#Dr0xj

Dużo się słyszało niedawno o przypadkach niedokładnych testów, które pokazywały wyniki dodatnie w niemożliwych sytuacjach. W pracy miałem zadanie zebrać wymazy wszystkich pracowników do laboratorium, ale żeby było szybciej to wszystkie próbki zrobiłem na sobie i przekazałem koledze do sprawdzenia. Okazało się, że na 17 testów było 13 negatywnych i 4 pozytywne. Pewnie pomyślcie, że używane testy były do kitu, otóż nie... Kolega chciał dogryźć kilku współpracownikom, dlatego wpisał im wyniki dodatne i przez to trafili na kwarantannę.

#okE4P

Kiedy skończyłem szkołę średnią, odkryłem, że nade mną wisi jakieś dziwne fatum.

Mój samochód tak się psuł, że co miesiąc musiałem jeździć do mechanika, a nawet raz policja mnie holowała do mechanika, mówię serio. Z czasem doszedłem do wniosku, że wszystko czego tylko dotknę albo z czym mam coś wspólnego się psuje!

Zaczynałem od pracy na produkcji, robiliśmy półosie samochodowe na linii.
Każdy jeden dzień w pracy był dość ciekawy, gdy tylko pojawiłem się w pracy i zaczynaliśmy produkcję, wtedy maszyny zaczynały się psuć, gdy tylko ja byłem w pobliżu. Przez pierwsze tygodnie pracy byłem przydzielony na jednej linii, wyglądało to tak, że bardzo często przychodził technolog, automatyk albo mechanicy, żeby naprawić moje stanowisko albo kolegi obok mnie. Lider zmiany, dość wesoły facet, śmiał się później, że to ja wszystko psuję i wysłał mnie na maszynę, która nigdy nie miała awarii. Zaczynam pracę, minęło około godziny i... Maszyna miała taką awarię, że przez dwa dni ją naprawiali.

Po paru miesiącach w firmie, kiedy tylko przychodziłem do pracy, to koledzy z pracy witali mnie słowami: tylko nie psuj! Najlepsze było jak zatrzymałem całą nowo wybudowaną linię, albo jak mechanicy ze szlifierką naprawiali moje stanowisko, chociaż mój rekord to cała ekipa technologów, automatyków i mechaników linii, do której mnie kiedyś przydzielili.

Później zrobiłem prawo jazdy na samochody ciężarowe i zacząłem jeździć po Europie. Koledzy się śmiali, że cała Europa padnie, jak zacznę tam jeździć.
Firma transportowa, w której jeździłem, zaczęła upadać, a w całej Europie nagle szaleństwo i wirus. Wszyscy, którzy mnie znają, śmieją się, że to przeze mnie.

Ostatnio dostałem się do służby więziennej. Dwa dni po moim przyjęciu do służby pojawił się na fb artykuł, że około 20 tys. więźniów ma wyjść na wolność.

Ludzie, ratunku!

#iRz10

Kiedyś pracowałem w Holandii, a że byłem młody (w zasadzie nadal jestem),
to od czasu do czasu korzystałem z "przywilejów" europejskiej Jamajki. Jednym z moich towarzyszy tripów był dobry znajomy z pracy, ale pech chciał, że mieszkaliśmy bardzo daleko od siebie, więc raz na jakiś czas - zazwyczaj w piątek - gdy chcieliśmy sobie porozmawiać i zapalić, jechaliśmy do Amsterdamu i tak sobie siedzieliśmy do późnego wieczoru gdzieś na uboczu, rozmawiając na różne tematy.

Tego dnia wracałem właśnie z takiego spotkania do domu, lecz wracałem trochę wcześniej niż zwykle, ponieważ musiałem być w domu przed 20. Wchodząc na stację zauważyłem, że pociąg do mojej miejscowości już czeka na peronie, więc czym prędzej ruszyłem w jego kierunku, zająłem miejsce stojące, no i tak sobie stałem, starając się patrzeć w ziemię i nie zwracać na siebie uwagi przez swoje oczy chińskiego szpiega. Z minuty na minutę w przedziale robiło się coraz ciaśniej, aż w końcu zostałem praktycznie przyparty do tylnej ścianki przedziału, chwilę później pociąg ruszył, a ja w pewnym momencie zauważyłem, że w przedziale - przy samych drzwiach wejściowych - kłóci się jakaś para z kobietą... a raczej... no, powiedzmy, że ta kobieta miała 1,5 m na 1,5 m.. Nie mam pojęcia o co się kłócili, ale kobieta wydzierała się wniebogłosy, a gdy pociąg zatrzymał się na pierwszej stacji, jakoś przepchała się przez tłum ludzi i stanęła po przeciwnej stronie, wprost przede mną, chyba żeby się "odciąć" od jakiegokolwiek kontaktu z parą.

