Ten zabawny moment w życiu, gdy nawet twoje najbliższe grono znajomych mówi, że w sumie dziwne by było gdybyś się kimś zainteresowała w romantyczny sposób, a ty sama jesteś w tym momencie zainteresowana kimś, kto jest poza twoim zasięgiem, ale chcesz wspierać tą osobę w jej relacji i wystarczy ci bycie w towarzystwie tej persony i kiedy naprawdę chciałabyś poznać jak to jest być w związku i obdarzyć kogoś miłością i być nią obdarzona, bo mimo swojego wieku nigdy nie wpadłaś jak śliwka w uczuciowy kompot, a związki znasz jedynie z opowieści i obserwacji.
Tak, to dziwne uczucie jak na kogoś w połowie swoich dwudziestych lat. Nie mam pojęcia co myśleć o tym. Chciała, to tylko z siebie wyrzucić.
Pewnego razu poszłam z moim psem Aresem do weterynarza. To był taki mały, osiedlowy gabinecik, który niestety często musiałam z moim pupilem odwiedzać. Weterynarzy było tam tylko dwóch, więc już po kilku wizytach, bardzo dobrze nas kojarzyli.
Wchodzę do środka, tłumaczę, że miałam przyjść na kontrolę z psem w sprawie łapy, na co weterynarz mówi:
- Tak, tak, pamiętam. Proszę dać księżniczkę na stół.
Trochę się zdziwiłam, że tak powiedział, bo przecież dobrze wie, że to pies, a nie suczka. Nachyliłam się więc do mojego psa, poczochrałam go po grzbiecie i odpowiedziałam śmiejąc się:
- To jest książę!
Wzięłam go na ręce i postawiłam na stole.
Pan spojrzał na mnie, wydawało się, że widzę w jego oczach dwa znaki zapytania. Nic nie odpowiedział, ja też już milczałam i staliśmy tak, patrząc na siebie kilka sekund, aż jakimś cudem doszło do mnie, że on powiedział "książeczkę" - "proszę dać książeczkę na stół". Przerwałam tę niezręczną ciszę prawie krzycząc:
- Aaaa książeczkę zapomniałam, zostawiłam w domu.
Jestem w kropce. Chcę rozstać się z facetem, z którym mam dziecko, wspólny kredyt oraz pracę za granicą w jednej firmie. Kompletnie nie wiem, jak to wszystko zrobić. Boję się, że sama nie poradzę sobie finansowo, bo mimo tego że pracuję za granicą, to życie tam jest drogie. Do tego jeszcze ten cholerny kredyt w Polsce i mieszkanie...
Tak już dłużej nie da się żyć, bo żyjemy jak współlokatorzy. Nasz "związek" jest na takim etapie, gdzie kompletnie ze sobą nie rozmawiamy, nie śpimy razem... Wiele mi ten człowiek zrobił przykrości przez te 6 lat, ale nie chcę się rozpisywać, po prostu chcę wiedzieć, co zrobilibyście na moim miejscu, aby się z tego uwolnić i aby dziecko zostało ze mną, bo wiem, że on będzie robił mi problemy i chciał zabrać mi małego, mimo że nie ma do tego żadnych powodów.
Kartkówkę z biologii z kręgowców pamiętam jak dziś i chyba nigdy nie zapomnę. Trzecia klasa gimnazjum. Mój strach przed tą nieszczęsną kartkówką był tak ogromny, że zaczęłam udawać, iż boli mnie strasznie brzuch. Wyczytałam w internecie, że takie poważniejsze sprawy związane z brzuchem dzieją się w jego prawej dolnej części. Chodziło dokładnie o "atak wyrostka", wszystko dlatego, by moi rodzice nie puścili mnie do szkoły na następny dzień.
