Zostałem zaproszony na urodziny do kolegi, który lubił inne środki odurzające niż alkohol. Podczas imprezy dałem się namówić do spróbowania, co mi szkodzi - pomyślałem. Coś zapaliłem.. Nie wiem, co to było i co się później działo. Obudziłem się, w łóżku a obok mnie... kobieta i to całkiem ładna.
Koledzy widząc, jak się budzę zaczęli bić mi brawo i komplementować: "Co Ty z nią robiłeś na tym stole. No, no!". Przeraziłem się, ponieważ jestem szczęśliwie zakochany z wzajemnością. A moja drugą połówka była w domu i na mnie czekała. W panice chwyciłem telefon, aby sprawdzić czy przypadkiem nie dzwoniłem do kogoś, będąc pod wpływem tego czegoś.
Koledzy widząc, że naprawdę jestem przejęty powiedzieli: "Stary, to był wkręt!". Okazało się, że owa dziewczyna widząc, że się śpię, postanowiła wyciąć mi numer. I udało jej się.
Dzisiaj rano, gdy się goliłem moja maszynka elektryczna nagle wysiadła. Akurat gdy skończyłem golić połowę twarzy. Szybki rzut oka - no tak, wyładowała się. Odłożyłem ją na ładowarkę "Niech się podładuje, dokończę przed wyjściem".
Niestety zapomniałem dokończyć i pojechałem tak do pracy. O problemie brutalnie przypomniało mi dopiero lustro w windzie. To był pierwszy dzień w pracy, który cały spędziłem nie podnosząc się od biurka, tylko raz chyłkiem przemknąłem do ubikacji.
Mój dziadek opowiadał mi, że kiedyś po pogrzebach chodziło się na stypy. Często były one mocno zakrapiane. Na jednej z nich trochę jednak przesadzili z alkoholem. Wszyscy byli tak pijani, że w końcu zaczęli śpiewać... "STO LAT! STO LAT! NIECH ŻYJE, ŻYJE NAM!".
Pewien czas temu dostaliśmy z żoną w spadku starą chatę na wsi. Nie ma tam nawet prądu, ale okolica jest piękna i własnymi siłami domek wyremontowaliśmy i traktujemy jako letniskowy. Dotychczas jak tam jeździliśmy żeby był prąd pożyczałem agregat prądotwórczy na benzynę od znajomego. Ale nie chcieliśmy dłużej nadużywać jego dobroci i postanowiliśmy kupić własny. Przeglądałem oferty w sieci gdy żona spytała "A może kupimy agregat ELEKTRYCZNY? Te benzynowe tak smrodzą i hałasują".
Jakiś czas temu na zajęciach z anatomii zwierząt nauczycielka omawiała z nami budowę kostną zwierząt, pokazywała prawdziwe kości, itd. Między innymi nauczyła nas, jak pozyskiwać kości ze zmarłych zwierząt, żeby potem było z czego się uczyć i mieć pomoce naukowe.
Tak się złożyło, że niedługo po tych zajęciach zdechł mi ulubiony szczur. Już mój chłopak miał iść pozbyć się ciała, kiedy wpadł na pomyśl, że skoro uczyłam się ostatnio o tych gnatach, to może sobie szczura spreparuję. W końcu i tak nie żyje, do nauki się przyda, a i po przyjacielu pamiątka będzie. W sumie stwierdziłam, że ma rację.
W ten sposób przystąpiliśmy do "zabiegu". Jako że szczur nie należy do dużych zwierzaków uznałam, że wystarczy sama głowa, kości i tak nie złożę. Zatem ucięliśmy biednemu truchełku głowę, po czym przystąpiliśmy do ugotowania jej, aby później obrać z mięsa i oczyścić. I teraz wyobraźcie sobie tę zacną scenę, decha, nóż, trochę flaków i skrzepniętej krwi, mój facet w fartuchu niczym Hannibal Lecter (ja wymiękłam w pewnej chwili XD) i stara głębsza patelnia, w której gotuje się szczury łeb.
I dokładnie w tej chwili rozległ się dzwonek domofonu, wpadła przyjaciółka na ploty po pracy i jak to mamy w zwyczaju, wprosić się na obiad (nieskromnie przyznam, słynę z tego, że bardzo dobrze gotuję i kumpela często właśnie stołuje się u nas). Weszła, poczuła smród tego truchła i zobaczyła jedynie naczynie na palniku, więc spytała "oo widzę, że akurat na obiad trafiłam, co gotujecie bo dziwnie pachnie?". Na co szczerze odpowiedziałam, że szczur.
Najpierw myśląc, że to żart podeszła sprawdzić na własne oczy, po czym rozległo się tylko "Czy wy jesteście doszczętnie poj**ani?! Cholerna rodzina Addamsów, psychopaci, po co wam ten szczur?!". Spokojnie wyjaśniłam jej, jaki jest cel tej makabry i że spoko posprzątamy, zdezynfekujemy otoczenie, wywalimy przybory i zrobię obiad bez obaw. Tego dnia uznała jednak, że chyba skoczy na kebaba :D Ale ta mina i chęć ucieczki na zawsze mi zapadły w pamięć, a ona do teraz mi wypomina i nakazuje chować czachę jak wpada.