I tu zaczął się mój koszmar... Byłem - przez nią, jak i innych współpasażerów - nadal przyciśnięty do ścianki, w zasadzie nie mogłem się ruszyć, a gdy pociąg ruszył, zauważyłem, że ta kobieta dziwnie się do mnie odwraca, a następnie poczułem, że zaczyna się ocierać swoim dupskiem o moje krocze... NIE - nie byłem tak bardzo spalony, NIE - to nie były "turbulencje", widziałem jak odwraca głowę i uśmiecha się do mnie, natomiast byłem na tyle spalony, żeby być w stanie paniki, przerażenia całą sytuacją oraz natychmiastową potrzebą zwymiotowania (nie mam nic do osób otyłych, po prostu opisuję, co się wtedy ze mną działo). Nie mogłem odezwać się słowem, po prostu mnie zacięło, stałem tak i w zasadzie dawałem się molestować, a te 5 minut, które były do następnej stacji trwały całą wieczność, lecz gdy w końcu dojechaliśmy, pokonałem sam siebie w głowie, przełknąłem ślinę i głośno powiedziałem "I'M SORRY", po czym zacząłem przepychać się w kierunku wyjścia. Po wyjściu myślałem, że się popłaczę ze szczęścia, ze śmiechu, i chyba ze strachu też trochę...

Od tamtej pory, gdy stałem w pociągu i kolejka "dopychała" mnie w kierunku ścianki, zawsze stawałem do niej twarzą :D Traumy nie było, ale długo ogarniałem co przed chwilą się... ekhem, stało.

#m9occ

Dostałem w prezencie butelkę ostrego sosu z jakichś meksykańskich papryczek chilli. Kiedy próbowałem nalać sobie trochę tego specyfiku na łyżeczkę, parę kropel ufajdało mi palce. Nie przejąłem się za bardzo. Faktycznie – sos był piekielnie ostry. Od razu przyssałem się do kranu i wypiłem chyba z litr zimnej wody, która wprawdzie złagodziła ogień w mojej twarzy, ale nie powstrzymała smarkania i łez. Otarłem oczy dłońmi. Wtedy poczułem niewyobrażalny ból. No, tak – właśnie wpakowałem sobie pod powieki wspomniane wcześniej kropelki piekielnego sosu.

Wrzeszcząc i miotając się w agonalnym cierpieniu, odbijając się od ścian i wywracając meble, pobiegłem do łazienki. Tak, jak stałem, w ubraniu wszedłem pod prysznic. Musiało minąć z dwadzieścia minut zanim zimna woda opłukała moje oczy. Wzrok był uratowany! Ciągle piekło, ale mogłem już jakoś funkcjonować. Kiedy wychodziłem z kabiny, poślizgnąłem się wyrżnąłem głową w kant pralki...

Właśnie wróciłem do domu. Byłem na pogotowiu. Mam pięć szwów na samym środku czoła. Podobno blizna zostanie mi na całe życie.
Pikantne żarcie? Odradzam!

#8RJCX

Jestem kelnerem w pewnej restauracji, która cieszy się w moim mieście dobrą opinią. Dodam, że jestem opanowanym człowiekiem i ciężko mnie zdenerwować. Tyle słowem wstępu.

Wiem, że jest tu wiele osób, które mają dzieci, więc może wpłynie to jakoś na dorosłych. Nic mnie tak w mojej pracy nie denerwuje, jak dzieci wieku około 5 lat.
Kiedy jest pełna restauracja i dzieci biegają po sali, nie ułatwia nam to pracy. Proste przykłady.

Lecę z tacą pełną naprawdę gorącego jedzenia, a dziecko siedzi na samym środku schodów i się nie przesunie, tylko stanie przede mną i patrzy na mnie jak cielę na malowane wrota. Słowa "przepraszam" niestety nic nie dają i na wąskich schodach muszę tańczyć z tacą. A rodzice w najlepsze siedzą i mają to wszystko gdzieś, bo co takie dziecko może zrobić.

Drugi przykład.
Zawsze dajemy dzieciom balony. Taki miły gest. Potem przychodzą i co chwila
"ploseee pana, mosna jesce balona?" i marudzi.
Nie interesuje go, że właśnie nabijasz zamówienie na stolik, gdzie siedzi 10 osób, a reszta dzieci w dodatku biega i piszczy wniebogłosy. Co na to rodzice?
"Przepraszam, można jeszcze jednego balonika?".

