Od zawsze język angielski stwarzał mi duży problem. W gimnazjum nie przywiązywałam do tego zbyt dużej wagi, bo miałam nauczycielkę, u której nie trzeba było dużo się narobić, żeby zdobyć dobrą ocenę. Teraz w liceum trafiłam na wymagająca nauczycielkę, a do tego moje koleżanki są dobre z angielskiego.
Pewnego dnia pani na lekcji zadała nam 5 zdań do przetłumaczenia, a ja chcąc zabłysnąć w klasie i ukończyć zadanie jako pierwsza, nie namyślając się wpisałam wszystko do tłumacza Google. Po wyczerpującym przepisaniu zdań do translatora przez pomyłkę wcisnęłam "głośniczek" zamiast strzałki do przetłumaczenia. W klasie panowała kompletna cisza, a tylko z mojej ostatniej ławki słychać było donośny głos tłumacza "Pogoda jest pochmurna i deszczowa...".
Klasa miała ze mnie niezłą bekę, a ja nie mogłam spojrzeć nauczycielce w oczy. Nigdy nie zapomnę jej miny.
Na pierwszym roku studiów mieszkałam w akademiku. Miałam chłopaka z mojej rodzinnej miejscowości, więc jak przyjeżdżał do mnie, to kilka dni mieszkał ze mną i moimi dwiema koleżankami w jednym pokoju. Ciężko było o jakąkolwiek chwilę intymności.
Jednej nocy z tęsknoty nieco nas przypiliło. Jedynym spokojnym miejscem (tak nam się wtedy wydawało) na celebrowanie naszej miłości okazała się łazienka. Akademik spory, a łazienka na korytarz jedna, wspólna damsko-męska. Trzy kibelki oddzielone cienkimi ściankami. Wybraliśmy ostatnią.
Wszystko fajnie: on siedzi, ja na nim, całujemy się, oczy zamknięte, żeby wyobrazić sobie nieco bardziej romantyczne miejsce. Nagle ktoś wchodzi do kabiny obok... My sparaliżowani, serca nam walą ze strachu (?), ja się trzęsę powstrzymując śmiech, chłopak w końcu też. Wszystko po cichu, ale niestety.... jak on się śmieje to rozluźnia najwidoczniej wszystkie mięśnie... i tu nagle pruuut, a potem cały koncert prutów. Ja ciąglę się trzęsę, on się śmieje i perfidnie pierdzi. Pierd za pierdem, końca nie słychać... Koleś obok zaczął się śmiać i skomentował: "Łooo stary, ale doje*ałeś". Na co mój chłopak skromnie: "Oj tam, oj tam".
Po całej tej sytuacji, byłam dumna z siebie, że podczas całej akcji, ani razu nie dałam znaku życia. Tak że chłopak obok nie pomyślał, że byliśmy tam we dwójkę, dzięki czemu moja reputacja w akademiku nie ucierpiała. Historia prawdziwa, a chłopak teraz jest już moim mężem od 5 lat.
Kiedy miałam 11 lat pierwszy raz byłam w szpitalu. Dostałam mały pokój gdzie stało jeszcze jedno wolne łóżko.
W pierwszą samotną noc w szpitalu nagle otworzyły się drzwi i do mojego pokoju wjechał jakiś stary schorowany mężczyzna na wózku. Wystraszyłam się i ze strachu nic nie mówiłam. Mężczyzna ten bardzo powoli i niezgrabnie starał sie usiąść na wolnym łóżku obok mojego. W końcu gdy już tam siedział zdołałam coś z siebie wydusić i zapytałam "Przepraszam, co pan robi?".
On zaskoczony i zdezorientowany odpowiedział "A to nie jest toaleta?". Dotarło do mnie, że on miał zamiar załatwić się na tym łóżku. Wytłumaczyłam mu gdzie jest toaleta i przez resztę nocy mogłam już spać spokojnie.
Pracuję w pewnym supermarkecie. Nie ma u nas wielkiego ruchu, więc zazwyczaj działa tylko jedna kasa. W sobotę ruch się zwiększa i często trzeba otwierać drugą kasę. Rozkładając towar uslyszałam dzwonek. Biegnę do kasy jak łania po zielonej łące i ni z gruszki, ni z pietruszki, zamiast powiedzieć "Zapraszam do drugiej kasy" krzyknęłam na cały sklep "Poproszę o PIN!". Ludzie stojący w kolejce płakali ze śmiechu, a ja czerwona jak swieży burak usiadłam na kasę.
Siedziałem sobie w domu, przy komputerze. Nagle naszła mnie chęć na coś do jedzenia. Poszedłem do kuchni, w lodówce nic ciekawego, w szafce żadnych słodyczy. No nic, trzeba iść do sklepu. Tak się złożyło, że po drugiej stronie ulicy miałem supermarket więc było blisko. Przed wyjściem udałem się jeszcze do toalety, na posiedzenie rady jednoosobowej.
Później ubrałem się i poszedłem do sklepu, zrobiłem małe zakupy i szybko do domu. W domu schylam się, żeby rozwiązać buty... a przy spodniach mokre, plastikowe opakowanie z kostką toaletową. Uświadomiłem sobie, że po skończonym posiedzeniu i zakładaniu spodni, musiałem zaczepić o pojemnik z kostką i został mi przy spodniach. Nie mam pojęcia jak to się mogło stać.
