Byłam mała i chodziłam do przedszkola niecały miesiąc. Za bardzo nie dogadywałam się tam z innymi gówniakami, więc mama i tak rozważała wypisanie mnie, ale zdarzyło się coś jeszcze. Nasz plac zabaw podzielony był na część dla młodszych i dla starszych. Na drugiej stronie były wyższe zjeżdżalnie i drabinki. Każdemu z mojej grupy marzyło się pójście tam, ale panie nikomu nie pozwalały nawet do nich podejść.
Kiedyś podczas codziennego wyjścia na plac zabaw postanowiłam z jakąś dziewczynką uciec na tę zakazaną część. Po prostu nie stawiłyśmy się zbiórkę i reszta dzieciaków z grupy wróciła na obiad, a my natomiast wreszcie mogłyśmy się wyszaleć na Świętym Graalu maluchów. Po jakiejś godzinie stwierdziłyśmy, że czas wracać, że opiekunki pewnie nas szukają. Wróciłyśmy do przedszkola jak gdyby nigdy nic. Nikt nie zauważył naszej nieobecności, nikt nie zdziwił się, że dwie 4-5 latki nagle dołączyły do zabawy.
Oczywiście po powrocie do domu pochwaliłam się mamie moją przygodą, opisałam ją ze szczegółami. Więcej do tego przedszkola mnie nie zawiozła.
Było gorąco, więc jak wielu ludzi idę na lody. Kolejka jak w PRLu po srajtaśmę, ale czekam, w końcu stał przede mną tylko ojciec z małym dzieckiem. Pewnie spodziewacie się, że zacznie składać różne dziwne zamówienia, aczkolwiek aż tak źle nie było.
Dziecko zamawia loda, pani uprzejmie go podaje. Kiedy mają już odchodzić, dziecko mówi do ekspedientki (czy jak można nazwać osobę kręcącą lody z automatu): "Może pani zrobić loda mojemu tacie też, bo mówi, że mama nie umie tak, jak kiedyś".
Dziecko na pewno nie zdawało sobie sprawy z tego jak to zabrzmiało, a efekt był następujący - dziecko dostało loda, ojciec spiekł raka i przeprosił, a ludzie w kolejce mieli uciechę.
Wynajmowałem małe mieszkanie. Gdy skończyłem studia dostałem ofertę pracy w innym mieście i znajomy pożyczył mi samochód abym mógł przewieźć sobie rzeczy. Mieszkanie po mnie miała wynająć koleżanka. Jak zniosłem do samochodu telewizor (taki stary, z kineskopem), to przypomniałem sobie że miałem go jej zostawić w mieszkaniu. Przeklinając w duchu swoją sklerozę ruszyłem w drogę powrotną po schodach. Po drodze spotkałem sąsiadkę, starszą panią, którą na mój widok podzieliła się taką złotą myślą “Cieszę się, że się pan wprowadza, przed panem mieszkał tu podejrzany element!”.
Co ciekawe jak mieszkałem tam dwa lata to moje kontakty z nią nigdy nie wyszły poza “dzień dobry”.
Zdarzenie sprzed godzinki. Dopiero co wróciłam z Warszawy, byłam z mamą na zakupach i odwiedzić brata. Po powrocie do domu usiadłam na mojej sofie z tymi wszystkimi torbami i postanowiłam zadzwonić do brata i mu podziękować z to, że pożyczył biedniejszej siostrze na sukienkę.
Wyjęłam swoją komórkę, rozmowa trwa i trwa, w tym czasie przypomniałam sobie, że muszę wysłać SMS do przyjaciółki, bo obiecałam że to zrobię jak wrócę. Nie przerywając rozmowy szukam mojej komórki. Grzebię we wszystkich torbach z zakupami, wyjęłam wszystkie ciuchy ze środka, a brat jak na złość - gada jak najęty i nie chce skończyć, co mnie zaczęło irytować bo miałam tylko jedną rękę wolną do szukania.
Poszłam na korytarz, szukałam wszędzie na ziemi - nie ma. Przepadł. Myślę sobie, dobra, trudno, urodziłam się taka, taką mnie Pan Bóg stworzył, nie mam nic do gadania, telefon został w Warszawie. Powiem bratu żeby poszedł do galerii i popytał czy ktoś nie znalazł.
Załamana, wzdycham i mówię do telefonu całą historie bratu, który właśnie skończył mi opowiadać o swoim nowym stażu. Nagle brat wybucha śmiechem i zadaje pytanie, które słyszałam już nie raz: "Kuźwa, czy ty kiedyś ogarniesz trochę ten swój łeb, ciołku?". Potem już uprzejmie zwrócił mi uwagę, że moja komórka znajduje się od pół godziny przy moim uchu :)
Dwadzieścia lat temu gdy uczęszczałem do "zerówki" byłem chłopcem raczej nieśmiałym, nie wychodzącym przed szereg i odzywającym się tylko jeśli zajdzie taka potrzeba. Pewnego razu pani w szkole pytała dzieci "Co to za kolor?", "Jaki kolor ma ta okładka od książeczki?", itp. Nadeszła moja kolej. Jako że byłem wstydliwy i chciałem mieć to z głowy, to na pytanie pani nauczycielki odparłem tylko "Nie znam kolorów, bo mam w domu czarno-biały telewizor". Nie wiem skąd wytrzasnąłem ten tekst, ale gdy moja mama się o tym dowiedziała jej mina była bezcenna.