Wszystko spoko, gdyby nie fakt, że jak jedno dostanie, to zaraz wszystkie chcą, a kiedy zajmę się tymi balonami, to goście narzekają, że kelner zajmuje się głupotami, a oni czekają na jedzenie. W innym przypadku idzie się pomylić przy nabijaniu zamówienia i już gotowa awantura, że ktoś chciał frytki zamiast dufinek i kolejne zamieszanie.

Przykładów można wypisać jeszcze więcej.
Jeśli wyznanie zdobędzie jakiś odzew, mogę się podzielić innymi ciekawymi doświadczeniami z dziećmi w mojej pracy, jak i innymi ;)

#jSDCE

Oto jak książka może być naprawdę dobrą bronią :)

1 klasa technikum. Czysta karta, nowi ludzie... Nowy koszmar. Nic się nie zmieniło i tamtego roku. Oczywiście księżniczki klasowe wybrały mnie na kozła ofiarnego. Zaczęło się, że śmiały się z tego, że czytam książki dla dzieci. Wtedy akurat czytałam Pratchetta, który niestety już nic nigdy nie napisze. Wkurzało mnie to. Nie każde fantasy jest dla dzieci. Jednak sytuacja, o której chcę opowiedzieć zaczęła się pewnego dnia w marcu.

Przyszłam na spokojnie do szkoły. Jak zawsze książka w ręku. Sekrety nieśmiertelnego Nicholasa Flamela. Istotne jest to, że ma to bardzo twardą okładkę. No i zaczęło się na przerwie obiadowej. Jedna z księżniczek postanowiła mnie podenerwować. Wyrwała mi książkę, gdy akurat czytałam. Wkurzona staram się ją odzyskać, ale wyglądam jak pies skaczący do kawałka mięsa, które właściciel wysoko trzyma. Coraz bardziej się we mnie gotowało, a ona i jej psiapsióły się śmiały. W końcu oddały, ale z taką pogardą i śmiechem na ustach. Nie wytrzymałam. Kiedy tylko odzyskałam książkę, a ona odchodziła, podbiegłam i bum! w głowę. Chyba zabolało, bo złapała się za głowę. Odwraca się i znów obrywa. Ludzie mnie odciągnęli. Tamta nos we krwi i ryk na pół korytarza. Bała się widoku krwi. Książka nie ucierpiała ani trochę.

Efekt końcowy był taki, że musiałam ją przepraszać, bo oczywiście za mną nikt się nie wstawił i wyszło na to, że to ja dręczyłam ją. Obniżone zachowanie, rodzice w szkole i ojciec, który wrzeszczał na dyrektorkę, że skoro przywaliłam jej kilka razy, to się należało.
Na koniec pierwszego roku miałam zachowanie poprawne, a księżniczka trzymała się już z dala ode mnie. I to wszystko dzięki temu, że kocham czytać :D

#bi6wx

Dopiero jako nastolatek odkryłem, że moja matka jest chorobliwie nadopiekuńcza. Nie lubiła się ze mną rozstawać i zawsze miała mnie na oku. Przez całe dzieciństwo wmawiała mi, że mam astmę i różne alergie, tylko po to, bym siedział z nią w domu, zamiast ganiać z innymi chłopakami na podwórku.

#izfoI

Wracając z podstawówki do domu mijałam po drodze osiedlowe sklepiki, między innymi dwa sklepy papierniczo-zabawkowe. Uwielbiałyśmy z koleżanką do nich zachodzić. Nie kupowałyśmy nic, po prostu wchodziłyśmy, oglądałyśmy co jest (zimą pewnie nieźle wkurzając personel - śnieg na butach) i wychodziłyśmy.
I tak któregoś razu ekspedientka jednego z tych sklepów (i chyba właścicielka) poprosiła mnie na stronę, żeby porozmawiać - i oskarżyła mnie o kradzież pocztówki z koniem (wartość ~1zł, chociaż w tamtych czasach złotówka była warta trochę więcej). Oczywiście nie powiedziała wprost, że to ja, raczej zadawała pytania mające mnie zmusić do przyznania się, jednak ja rżnęłam głupa, że nie wiem o co chodzi. I w zasadzie po części to była prawda - wiedziałam, że kobieta mnie oskarża o kradzież (a udawałam, że nie wiem), tyle że to nie ja tę pocztówkę zwinęłam.
Kobieta nic więcej nie zrobiła, bo w sumie nie mogła - żadnych dowodów przecież nie miała, a nikt policji dla jednej pocztówki wzywać nie będzie.

Było mi tak głupio (z samego faktu, że mnie ktoś o coś takiego oskarża), że moja noga już nigdy więcej nie stanęła w tym sklepie.
W sumie do tej pory mi smutno :(
Dodaj anonimowe wyznanie