Mam tylko nadzieję, że nikt nie zwrócił na mnie uwagi w sklepie. Wyobrażam sobie co ludzie pomyśleliby widząc kolesia chodzącego z kostką toaletową przy spodniach.
Nie jestem rasistką, nie mam nic do czarnoskórych, jednak czasami lubimy sobie z koleżanką pożartować i rzucić tekst w stylu "Jesteś moim murzynem", jednak zawsze w żartobliwy sposób, bez żadnego negatywnego zabarwienia, ot taki głupi suchar.
Dzisiaj rano pojechałam z ową koleżanką na zakupy. Miałyśmy dość sporo ubrań do przymierzenia. Moja towarzyszka chciała jednak czegoś poszukać, dlatego podała mi swoje ciuchy, na co ja odpowiedziałam tekstem: "Ooo, znalazłaś sobie murzyna" po czym beztrosko kontynuowałam "Pomyśl, gdybyśmy miały murzyna niewolnika nosił by nam te wszystkie ubrania".
Patrzę, a tu jakaś baba piorunuje mnie wzrokiem. Nie miałam pojęcia o co jej chodzi, aż patrzę, a tu przychodzi do sklepu czarnoskóry mężczyzna, podchodzi do owej kobiety i mówi: "O tutaj jesteś", po czym patrząc na ilość ubrań, jaką trzymała "Daj kochanie, ja będę nosił".
Byłam w takim szoku, że nie mogłam słowa wydusić. W sklepie było wiele kobiet a ja moje genialne słowa musiałam wypowiedzieć akurat przy takiej, której partnerem był murzyn. Na koniec dodam, że kobieta o dziwo nie pozwoliła mężczyźnie wziąć swoich zakupów.
Mam 28 lat i miałem niedawno wypadek na rowerze. Moja wina, jeździłem jak wariat próbując adrenaliną zagłuszyć swoje frustracje. Znajomi zawieźli mnie do szpitala i spotkałem tam moją byłą dziewczynę. Była ze swoim mężem i właśnie wychodziła ze szpitala, z nowonarodzonym dzieckiem - synem.
To była dziewczyna z którą byliśmy kilka lat razem i którą 4 lata temuj zostawiłem, bo chciałem "wolności". Później długo tego żałowałem. A teraz niczego bardziej bym nie chciał, niż aby to moją żoną była teraz i aby to był mój syn. To ciekawe jak człowiekowi się zmienia się perspektywa i priorytety.
Grałem w piłkę nożną. Piłka leciała w moją stronę, idealnie na główkę więc walnąłem ją z główki i w tym momencie obudziłem się, ponieważ z całej siły uderzyłem głową w kaloryfer.
Mój tata jakiś czas temu poszedł na cmentarz, aby posprzątać grób babci. Zachowywał się cicho, ponieważ obok właśnie odbywał się jakiś pogrzeb. Ludzie tam płakali i strasznie rozpaczali. Nagle mu zadzwonił telefon. Oczywiście zapommiał go wyciszyć. I tak na cały cmentarz rozbrzmiała piosenka "Wyginam śmiało ciało..."
Ponad dwa lata temu dostałam wiadomość, na bardzo znanym portalu społecznościowym, od mojego byłego chłopaka. Zdziwiłam się bo nie utrzymywaliśmy kontaktu już od dawna. Z treści wiadomości dowiedziałam się, że jego kolega bierze udział w konkursie na tym portalu i byłoby fajnie jakbym polubiła konkursowy komentarz tego kolegi, bo może wygrać coś tam. Raczej rzadko robiłam tego typu rzeczy, ale tym razem pomyślałam sobie, że pomogę. Miałam dobry humor, to co mi szkodzi. Weszłam w link z wiadomości, kliknęłam "Lubię to!" gdzie trzeba i wydawałoby się, że jest po sprawie.
No i właśnie tu zaczyna się cała historia. Parę godzin po tym, jak kliknęłam sławne "Lubię to!" dostałam wiadomość (na tym samym portalu) - tym razem od jakiegoś kolesia, którego nie znam. Wiadomość wyglądała mniej więcej tak: "Dzięki bardzo za polubienie mojego komentarza, dzięki Tobie wygrałem!". Tak, to był kolega mojego eks (ten od konkursu). Akurat przez te parę godzin zdążył mi się humor popsuć, więc to, co mu odpisałam nie było w żaden sposób miłe, wręcz przeciwnie, ale jego to nie zniechęciło. No cóż, pisał, odpisywałam mu. Był miły więc czemu miałabym mu nie odpisywać?
Pisaliśmy sobie tak, po jakimś czasie wymieniliśmy się numerami, żeby częściej pisać. Potem zamiast pisać to gadaliśmy... całymi godzinami. Od nie całych dwóch lat jesteśmy razem. Okazało się, że zaintrygowałam go właśnie tymi 'nie do końca miłymi' wiadomościami. Mój eks dalej nie wie, że to dzięki niemu jesteśmy razem.
Dodaj anonimowe wyznanie