Jak uczęszczałem do 4 klasy podstawówki wszyscy się śmiali z moich krzywych zębów. Najbardziej taki jeden chłopak z mojej klasy. Wszystko dlatego, że szczęka mi się wolno rozwijała, podczas gdy zęby rosły. No i szczęka urosła w końcu do odpowiednich rozmiarów, ale krzywulce pozostały.
Najlepsze było to, że ten chłopak, który robił sobie ze mnie żarty, poszedł później do tego samego gimnazjum. Musiałem więc go unikać jeszcze przez trzy lata. W trzeciej klasie gimnazjum w końcu mi założyli aparat stały. Wtedy dopiero zaczęły się kpiny...
Wkrótce zęby się wyprostowały. Były całkiem proste. A niedawno jak spotkałem tego chłopaka to zauważyłem, że z nieznanych mi powodów nie ma jednego z przednich zębów! Nie żal mi go w ogóle, tyle czasu mi dokuczał i to teraz ma za swoje :)
Mieszkam za granicą. Moją pierwszą pracą, którą tu podjęłam, była praca kelnerki w bardzo eleganckiej, drogiej restauracji. W restauracji panowały dość restrykcyjne zasady co do obsługi klientów, wyglądu stołów i dań itd. Warto dodać, że klienci to bardzo snobistyczne towarzystwo.
Mój angielski nie był na wysokim poziomie, dlatego bardzo denerwowałam się każdą wymianą zdań w obcym języku. Niosąc steka dostałam polecenie przekazania, żeby uważać na talerz, bo jest gorący. Idąc powtarzałam sobie w kółko w głowie "Be careful, the plate is very hot". Niestety gdy nadszedł ten moment wydukałam "be careful, I'M VERY HOT"...
Miny klienta i managera restauracji wciąż mnie prześladują.
To było na lekcji języka polskiego w 2 klasie gimnazjum. Akurat omawialiśmy związki frazeologiczne. Pani polonistka pytała o kolejny związek, który brzmiał "uchylić komuś nieba". Normalnie się nie wychylam, jednak akurat wtedy włączył mi się syndrom kujona i krzyknęłam bez namysłu "To znaczy zrobić komuś dobrze". Nie miałam życia w klasie przez miesiąc.
To było 8 lat temu, gdy miałem 10 lat. Największe przeżycie w moim życiu. Jadąc rowerem spostrzegłem ślady opon na zakręcie. Podjechałem kilkanaście metrów i zobaczyłem samochód, który uderzył w drzewo. Z samochodu zostały resztki. Zadzwoniłem do rodziców, aby powiadomili kogo trzeba. Odważyłem się zajrzeć do środka. Widok był przerażający, 12 letnia dziewczyna z poderżniętym gardłem, powykrzywianą szyją, licznymi ranami ciętymi. Skąd wiedziałem, że ma 12 lat? Ponieważ to była jedyna przyjaciółka jaką miałem w życiu... Zginęła z bratem, który prowadził. Zasłabł za kierownicą, był cukrzykiem. To było ostatnie drzewo przydrożne, metr dalej było ogrodzenie domu.
Studiuję w Krakowie. Moim rodzinnym miastem jest Lublin i tak się akurat składa, że dojeżdżam zazwyczaj pociągami. Pewnego słonecznego piątku, około miesiąc przed sesją letnią postanowiłem wyjechać do rodziny w odwiedziny i zaopatrzyć się w żywność. Jako, iż było bardzo ciepło, uznałem że nie będę siedzieć i kisić się z ośmioma osobami w przedziale i większość drogi postanowiłem przestać na korytarzu przy otwartym oknie, podziwiając widoki łąk i lasów.
Było bardzo przyjemnie, aż do momentu, kiedy zaczęła się kiepścić pogoda. Tak przynajmniej mi się wydawało. Na moją twarz spadały krople deszczu, jednak za chwilę przestały. "Przejściowe" - pomyślałem dalej podziwiając widoki. Jednak za chwilę sytuacja się powtórzyła, zaczęły spadać na mnie krople deszczu i uznałem, że jest to dość dziwny przypadek jak na chwilę obecną ze względu na bezchmurne niebo. Postanowiłem jednak dalej to ignorować. Na moje nieszczęście (bo nie chciałbym tego widzieć), spojrzałem na zakręcie na pozostałe wagony i lokomotywę. I wtedy odkryłem źródło tych "opadów deszczu".
Jak się okazało, to wcale nie była mżawka, a... woda, wylatująca spod jednego z wagonów, rzecz jasna - spłukane nieprzyjemności z toalety. Na skutek dużej prędkości kropelki spod wagonu unosiły się, aż do mojego okna i zraszały moją twarz. Zmieszanie i irytacja na mojej twarzy widoczne były przez dobrą chwilę. Doszedłem do wniosku, że znacznie lepszym pomysłem jest kiszenie się w przedziale. Od tamtej pory notorycznie ograniczam podziwianie widoków przez okna w pociągach.
