W nawiązaniu do http://anonimowe.pl/jiW6o. Mam ojca lekarza, pracuje w publicznym szpitalu i z racji tego mniej więcej raz na tydzień wyrabia 24-godzinne dyżury, z których zwykle wraca rano. Czasami jednak z powodu urlopów itp. zmiana się przedłuża o kolejne 12h.
Było lato, cała rodzina akurat w rozjazdach, a on wrócił o 23 marząc tylko o łóżku. Jednak sąsiedzi z dołu, studenci, mieli dla niego inne plany - impreza trwała nieprzerwanie do godziny 5 rano, pomimo próśb i gróźb taty. Nie mając sił na wzywanie policji i tym podobne zabawy jakoś dotrwał do następnego ranka. W okolicach godziny 7, kiedy całe towarzystwo ucichło i zasnęło snem kamiennym, odwinął dywan, położył na płask na podłodze zestaw nagłaśniający - kilka wież i subwoofer - włączył magnetofon na cały regulator, po czym zamknął drzwi od mieszkania i udał się na spacer po osiedlu.
Kiedy wrócił pół godziny później przed drzwiami stała cała delegacja z mieszkania niżej pokornie prosząc o wyłącznie muzyki i przysięgając poprawę. Słowa dotrzymali.
Gdy chodziłam do 5 klasy podstawówki (co było ponad 15 lat temu), to w połowie roku zmienili nam salę do języka polskiego - zawsze lekcja odbywała się w sali bodajże 13, a potem już zawsze w sali 14. W czasie jednej z lekcji nauczycielka poprosiła mnie, bym poszła do łazienki i zmoczyła gąbkę do tablicy.
Poszłam, zrobiłam co miałam zrobić i wróciłam. Z impetem otworzyłam drzwi, weszłam do klasy, położyłam gąbkę na tablicy i odwróciłam się w kierunku swojej ławki... gdy dotarło do mnie, że panuje głucha cisza. Podniosłam głowę i zobaczyłam otwarte szeroko w wielkim zdumieniu i wlepione we mnie oczy jakiejś nauczycielki, którą kojarzyłam tylko z widzenia oraz jej jeszcze szerzej otwarte usta, jakby zamarła w połowie wypowiadania zdania. Rozejrzałam się i zobaczyłam klasę, która wyglądała na 2-3 gimnazjum (bo miałam podstawówkę łączoną z gimnazjum), z identycznymi minami jak ich nauczycielka...
Zburaczyłam, chwyciłam gąbkę, bąknęłam tylko coś w stylu "Przepraszam, pomyliłam sale" i uciekłam stamtąd. Kiedy już usiadłam na swoim miejscu w swojej klasie, zaledwie salę obok, wciąż przez ścianę było słychać jak rżą ze śmiechu... Ile ja się potem namęczyłam, gdy zadzwonił dzwonek na przerwę, żeby nie wpaść na kogoś z nich na korytarzu.
Kiedy miałam 6 lat poszłam z mamą do osiedlowego sklepiku. Rodzicielka wcześniej zrobione zakupy, jak wszyscy, postawiła przy wejściu na półce. Przed kasą stała spora kolejka, a ja zostałam przy torbach. Byłam bardzo ciekawskim dzieckiem i zaczęłam przeglądać zawartość naszych zakupów. Znalazłam smalec. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie jadłam, więc ochoczo odwinęłam papierek i ugryzłam trochę. W tej też chwili zorientowałam się, że nie kupowałyśmy żadnego smalcu, a ja gryzę cudze zakupy. Szybko zapakowałam produkt i odłożyłam go na miejsce. Chętnie zobaczyłabym później minę właściciela...
Pewnego dnia, gdy miałam może z 5, a mój brat 7 lat, mocno rozbolała mnie głowa. Brat postanowił mi pomóc i przyniósł mi jakieś 'magiczne tabletki na ból głowy'. Gdy je połknęłam przestała mnie boleć głowa i wszystko było ok. Potem parę razy gdy odczuwałam ból, sama prosiłam go o te tabletki. Jednak pewnego razu mama zauważyła, co on mi daje, a ja to bez wahania chcę wsadzić do ust. Mama krzyknęła, "Dlaczego chcesz jeść styropian?". Wtedy wyszło, że jego magiczne tabletki na ból głowy to kulki ze styropianu.
Historia sprzed ponad dwóch lat. Mój młodszy brat był zawsze faworyzowany, ale nie przeszkadzało mi to. Do czasu. Ja ubieram choinkę, tata i młodszy brat naprawiają choinkowe światełka. Po dość długim czasie, który spędzili na próbie przywrócenia do życia tej chińskiej ozdoby, między bratem a tatą wywiązał się mniej więcej taki dialog:
- Tato, sprawdzić czy światełka działają?
