie bez butów na zewnątrz. Uciekłam wtedy do dziadków, a stamtąd z odmrożeniami trafiłam do szpitala.
Co więcej, moi rodzice byli cwani. Tak nas zastraszali, że słowem nie pożaliłam się moim dziadkom, że coś jest nie tak. Byłam tak szczęśliwa, jak dziadek zabierał mnie do siebie, że od razu zapominałam, co się dzieje. Jednocześnie wiedziałam, że za 2-3 dni będę musiała wrócić do domu, przez co ciągle żyłam w strachu.
Moi dziadkowie też nie mieli łatwo z moim ojcem (jednocześnie ich synem) – zastraszał ich, mówił, że gdzieś mnie wywiezie, jak tylko komukolwiek zgłoszą, co się u nas dzieje.
Pewnie zapytacie, co na to opieka społeczna, policja, nauczyciele?
Sprawa nie była łatwa. Jak już wspomniałam, rodzice byli cwani, świetnie się tłumaczyli ze wszystkiego. W nauczycielach też nie miałam oparcia. W ich oczach byłam leniwa, brudna. Ba! Jak kiedyś poskarżyłam się pani pedagog, co się u nas dzieje, jak pokazałam jej moje plecy i ślady po papierosach na stopach, to stwierdziła, że zmyślam, bo nie chce mi się uczyć! Na następny dzień wezwała moją matkę i wszystko jej opowiedziała. Dosłownie wszystko.
Jak się domyślacie, w domu czekał mnie koszmar. Miałam do wyboru kabel, pogrzebacz i pas z ogromną klamrą. Sąsiedzi wzywali policję, ale ta jak tylko się pojawiała, to w domu nastawała cisza. Udawali, że nikogo nie ma w mieszkaniu.
To tylko początek mojej historii, to, jak trafiłam do rodziny zastępczej, a potem sama stałam się rodziną zastępczą dla mojego rodzeństwa, to nic w porównaniu z tym, co miałam w domu.
Pomimo tego wszystkiego, co nas spotkało, moje rodzeństwo jest pogrążone w wielkiej żałobie, rozpaczają i lamentują. Nie rozumieją, że śmierć takiej osoby nie jest powodem, aby zapomnieć, to nie jest powód, aby wybaczyć. Nie komuś, kto na ziemi zrobił ci piekło.
Mam 16 lat i nie miałem fajnego dzieciństwa. Może tak mi się po prostu wydaje, bo jestem zaślepiony faktem, że nie mam ani jednej rzeczy, do której mógłbym powracać, gdy będę dorosły. Bo zakładam, że jeżeli nie przeżyliście żadnego kataklizmu czy innej katastrofy, to macie jakąś pamiątkę z dzieciństwa. A czy to ulubiona książka, komiks, zabawka, gra? Każdy z was ma coś takiego, prawda? Ja nie mam, bo moja kochana mamusia wszystko, co moje, musiała rozdawać i oferować wszystkim dokoła... Ojciec opuścił nas kiedy miałem roczek, więc nie było nikogo, kto by moją mamę hamował...
Kiedy miałem pięć lat, bardzo spodobało mi się kolekcjonowanie figurek z Kindera. Miałem całe „miasteczko” postaci, codziennie wycierałem je z kurzu, tak o nie dbałem! Wielokrotnie dawałem mamie znać, że bardzo je lubię i chciałbym mieć ich jeszcze więcej, na co przytakiwała.
Pewnego dnia miała miejsce jakaś uroczystość rodzinna, a że nie mieli gdzie dać trzyletniego wówczas Bartusia, żeby się pobawił, to wpuścili go do mojego pokoju. Byłem miłym dzieckiem, zaoferowałem mu wspólną zabawę figurkami z mojej kolekcji, ale on stał tak chwilę bezczynnie... i nagle zaczął wszystkie figurki pchać do mordy. Krzyknąłem na niego, żeby przestał, ale on dalej gryzł, pluł, ściskał, niszczył, ślinił te zabawki. Bardzo mnie to zdenerwowało i go odepchnąłem. Ten poleciał na pupę i momentalnie zaczął ryczeć. Zawołałem mamę, bo bardzo mnie to zdenerwowało i chciałem, żeby Bartuś sobie poszedł. Ale ona zjawiła się z mamą Bartusia i spokojnie poprosiła go o wyplucie zabawek, a mnie poprosiła do łazienki na ROZMOWĘ w cztery oczy, gdzie mnie skrzyczała, że nie wolno tak, że Bartuś jest mały i tylko chciał się pobawić.
Kiedy poszedłem już do swojego pokoju, mama Bartusia siedziała z nim na moim łóżku i go uspokajała. OSTRZEGŁA mnie, żebym się nie zbliżał, bo Bartuś się mnie boi. Tłumaczyła mu, że ja tak niechcący go potrąciłem. W tym czasie mama gdzieś poszła. Kiedy wróciła, wrzuciła wszystkie moje figurki do foliowej torebki, zawiązała sznureczkiem i wręczyła Bartusiowi ze słowami (pamiętam to jak dziś): „Masz, bo Kubuś już wyrósł i nie będzie się nimi bawił!”. Kiedy ja zacząłem płakać i krzyczeć, żeby to zostawiła, mama moja i mama Bartusia uciszyły mnie, że już jestem stary byk i kto to myślał...
Jakiś czas później odwiedziliśmy Bartusia i wtedy pod bramą znalazłem kawałki swoich figurek...
Nie był to jedyny przypadek, bo później był motyw z oddaniem mojego kochanego kubka jakiemuś obcemu dziecku, wyszarpywaniem mi słodyczy z rąk, żeby oddać innemu chłopcu, niszczeniem moich klejonych modeli, użyczeniem mojego pokoju wujkowi alkoholikowi... Przez to wszystko mam ciągłe poczucie, że nie mam nic swojego.
Jedną z najobrzydliwszych rzeczy, jakich doświadczyłem w życiu, był pogrzeb chłopaka z mojej klasy, który w drugiej licealnej odebrał sobie życie. Ceremonia była naprawdę piękna, przemowy, kwiaty w rękach wszystkich, cichy przemarsz setek ludzi z kościoła na cmentarz... Cóż więc było w tym takiego obrzydliwego?
Otóż przyszli dosłownie wszyscy uczniowie naszej szkoły, blisko 400 osób. Spośród nich tylko garstka opłakiwała chłopaka – reszta chciała się po prostu zerwać z lekcji, bo dyrektor ogłosiła, że wszyscy uczestniczący w pogrzebie mają tego dnia usprawiedliwione nieobecności.
Moja wanna jest ustawiona tak, że kiedy biorę kąpiel, od dobrych kilku miesięcy mam widok na pudełko Vizira – a podczas prysznica lubię sobie dogodzić ( ͡° ͜ʖ ͡°).
No właśnie...
Dzisiaj podczas zakupów podnieciłam się podczas szukania proszku do prania.
Zajebiście – nieświadomie zabawiłam się w Pawłowa... ://
Dodaj anonimowe wyznanie