Korespondowałam kiedyś z pewnym facetem przez jakieś pół roku. Jako że nie mam przyjaciół, przywiązałam się do niego, mimo iż ta znajomość istniała wyłącznie online. Po jakimś czasie facet zaczął mnie „dawkować”. Zamiast rozmowy przypominało to „dziś dostaniesz tylko cztery wiadomości”, „dziś dostaniesz tylko dwie wiadomości”. Znosiłam to, bo mi zależało. W tym samym czasie on zniechęcał mnie do wszystkich, udając wsparcie. W końcu nie wytrzymałam i pokłóciliśmy się, powiedziałam wprost, jak się czuję, ale on niezbyt się przejął. Gdy emocje opadły, chciałam jeszcze raz porozmawiać. Wiecie, co usłyszałam? Że mam mu płacić 500 zł miesięcznie po to, by dalej ze mną rozmawiał... Nie pamiętam kiedy wcześniej aż tak płakałam. Poczułam się jak śmieć. Oczywiście zerwałam z nim kontakt, ale było mi bardzo trudno wrócić do codzienności. Cwaniaczek chciał ustawić się moim kosztem.
Dodaj anonimowe wyznanie
Niezły typ. Wyczuł desperację od Ciebie, uzależnił Cię emocjonalnie i jeszcze chciał pieniądze za pisanie :) czegoś takiego jeszcze nie było. Nie trać na niego energii i niech spada na bambus. On nie odczuje nawet różnicy, Ty za to ogromną na plus.
Ależ to jest stare zjawisko i oszustwo (jeszcze sprzed ery Internetu, pocztą tradycyjną wykonywane) i w języku angielskim ma swoje określenie jako "catfishing". W języku polskim nie znalazłem pasującego określenia.
Catfisher buduje z fałszywą relację z kimś samotnym i potrzebującym uwagi itp. Potem niepozornie zaczyna sztuczki mające wyciągać jakieś korzyści, głównie finansowe. W filmie "Nie ma mocnych" był nawet ten motyw wspomniany.
Z historii wynika, że ten "catfisher" był na szczęście nieudolny, albo uznał, że w razie wpadki, wybroni się przed policją, bo w sumie, podał cenę za usługę, a ofiara sama dobrowolnie wpłacała.
Na szczęście, Pani Anonimowa, nie dała się tak usidlić, by zacząć płacić za wiadomości.
Ten facet nie wiele różni się od tych panienek wykonujących najstarszy zawód świata...