Jak miałem może z 8 lat, wujek podarował mi króliczka - Czarusia! Mój pierwszy zwierzak, zakochałem się w nim od pierwszej chwili.
Minęło trochę czasu i pewnego dnia wróciłem ze szkoły, patrzę, a Czarusia nigdzie nie ma! Wpadając w totalną panikę, zapytałem mamę gdzie on jest. A ona, że jest u weterynarza, bo zachorował. Myślę sobie, że pewno tak, bo jakiś taki niemrawy był ostatnio.
Po trzech dniach wracam do domu ze szkoły, patrzę - jest Czaruś! Zadowolony jak zwykle się do niego dowaliłem, ale on był jakiś zdziczały. Zapytałem mamę dlaczego, powiedziała że to taka reakcja lekach. Gdy problem z drapaniem mnie i gryzieniem wszystkiego co popadnie się nasilił postanowiłem oddać Czarka z powrotem wujowi.
Dziś, po 9 latach, dowiedziałem się, że króliczek został podmieniony, bo oryginalny Czaruś umarł...
Kilka dni temu byłam u okulisty. Denerwowałam się, czy moja wada się nie powiększyła, a wiadomo co stres robi z człowiekiem. Tak więc kiedy usiadłam do takiej maszyny na komputerowe badanie wzroku, okulistka powiedziała mi "szeroko...".
Nie wiem co mój mózg w tej chwili robił, ale na pewno nie działał, bo zamiast szeroko otworzyć oko, otworzyłam usta i jeszcze powiedziałam "Aaa...". Mina lekarki bezcenna. Mój wstyd nie do opisania.
Jechałem ostatnio samochodem z bratem i jego dziewczyną. Oni siedzieli z przodu, a ja z tyłu na środku. Poboczem biegła dziewczyna. A raczej bogini... Piękne nogi, tyłek, długie ciemne włosy. Nagle pomiędzy z przodu nawiązał się taki dialog:
- Mariusz zatrąb na nią! Zobacz, jaką ma dupę! - powiedziała dziewczyna brata.
- A daj mi spokój nie będę na nikogo trąbił.
- To ja trąbnę!
Jak powiedziała tak zrobiła. Nie wiedzieć czemu nasz samochód wtedy zgasł. Dziewczyna stała koło naszego wozu i zaglądała w okno. Moja bratowa kazała mojemu bratu otworzyć okno, po czym głosem wrednej żony powiedziała "Spokojnie, on już dostał w łeb za to swoje trąbienie!". Dziewczyna uśmiechnęła się do niej, a na mojego brata spojrzała wzrokiem zabójcy... Przez resztę drogi ja z bratowa mieliśmy straszną bekę, a niesłusznie oskarżony wielkiego focha.
Kiedyś przyszłam do mamy (tata siedział obok zajęty swoimi sprawami) z prośbą o pomoc w nauce. Była to akurat fizyka, a dokładniej astronomia. Mama miała mnie z tego przepytać.
Podczas odpytywania miała tendencję do interesowania się danym tematem, tu akurat padło na (dokładnie to pamiętam!) pierwszą i drugą prędkość kosmiczną - za nic nie potrafiła tego zrozumieć. Tata próbował jej to wytłumaczyć, zaczęli dyskutować na zasadzie "A co, gdyby...?". Kiedy się zorientowałam, że z odpytywania nici, poszłam z powrotem do pokoju.
Następnego dnia dowiedziałam się, że dyskutowali tak zawzięcie, że się pokłócili i poobrażali. Nie odzywali się do siebie kilka dni. Już więcej nie chodziłam do nich, żeby mnie przepytali.
Pewnego razu będąc na dyskotece niedaleko mojego miejsca zamieszkania, ujrzałem najpiękniejszą kobietę na świecie. Od razu wiedziałem, że jest w niej to coś, to czego u innych kobiet nie ma (bez obrazy)! Ale śmiałym bajerantem nie jestem i dopiero po prawie godzinie zebrałem się w sobie i poszedłem za nią na papierosa.
Będąc już przy niej chciałem się przedstawić i to zrobiłem. Jednak ona odpowiedziała, że my się już znamy. Ja stałem jak wryty. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Ona oświeciła mnie mówiąc: "Poznaliśmy się dwa tygodnie temu przy wejściu, jak otworzyłeś mi drzwi wejściowe i przedstawiłeś mi się". Niestety ja tego nie pamiętałem. Myślałem, że po tym jestem u niej spalony.
Powiedziała, że pewnie znów jestem pijany i znowu zapomnę, że się z nią poznałem. Była w błędzie. Byłem najtrzeźwiejszym człowiekiem na tej imprezie, a ona jest teraz moim życiem! Tym czego szukałem przez całe życie! Warto czasem odmówić sobie picia z kolegami i być trzeźwym. Ja od tamtego momentu nie piję alkoholu w dużych ilościach, a jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie!
Dodaj anonimowe wyznanie