Wczoraj otwierając drzwi do pokoju uderzyłam się w duży palec u lewej stopy. Czując ból od razu odepchnęłam drzwi, lecz po drodze między drzwiami a futryną było już moje kolano, więc oczywiście musiałam w nie walnąć. Odciągając drzwi od bolącego kolana walnęłam nimi w głowę.
W tym momencie moje rodzeństwo leżało już na podłodze i płakało ze śmiechu, a ja zaraz siadłam na łóżku z bolącym palcem, kolanem i głową.
Ostatnio stwierdziłam, że moja babcia z mamą rozmawiają tylko o jedzeniu. Również dzisiaj, jak się można domyślić rozmawiały o jedzeniu. O tym, że czosnek wszystkiemu zapobiega (to bóstwo babci), obgadywały wszystkie ciasta na wczorajszej imprezie, potem przeszły do obiadu, a potem do przekąsek. Postanowiłam więc trochę zmienić temat, żeby sprawdzić, czy potrafią rozmawiać choć przez chwilę o czymś innym.
Babcia stwierdziła, że jedzenie to podstawa, więc powiedziałam, że powietrze to też podstawa, a o nim nie rozmawiają. I wtedy nagle.... ZMIENIŁY TEMAT! I to na jak daleki od jedzenia! Byłam w szoku. Z rozdziawioną gębą przysłuchiwałam się ich rozmowie o... locie na Marsa. Z początku szło dobrze, ale potem zaczęły się zastanawiać, jak ludzie mogą tam przetrwać bez normalnego jedzenia? I wtedy mama powiedziała, że rosół na wczorajszej imprezie był za ostry i znowu powróciły do swoich nudnych tematów.
Ich najdłuższa rozmowa o czymś innym niż jedzenie trwało ok. 1 min. Jestem z nich dumna :-)
Przez 4 lata spotykałam się z mężczyzną, z którym (jak mi się wtedy wydawało) spędzę resztę życia. To nie był do końca zdrowy układ. Wiecznie problemy o wszystko zabierały nam mnóstwo nerwów i czasu, ale mimo to żadne z nas nie chciało się rozstać. Z perspektywy czasu widzę to zupełnie inaczej, ale jestem pewna, że bardzo się w kochaliśmy.
Bardzo często rozmawialiśmy o tym, jak będzie wyglądała nasza przyszłość. Mój mężczyzna nie pragnął niczego tak bardzo jak posiadania żony, domu i dzieci. Byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa. Snułam plany dotyczące naszej przyszłości. Niestety... Kilka dni po zaręczynach dowiedziałam się, że nie mogę mieć dzieci. Nie chciałam zabierać marzeń mojego narzeczonego, dlatego postanowiłam od niego odejść nie wyjaśniając powodu swojej decyzji. Nigdy nie doświadczyłam takiego bólu jakiego musiałam znieść.
Po 3 latach... Spotykam swojego byłego narzeczonego z ciężarną kobietą u boku... Rozryczałam się jak małe dziecko i uciekłam. Myślę, że odejście od mojego ukochanego to była dobra decyzja. Jest szczęśliwy, spełnia swoje marzenia... A nie ma nic piękniejszego niż widok szczęśliwej osoby, którą się kocha nad życie.
Gdy byłam mała to bałam się pasztetu. Panikowałam gdy tylko widziałam kanapki z pasztetem, w przeciwieństwie do mojej dwa lata młodszej siostry, która chętnie jadła kanapki z tym "przysmakiem".
Jak to w rodzeństwie często kłóciłyśmy o zabawki, słodycze itp. Gdy mojej siostrze zaczynało brakować argumentów, szła do kuchni, smarowała chleb pasztetem a następnie ganiała mnie z taką kanapką i smarowała mi nią twarz. Ja wtedy płakałam, a czasem zdarzało mi się zwymiotować.
Dzisiaj mam 22 lata i pasztet już mi nie straszny ;)
Mam dwóch braci. Gdy byli mali, mieli jeden pokój z piętrowym łóżkiem i jak to jest z 5-latkami: bitwa, kto śpi na górze. Jednej nocy naszą mamę obudził płacz. Wchodzi do pokoju i co widzi? Brat, któremu udało się spać na górze, leży na podłodze i płacze, drugi siedzi na łóżku z miną "no i?". Mama podeszła, usiadła na podłodze, przytuliła młodszego i powtarzała "Już, cii, nie płacz", cały czas pocierając jego rękę, a ten płakał coraz bardziej.
Okazało się, że spadł z łóżka i złamał sobie rękę. Było to złamanie otwarte, a mama pocieszając go i pocierając mu rękę nie widziała, że nieświadomie wysuwa mu kość coraz bardziej.
Skończyło się na szpitalu i dwóch osobnych łóżkach.
Dodaj anonimowe wyznanie