Chciałam się podzielić z Wami moim błędnym, acz śmiesznym przekonaniem.
Chyba każdy z nas kiedyś widział w filmie lub serialu, jak aktorzy zajadają się masłem orzechowym. Nieraz słyszało się, jakie jest pyszne i cudowne. Lubię próbować nowych rzeczy i masło orzechowe zdecydowanie było na mojej liście do skosztowania.
Jednak odkąd się na niej pojawiło, ja byłam przekonana, że jest ono... słodkie i dlatego musi być takie pyszne. Nikt nigdy nie wyprowadził mnie z błędu, byłam przekonana, że inni myślą tak samo.
Wszystko runęło w gruzach, gdy w pierwszej klasie technikum miałam okazje kupić jeden słoik masła orzechowego. Już po pierwszej łyżeczce byłam tak zszokowana smakiem, że przez 5 minut nie mogłam nic powiedzieć.
Moje wymarzone masło orzechowe nie było słodkie, a wręcz smakowało jak chrupki ze sklepiku szkolnego. ;-;
Mam normalną, całkiem majętną rodzinę. W domu jest pełno miłości, zaufania i wzajemnej pomocy. Jednak odkąd pamiętam, moja mama miała problem z alkoholem (pierwsze tego typu wspomnienia mam z okresu ok. 3 klasy szkoły podstawowej). Polegało to na tym, że w momencie, w którym zaczynała pić, trwała w tym ok. 3-5 dni. Sytuacje takie miały miejsce czasem raz w tygodniu, czasem raz na miesiąc. Jako dziecko pamiętam, jak tata ciągnął nieprzytomną mamę z korytarza do łóżka, jak wszędzie znajdowałam pochowane butelki wódki, jak wymieniałam jej zarzygane poduszki spod głowy. Przynosiłam jej miskę i wodę, żeby miała się czego napić. Nie była nigdy agresywna, po prostu piła i kładła się spać nieprzytomna. Zawsze, gdy pytałam „Mamusiu, czemu chowasz alkohol?”, odpowiadała „Bo bardzo chce mi się pić”. Gdy wychodziła z tego ciągu, normalnie wstawała rano, robiła śniadanie i witała mnie z uśmiechem na ustach. W domu ten temat nigdy nie był poruszany. Ja sama nigdy nikomu o tym nie mówiłam. Gdy skończyłam 15 lat, jej „ciągi” się skończyły. Byłam najszczęśliwsza na świecie. Gdy podczas imprez rodzinnych/gości w domu ona odmawiała alkoholu, byłam z niej taka dumna...
Obecnie mam 21 lat. Od pół roku mieszkam z chłopakiem wraz z rodzicami, wszystko super, ekstra.
Jest trzecia w nocy, a ja przed chwilą po raz pierwszy od 6 lat zobaczyłam pijaną mamę. Poprosiłam, żeby położyła się spać i nie piła już alkoholu, na co odpowiedziała, że ma już dosyć na dziś i idzie zaraz spać. Po 15 min coś mnie tknęło, żeby wrócić do kuchni. Akurat nalewała sobie schowaną w szlafroku whiskey do szklanki.
Wylałam wszystko. Ona poszła spać.
Jestem przerażona, cała się trzęsę. Jak to wszystko wróci? Co jak mój chłopak któregoś dnia zobaczy leżącą na ziemi pijaną mamę? Co jak znów będę musiała przechodzić przez to piekło?
Około 10 lat temu kolega (powiedzmy Marek) przespał się z koleżanką (powiedzmy Agatą). To była jednorazowa akcja, po fakcie stwierdzili, że to się nie powtórzy i nikomu o tym nie powiedzą. Około 2-3 lata później oboje zostali moimi dobrymi ziomeczkami. Nikt by nawet nie odgadł, że kiedykolwiek coś między nimi było. Mnie też nic nie powiedzieli, wiem od niedawna.
Cztery lata temu Agata wyszła za mąż, a trzy lata temu Marek zaczął spotykać się z Anką. Za kilka miesięcy biorą ślub. Anka początkowo nie wiedziała o tym, że coś kiedyś na krótką chwilę połączyło Agatę i Marka. Dowiedziała się po około roku związku (czyli jeśli ktoś się pogubił, po ośmiu latach od „bliskiego spotkania”). Wyszło to przypadkiem w rozmowie, bo dla Marka nie miało to znaczenia i nie opowiadał o tym wcześniej.
Anka wpadła w szał, płakała i zabroniła Markowi kontaktu z Agatą. To nie wszystko. Marek musiał opowiedzieć wszystkim znajomym o tym, co zaszło między nim a Agatą, bo jeżeli ktokolwiek wspomina o niej przy Ance, ta strzela focha na Marka, odpycha go, jak próbuje ją dotknąć czy złapać za rękę i odzywa się do niego w nieprzyjemny sposób. To wygląda dosłownie jak teatrzyk. Gdy jeden z naszych kolegów nie wiedział i wspomniał o Agacie, Anka momentalnie odsunęła się od Marka. Może mi się wydawało, ale chyba miała w oczach coś, co wyglądało na satysfakcję.
Efekt: Agata nie jest zapraszana na spotkania, bo jest Anka. Nie możemy nawet o niej rozmawiać. Ktoś raz wspomniał o studiach i Anka strzeliła na Marka focha, bo przecież Agatę znamy ze studiów i jej się przypomniało.
