Drodzy Anonimowi, często czytacie tu wyciskacze łez, historie o gwałtach i odkopywaniu psów z patologią. Dziś będzie dość optymistycznie o wyciąganiu (xD) samych dobrych rzeczy z nawet najbardziej parowych sytuacji. Moje pierwsze analne przygody zaczęły się od egzaminu na prawo jazdy. Ale od początku.
W te wakacje postanowiłam wreszcie spiąć poślady i zdać wreszcie egzamin na prawko. Większość znajomych od dłuższego czasu już woziło się po mieście, a ja nadal skazana byłam na łaskę ZTM-u. Kalkulując korzyści, zapisałam się i z powodzeniem ukończyłam kurs w jednej ze szkół jazdy. Wtedy dopiero zaczęły się schody.
Najbliższy WORD, w którym miałam zdawać testy, położony był dobre półtorej godziny, pełnej przesiadek, jazdy od mojego miejsca zamieszkania. Reasumując, na egzamin teoretyczny musiałam zarezerwować sobie czas do południa, co dla mnie, jako osoby pracującej, było naprawdę sporym wyzwaniem. Dlatego przez bite dwa tygodnie dzień w dzień trzaskałam test za testem, żeby tylko dostać te 68 punktów. Egzamin już opłaciłam przez internet. W pracy wybłagane zwolnienie, wszystko pięknie. Z jednym wyjątkiem. W wieczór przed egzaminem dopadło mnie straszne zatwardzenie. W brzuchu i jelitach bulgotało mi cały czas, jak na jakiś radioaktywnych bagnach. Przez ciągle odgłosy chlupotania nie mogłam się w ogóle skupić na powtarzaniu. Siedziałam na sedesie dobre czterdzieści minut, myśląc o skrzyżowaniach równorzędnych i drogach ekspresowych. Męczyłam się niemiłosiernie.
Wizja pisania testu w akompaniamencie mojego brzucha, a tym bardziej pobrudzenia zbroi i oblania egzaminu była tak straszna, że do głowy zaczęły przychodzić mi już naprawdę dziwne rzeczy xD
Przypomniało mi się wyznanie o tym, jak ojciec wyciągnął kupę z chłopca. Będąc w stanie czystej desperacji przyniosłam z kuchni plastikową torebkę śniadaniową, żeby było co nieco higieniczniej. Sugerując się obejrzanymi filmami gejowskiego porno i własną wyobraźnią postanowiłam się profesjonalnie rozciągnąć. Wyszło. Dosłownie i w przenośni.
PS Egzamin zdałam, tylko później przez następne dni bolały mnie cztery litery.
Czy można oszaleć z miłości? Chyba tak...
Jestem z narzeczonym od 7 lat i ostatnio odkryłam, że coś jest nie tak, przejrzałam telefon i znalazłam, że pisze czule z inną. Chłop sam się przyznał, że ma depresję i kryzys emocjonalny (widać to), twierdzi, że dalej mnie kocha, nie pozwala mi odejść, ale z niej też nie potrafi zrezygnować twierdząc mi, że z nią jest jak z psychologiem i ona mu pomaga, a jej pisze że ze mną już dawno koniec, że jest tego pewny, jest jeszcze tutaj bo wspólne mieszkanie itd... Robi w konia i mnie, i ją ponieważ dziewczyna robi sobie nadzieję bo jest po drugiej stronie i nie widzi tego wszystkiego tylko to co on jej powie.
Nie wiem czy odejść i dać mu czas czy być i wspierać bo wiem, że to choroba.
Korespondowałam kiedyś z pewnym facetem przez jakieś pół roku. Jako że nie mam przyjaciół, przywiązałam się do niego, mimo iż ta znajomość istniała wyłącznie online. Po jakimś czasie facet zaczął mnie „dawkować”. Zamiast rozmowy przypominało to „dziś dostaniesz tylko cztery wiadomości”, „dziś dostaniesz tylko dwie wiadomości”. Znosiłam to, bo mi zależało. W tym samym czasie on zniechęcał mnie do wszystkich, udając wsparcie. W końcu nie wytrzymałam i pokłóciliśmy się, powiedziałam wprost, jak się czuję, ale on niezbyt się przejął. Gdy emocje opadły, chciałam jeszcze raz porozmawiać. Wiecie, co usłyszałam? Że mam mu płacić 500 zł miesięcznie po to, by dalej ze mną rozmawiał... Nie pamiętam kiedy wcześniej aż tak płakałam. Poczułam się jak śmieć. Oczywiście zerwałam z nim kontakt, ale było mi bardzo trudno wrócić do codzienności. Cwaniaczek chciał ustawić się moim kosztem.
Mam na tyle długie włosy łonowe, że można je czesać szczotką.
Ot, takie wyznanie.
Ostatnio ojciec zaprosił mnie na kolację na mieście. Najpierw zjedliśmy, później się spił, a następnie opowiedział mi o swoim życiu seksualnym i podbojach na Tinderze. Ogólną konkluzją było zdanie "Twoje koleżanki i laski w Twoim wieku są taaaaaakie łatwe". No dzięki, tato.
Poniedziałek rano, tydzień temu, dzień jak co dzień. Stoję w kuchni, robię śniadanie dla siebie i mojej ukochanej, która wprowadziła się miesiąc temu do mojego mieszkania, ona w tym czasie była w łazience.
Nalewam kawę do kubków, kiedy wybiega z toalety, cała w skowronkach. Piszczy:
- Skarbie, zgadnij, co się stało?!
- Hm?
- Jestem w ciąży!!!
Szok. Upuszczam dzbanek z kawą na podłogę, rozbija się. Jak to możliwe? Przecież współżyjemy, nawet bardzo często i intensywnie, ale...