- Lepiej nie, bo prąd może kopnąć. Niech Filip sprawdzi.
Tak, to ja jestem Filip. I nie, nie sprawdziłem.
Moja rodzina jest dość specyficzna, szczególnie jeśli chodzi o poczucie humoru. Mistrzynią trollingu jest zdecydowanie moja mama, której pomysły zadziwiają mnie do teraz. Przechodząc do sedna, któregoś letniego dnia mój tato po powrocie z pracy postanowił uciąć sobie krótką drzemkę. Z chwili relaksu zrobiły się ponad 2 godziny, a że mama chciała tego dnia jechać na zakupy to była lekko poirytowana.
Nie obudziła jednak mojego taty, nie zrobiła awantury, tylko w swoim stylu postanowiła go strollować. Jako że było lato, to o 19 za oknami było wciąż zupełnie jasno. Mama poprzestawiała zegarki na godzinę 9 rano, zrobiła sobie i mi kawę, "śniadanie", włączyła radio. Generalnie stworzyła scenerię typowego sobotniego poranka.
Tato oczywiście się przebudził, szybko wyskoczył z łóżka, wbija do kuchni kompletnie skołowany. Mama natomiast udaje obrażoną i rzuca tekstami w stylu "Dzięki, że wczoraj pojechałeś ze mną na te zakupy...". Ja ledwo powstrzymuję się od śmiechu widząc biednego tatę, który tłumaczy się ze swojej kilkunastogodzinnej drzemki. Nie wiem, ile by to jeszcze trwało, gdyby nie mój wujek, który wpadł w odwiedziny i zepsuł cały podstęp.
Jak byłam mała bardzo bałam się budzić innych ludzi w nocy. Uznałam, że jak ktoś śpi nie można mu przeszkadzać. Dlatego też chodząc w nocy do łazienki, przy spuszczaniu wody zawsze zatykałam uszy. Myślałam, że jak ja nie słyszę, to nikt nie usłyszy. Robiłam tak przez dobrych parę lat zanim do mnie dotarło, że to tak nie działa.
To było 4 lata temu. Jechałyśmy tramwajem z siostrą przebrane na imprezę - ona kostucha, ja wampirzyca. Wiadomo twarze pomalowane, jakieś peruki, sztuczna krew. Na jednym z przystanków chciał wsiąść lekko zawiany chłopak, jak nas zobaczył najpierw spadł ze schodów. Potem się pozbierał, usiadł, patrzy na nas i mówi do siebie "O cholera ja, już wiecej nie palę!".
Mój tata ma ciężką pracę. Pracuje wyłącznie na tzw. "nocki" i zdarza się że jest w pracy nawet 14 godzin plus dojazdy (mieszkamy w małej miejscowości) czyli półtora godziny w jedną stronę. Nic dziwnego, że gdy przychodzi do domu jest bardzo zmęczony, co często daje o sobie znać.
Kiedyś z powodu imienin swojego chlebodawcy (prosto po pracy) wrócił do domu w stanie nieco wskazującym. Sam tata jest typem "posprzątam później", więc zawsze zostawia na środku wszystko czego używa. Tata wyszedł z łazienki i zaczął budzić najpierw moją mamę, a potem mnie, w celu otrzymania odpowiedzi na pytanie "Czemu żeście taką chu*ową pastę do zębów kupiły?!". Mama jakoś go uspokoiła i poszedł spać.
Zagadka rozwiązała się rano, gdy poszłam do łazienki. Otóż mój życiodawca zamiast pasty użył... kremu do depilacji okolic bikini.
Miałam akurat przerwę miedzy lekcjami i poszłam do toalety. Fakt, trochę się spieszyłam, więc za bardzo nie analizowałam tego, co robię. Weszłam do kabiny, zamykam za sobą drzwi, opuszczam spodnie i nagle słyszę głośne CHLUP.
Mój biedny, przerażony mózg szybko zorientował się o co chodzi. Cała spanikowana spojrzałam do wnętrza tronu i ujrzałam tam mój telefon, leżący spokojnie na samym dnie. Po prostu wypadł mi z tylnej kieszeni spodni.
Zszokowana całą sytuacją, nie myśląc za wiele, poddałam się impulsowi, który nakazał mi natychmiast wsadzić rękę do kibla i wyjąć telefon. Najśmieszniejsze jest jednak to, że zaraz po tym wystrzeliłam z kabiny, doskoczyłam do umywalki i zaczęłam myć telefon pod bieżącą wodą! Higiena ponad wszystko.
Dodaj anonimowe wyznanie