Przerażeni moim krzykiem i udawanym zwijaniem się z bólu, zabrali mnie do szpitala, na ostry dyżur. Pomyślałam - super! Zostanę może kilka dni, nie będę musiała chodzić do szkoły, co było dla mnie wtedy dodatkowym atutem. Niestety pech chciał, że lekarz przy badaniu nacisnął mi na brzuch tak mocno, że zapiszczałam z bólu. Wyrok - do operacji.
Możecie sobie wyobrazić, jak zaczęłam wyć z przerażenie, bo przecież udawałam! Nikt nie uwierzył w moje tłumaczenia o kartkówce z biologii. Moi rodzice do dnia dzisiejszego nie wierzą mi, że miałam wycięty wyrostek ze strachu przed jedynką, choć mam już 21 lat.
Chciałbym zacząć od razu od pytania... Co się dzieję z moją rodziną? A teraz dokładnie opiszę...
Ponad 10 lat temu moja siostra razem ze swoim mężem i dziećmi już dorosłymi zamieszkali w Anglii. Na początku wszystko było dobrze, utrzymywaliśmy kontakt przez kilka lat, odwiedzali nas oraz dawali drobne upominki.
Od 4 lat zaczęło się coś dziać, na początek rzadki kontakt, potem unikanie rozmów itd... W tym roku przez przypadek u dentysty spotkałem męża siostry, oboje żeśmy się zdziwili. Gdy zapytałem co tu robi to powiedział, że do dentysty i przy okazji odwiedzić rodzinę. Następnego dnia przyjechał do mnie i mówi nie spodziewał się tego spotkania, i się nie przygotował. Wychodzi na to, że tak naprawdę do tego spotkania dojść nie miało. Zaczął mi opowiadać, że istnieją kosmici, ściana to nie ściana bo jej nie ma, wszystko co jest i stoi to naprawdę hologram. Jest takie coś jak czakra głowy itd... Kompletnie nie wiedziałem co się z nim stało... Jakoś miesiąc później dzwoni siostra i mówi abym odkładał pieniądze i budował bunkier. Zamurowało mnie... Zaczęła się tłumaczyć, że ma obowiązek powiadomić bliskich i rodzinę bo zbliża się Koniec Świata...
Nie wiem jak mam o tym myśleć, ale mają całkowicie zrobione "pranie mózgu", myślę że należą do jakiejś sekty albo nie wiem co. Napiszcie mi co o tym sądzicie i jak to traktować. Każdy wie że końców miało być już z 20 i nikt tak naprawdę nie wie kiedy to się stanie i żaden bunkier nie pomoże. Liczę na wasze opinie ...
W dzieciństwie byłam strasznym niejadkiem. W wieku mniej więcej od 4 do 8 lat miałam problemy z przełykaniem najzwyklejszych posiłków, a większość mnie obrzydzała. Potem mi przeszło. W jednym z wyznań chłopcu zrobili ''przymusową lewatywę''. Moi rodzice mieli trochę inne sposoby:
- Bicie. Za każdy niedojedzony posiłek. A porcje były ogromne. Codziennie były awantury i codziennie dostawałam pasem.
- A jak już dostawałam pasem, to zamykali mnie w pokoju i nie dostawałam jedzenia do końca dnia, żeby docenić to co mam.
- Nie pozwalali mi wstać od stołu, dopóki nie skończę jeść. Czasem litowali się gdzieś koło północy. Czasem siedziałam przy stole do rana.
- Gdy zaczęłam chodzić do szkoły i nie chciałam jeść śniadań, zostawałam w domu dopóki nie zjadłam, w towarzystwie awantur. Potem często jeszcze zapłakana wchodziłam do klasy w połowie zajęć.
Oczywiście pełno było wpychania jedzenia na siłę, wymiotowania i tak dalej. Zastanawiam się, jakim cudem jem teraz normalnie.
Mój chłopak złożył mi życzenia na urodziny.
Życzył mi urody i jędrnego biustu.
Leżałam w łóżku z moim chłopakiem i oboje nie mogliśmy zasnąć. Wymyśliłam grę w "co by było gdyby" - wiecie, odpowiadaliśmy sobie nawzajem na pytania czysto hipotetyczne, takie gdybanie.