Pewnego dnia jak byłam mała, mama musiała pójść do pracy. Pilnował mnie wówczas tata, który był bardzo zmęczony. Ułożył się obok mnie na łóżku w formie takiego banana, aby gdybym chciała wyjść musiała przejść przez niego.
Budzi się po jakiś 15 minutach i patrzy na mnie, a ja słodko sobie leże. Poczuł jednak, że coś śmierdzi. Patrzy na mnie jeszcze raz, a ja jestem umazana w gównie. Bierze mnie więc delikatnie za "body" i wkłada do wanny. Do szyi mnie opłukał wodą i teraz zastanawiał się, co ma zrobić z umazaną głową. Wziął nożyczki i zaczął ścinać mi włosy z głowy. Potem elegancko mnie umył, wszystko super spłukał. Założył pampersa i zapiął nowe "body".
Gdy mama wróciła do domu, zbaraniała na mój widok... Nie mogła w to uwierzyć, że się gównem wysmarowałam i nie rozumiała, dlaczego nie mam włosów na głowie. A mój tata jak to mężczyzna odpowiedział jej, że chyba nikt by nie chciał, żeby mu gówno po twarzy spływało.
Tydzień temu koło północy zbudziła mnie głośna muzyka. Dobiegała z pokoju mojej 15-letniej córki. Od razu się zezłościłem, bo dobrze wie, że wstaję wcześnie rano do pracy. Szybko wstałem z łóżka i poszedłem w kierunku jej pokoju. Zanim otworzyłem drzwi córki usłyszałem, że słucha Niemena. Bez wahania wróciłem z powrotem do swojej sypialni.
Jako mały berbeć siedziałam sobie w ogromnym starym fotelu i między mamą a mną wywiązał się taki o to dialog:
(Ja): Mama?
(Mama): Tak kochanie?
(Ja): Mama mogę?
(M): A o co chodzi?
(Ja): Ale mama mogę?
(M): Powiedz mi, o co chodzi, to się zastanowimy.
Jako małe, kochane dziecko postanowiłam oczywiście nie dać za wygraną i jeszcze kilka razy pomęczyć mamę pytaniem "Czy mogę?" bez wyjaśnienia jej, o co mi chodzi. Po kilkunastu moich "atakach" mama albo straciła cierpliwość, albo była już bardzo ciekawa, co takiego chcę zrobić, więc zgodziła się. Po usłyszeniu długo wyczekiwanego "Tak, możesz" uśmiechnęłam się radośnie po czym... zsikałam się na fotel.
Nie wiem, co działo się później i nie pamiętam, co stało się z poduchą z fotela. I do tej pory nie wiem, czemu to zrobiłam.
Pewnego razu byłam wraz z przyjaciółkami u kolegi na imprezie urodzinowej. Na początku atmosfera była drętwa, bo się jeszcze nawzajem nie znaliśmy. Zaczęliśmy rozmawiać. Postanowiliśmy, że każdy opowie coś o sobie. Pewien chłopak zaczął:
- Ja stoję na bramce w klubie.
Na co ja nie zastanawiając się ani chwili odpowiedziałam:
- Ale fajnie, że grasz w piłkę nożną! A w jakim klubie?
Nagle wszyscy wybuchnęli śmiechem. Przyjaciółki oczywiście śmiały się najgłośniej. Ja poczułam się bardzo niezręcznie. Chłopak próbując się opanować, zaczął mówić, jeszcze ciągle się śmiejąc:
- Tak stoję na bramce w klubie, tylko że nocnym.
Mój chłopak kiedyś zostawił u mnie telefon. Więc wzięłam swój i postanowiłam do niego zadzwonić i go o tym poinformować. Tak wiem, inteligentne, chyba kierowało mną chwilowe zaćmienie umysłu.
Wybrałam jego numer i nagle słyszę muzyczkę z jego telefonu. Wzięłam go do ręki i odrzucam połączenie. W słuchawce słyszę pi pi pi. Dzwonię drugi raz, znowu "dziwnym trafem" akurat dzwoni jego telefon, więc drugą ręką odrzucam połączenie. Dzwonię 3 raz, sytuacja się powtarza. Wściekła jak nie wiem co, rzuciłam moim telefonem na biurko i mówię "No co za debil, ja mu dam odrzucać moje połączenia!!!" Dopiero po chwili zorientowałam się co zrobiłam...
Przynajmniej do końca wieczoru miałam dobry humor, który udzielił się mojemu chłopakowi, który następnego dnia się o wszystkim dowiedział. Do dziś nie wiem jak to się mogło wydarzyć.
Dodaj anonimowe wyznanie