- To niemożliwe.
- Ależ tak, na pewno, zrobiłam dwa testy! Tak się cieszę, zawsze chciałam mieć z tobą dziecko!
Ogarnia mnie gniew. Oczywiście, że to dziecko nie jest moje. I nie, nie dlatego, że stwierdzono u mnie bezpłodność. Nie dlatego też, że stosujemy antykoncepcję, bo nie, nie korzystamy ani z hormonalnej, ale z mechanicznej. Tylko dlatego, że jestem kobietą.
I ona naprawdę myślała, że może zajść ze mną w ciąży z samej miłości. Nie miała pojęcia, że jest potrzebna do tego sperma, wydawało jej się, że jeśli kobieta ma orgazm, to jej organizm sam wywołuje ciążę, dlatego nie myślała, że powiedzenie mi o tej ciąży będzie błędem.
Zresztą nie było błędem, bo od razu z nią zerwałam. Oczywiście zdradzała mnie z mężczyzną, przyznała się, kiedy ją oświeciłam, jak zachodzi się w ciążę, powiedziała, że kocha mnie i lubi ze mną współżyć, ale czegoś jej brakowało, zaczęło się z kolegą z pracy i nie potrafiła przestać.
Trochę mi przykro, bo to była moja pierwsza dziewczyna i naprawdę mi na niej zależało, ale zastanawiam się, jak mogłam wcześniej nie zauważyć, że żyję z taką idiotką...
Zaspałam do pracy. Szybkie ogarnięcie, bez porannej kawki wybiegam z domu. Wchodzę do sklepu po napój energetyczny, żeby zacząć funkcjonować jako tako. Facet w kolejce do mnie mówi, że nie powinnam tego pić, bo to niezdrowe, że się od tego tyje, że to sama kofeina, że wyniszcza wątrobę etc.
Najlepsze, że sam miał w wózku z 5 albo 6 piw oraz kilka butelek zwrotnych...
O 8 rano. :D
Należę do grona osób, które w stresowych sytuacjach nie są w stanie niczego zjeść. Zatem kiedy widzę, że przybrałam lekko na wadze... wymyślam sobie problemy. Tak jest, katuję się psychicznie, aby schudnąć. Efekty są natychmiastowe, ale z wymyślonymi problemami już sobie tak dobrze nie radzę. Często łapię doła na tydzień lub dwa, mimo że wiem, iż to wszystko w mojej głowie.
Cóż, głupie, ale działa. Mimo to nie polecam...
Dałem sie namówić i na czas budowy zamieszkalismy w rodzinnym domu mojej żony, w którym mieszkają jej siostra z dziecmi i już tego żałuję. Szukam mieszkania do wynajęcia, bo na pewno nie chce spędzić tutaj zimy, ale z uwagi, że sami mamy 5cio letnie dziecko mamy ogromny problem z wynajęciem mieszkania. Rodzinna atmosfera nie jest rodzinna, była nią przez pierwsze dwa dni. Szwagierce jest niewsmak nasza obecność, a mi samemu przeszkadza już wszystko, a w szegolnosci żywienie obcej dla mnie rodziny. Moja żona dużo gotuje i piecze, a wiadomo, że jak upiecze to musi dać też dzieciom szwagierki bo to dzieci i nie będą patrzyły jak moje je, gofra, naleśnika czy jakieś ciasto. Częste są sytuacje, gdzie ja wykładam kilkadziesiąt zł na składniki na ciasto i zostaje dla mnie mały kawałek albo nic. Albo kiedy przychodziłem do domu, szukałem swojego obiadu, a tam zostały jakieś resztki, bo wszyscy się poczęstowali i dawałem wlasnemu dziecku te resztki i sam jadłem kanapki. Nigdzie nawet nie mogę pojechać w spokoju ze swoim dzieckiem, nigdzie pójść, bo te dwie dziewczynki wszędzie chcą z nami, nawet do głupiej biedronki. Nie mam do tego już siły, rozmawiałem z żoną, że trzeba znaleźć jakies wyjscie i ma porozmawiac z siostrą, bo dzieci, dziećmi, ale my nie mamy portfela bez dna, a poza tym budujemy się i mamy pilniejsze wydatki od karmienia jej rodziny. Szwagierka uznała to za atak i napięta juz atmosfera stała się nadzwyczaj zła, a sytuacja z dziećmi jest poprostu patowa. Przyjęliśmy taktykę kupowania niektorych rzeczy tak aby były wyliczone i można było pokazać dzieciom, że jak damy to wujek, ciocia córka nie będą mieli na śniadanie, że muszą wziąć pieniądze od mamy jadąc z nami do piekarni, bo my nie mamy aż tyle itp. Nakładają się do tego inne problemy mieszkaniowe dnia codziennego, nieporozumienia z żoną, problemy na budowie, stresująca praca, brak czasu i odpoczynku i jestem przepracowaną i zajechaną beczķą prochu która za chwilę wybuchnie. Nerwów już nie mam.
Paręnaście lat temu, jak miałam może 7 lat byłam z ciocią w parku. Świetnie się bawiłam gdy nagle zachciało mi się do toalety, ale że nie było w pobliżu żadnej poszłam się załatwić w krzaki. Ciocia na moje nieszczęście nie miała chusteczek, więc podtarłam się liściem. :)
Wszystko spoko wróciłam do zabawy... parę godzin później jak już wróciliśmy do domu, poszłam do łazienki, a tam z miedzy moich pośladków wypadł wielki czarny ŻUK, chyba na pewno go udusiłam... co on musiał tam przeżyć... :( Oczywiście wiecie o tym tylko Wy i ja. :D
Dodaj anonimowe wyznanie