Gdy zapytałam chłopaka co by było, gdyby mnie nie poznał, odpowiedział, że miałby święty spokój.
Wczoraj w środku nocy zadzwonił telefon. Usłyszałem głos lekarza – mój dziadek przeżył atak serca. Czym prędzej ruszyliśmy do szpitala.
Najstarszy członek naszego rodu miał sporo szczęścia – jego życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo i po tygodniu obserwacji może jechać do domu. Problem w tym, że babcia nie chce nawet słyszeć o tym, żeby do niej wracał. Czemu? Bo okazało się, że dziadek dostał ataku serca po tym, jak w tajemnicy udał się do mieszkania swojej „pani na boku” i nałykawszy się niebieskich pigułek, przez pół nocy oddawał się miłosnym uniesieniom. A oboje mają 81 lat...
Od dziecka byłam uczona, że trzeba reagować. Ktoś upada i nie wstaje? Sprawdzasz, co się dzieje. Ktoś się z kogoś wyśmiewa? Stajesz w jego obronie. Ktoś dostaje ataku padaczki? Chronisz głowę i zęby, wzywasz pogotowie. Ktoś kogoś atakuje? Bronisz go.
No i właśnie, à propos ostatniego...
Czekałam sobie spokojnie na przystanku na autobus (było coś w okolicy 20:00) i chwilę po mnie przyszła tam jakaś parka. Nikogo więcej w okolicy. Wyglądali naprawdę normalnie, żadnych znaków, po których można by się spodziewać tego, co się działo dalej. Zaczęli się kłócić, facet zaczął szarpać dziewczynę. Ja się cała napięłam, ale stwierdziłam, że może puściły mu nerwy i zaraz będzie koniec. Myliłam się.
Facet pociągnął dziewczynę za włosy, a potem przywalił jej naprawdę mocno w twarz, aż ta upadła na beton, potem zasadził jej jeszcze dwa kopnięcia w brzuch i w głowę.
Na początku mnie zmroziło, potem zaczęłam do nich biec i drzeć się, żeby ją zostawił. Facet w ogóle nie zwrócił na mnie uwagi, więc w przypływie adrenaliny (lub głupoty) przywaliłam mu w twarz i odepchnęłam od dziewczyny. Niestety szybko się otrząsnął i zaczął mnie okładać pięściami, a gdy się przewróciłam, zostałam skopana. Nie wiem, jak by się to skończyło, gdyby nie to, że z naprzeciwka właśnie wychodzili z sali klubowej bokserzy. Szybko do nas podbiegli, obezwładnili faceta, wezwali pogotowie i policję.
W karetce straciłam przytomność, ocknęłam się w szpitalu. Miałam złamane trzy żebra i nos, poza tym na szczęście tylko miały mi zostać siniaki.
Życie mnie potem nauczyło, że lepiej mi było uciekać z tego przystanku, ale nie dlatego, że zostałam podbita.
Facet wniósł przeciwko mnie oskarżenie, że zaatakowałam ich bez powodu – najpierw pobiłam ją, a potem chciałam się brać za niego, a on się tylko bronił. Dziewczyna, której broniłam, zeznała dokładnie tak samo.
Na ich nieszczęście przy klubie była kamera, która wszystko zarejestrowała, więc sprawa szybko się wyjaśniła, a facet został aresztowany. Nie chciałam wiedzieć, co się z nim dalej stało.
Boli mnie w tym wszystkim najbardziej to, że ta dziewczyna zeznawała przeciwko mnie. A bardzo możliwe, że oddycha dziś dzięki mnie, bo gdyby nie ja i ci bokserzy, kto wie, czy by jej tam nie zakatował.
Życie czegoś jednak uczy. Następnym razem nie będę nikogo bronić. Będę uciekać jak najdalej i jak najszybciej i wtedy ewentualnie wezwę policję.
Dodaj anonimowe wyznanie