Powiedzcie mi, czy takie zachowanie jest normalne?
Chłopak, z którym byłam, tak naprawdę okazał się kobietą. Transseksualną, ale dla mnie kobietą. Nigdy nie byłam jakaś zdecydowana w kwestii moich poglądów, po prostu nie wtrącałam się w życie innych, dopóki nie dotyczyło mojego własnego. Wtedy też wśród wszechobecnego metroseksualizmu wygląd „kolesia” mnie jakoś specjalnie nie dziwił. Zresztą wciąż bardziej przypominał mężczyznę, po prostu jego uroda była delikatna. Do podejrzeń skłoniła mnie matka, która zauważyła, że jakoś tak głupio uśmiecham się do telefonu. Po pokazaniu jednak zdjęcia chłopaka, zamiast kobiecych przekomarzanek, usłyszałam z jej strony głośny śmiech. „Przecież to jest baba!” Nie ukrywam, że byłam oburzona. Rodzicielka jednak po salwie śmiechu próbowała mi uzasadnić swoją wypowiedź, pokazując mi poszczególne rzeczy, które jej zdaniem go zdradzały.
Naturalne nie przyjęłam tego do wiadomości. W końcu wielu facetów ma dość zniewieściałą urodę. Moje oburzenie pogłębił fakt, że przy każdym przytyku do jej własnego faceta leciała do mnie z tekstem: „Ja się przynajmniej nie umawiam z babą”.
Brutalne, ale to właśnie to skłoniło mnie do rozważenia tego faktu. Kochałam typa, ale myśl, że ktoś mógł mnie tak perfidnie oszukać, była okropna. Pomijając nawet całe zatajenie, nie umiałabym być w związku z kobietą. Chciałam mieć dzieci oraz zwyczajnie głęboką relację z płcią przeciwną.
Odkrycie, że matka miała rację, było najgorszym przeżyciem. Szczególnie że podczas rozmów na ten temat jasno podkreślałam, że nie mogłabym być w takim związku.
Jednak mój facet okazał się kobietą...
Kiedyś słyszałam wiele historii o tym, że transseksualni ludzie cierpią, bo ich „pierwsza” płeć niejako ich prześladuje, ale mało kto zrozumie ból świadomości, że przez parę miesięcy całowałaś się z inną laską. Dzieliłaś z nią swoje uczucia, myśli, a ona perfidnie zataiła coś tak bazowego! Jak mogłabym zaufać takiej osobie po czymś takim!? Na szczęście rozumiała i zaraz po tym incydencie przeprosiła, zrywając kontakt. Przynajmniej nie musiałam czytać jej tłumaczeń. Sama za to płakałam przy winie, którego dolewała mi matka, mówiąc: „Nie martw się, pech do związków jest u nas rodzinny”, co mnie wcale nie pocieszyło.
Wrócić do funkcjonowania udało mi się szybko, ale moje życie towarzyskie legło w gruzach. W każdym mężczyźnie, który jest mną zainteresowany, widzę cechy kobiece. To się stało wręcz moją paranoją. Żal miesza się z niechęcią do ludzi, którzy najzwyczajniej w świecie oszukują innych. Koleżanki się ze mnie śmieją, że w tych czasach to sprawa przyziemna, a mnie na te teksty wręcz mdli.
Mój kot to jest stuprocentowy killer wszystkich komarów, much i ciem, więc często zdarza się, że wieczorem lata po całym mieszkaniu wręcz krzycząc „ZŁAAPIĘ CIE TY LATAJĄCY POTWORZE I ZJEEM”.
Ostatnio właśnie z takim zapałem łapał latającego komara, że nie zauważył, że rzuca się prosto na stojącą metalową lampę, która z wielkim impetem spadła mi prosto na twarz.
Nie pozdrawiam, następnym razem sam będę łapać te komary.
Mam 36 lat. Nie mam męża ani dzieci. Mam pracę za śmieszne pieniądze, gdzie jestem tylko zwykłym pracownikiem.
Od dwóch lat omijam wszystkie rodzinne imprezy. Mam dosyć pytań, kiedy w końcu ułożę sobie życie i zacznę zarabiać normalne pieniądze, jak reszta mojego rodzeństwa i kuzynostwa.
Nie chce mi się żyć...
Wstydzę się mojej skóry na brzuchu, klatce piersiowej. Kiedyś byłem bardzo gruby, po śmierci żony dużo schudłem, niestety skóra została. Chodzę na basen, żeby chociaż trochę ja naciągnąć. Nie wyjdę na plażę bez koszulki. Znajomi mówią, że dobrze wyglądam, ale siedzi to we mnie.
Na ostatnim roku studiów za chorego profesora zajęcia prowadziła jego doktorantka, niewiele ode mnie starsza. Wysoka, szczupła, krótkie włosy, okulary, mój ideał kobiety. Długo dyskutowaliśmy po zajęciach i coraz bardziej zaczynała mi się podobać.
Pod koniec semestru w końcu się przełamałem i zaproponowałem kontynuację znajomości przy kawie. Niestety, pani odmówiła, ponieważ niebawem wychodziła za mąż. Jej wybrankiem był właśnie ten profesor...
Wygrałem z rakiem, lecz moja dziewczyna nie. Umarła. Dużo przez to piłem, ale w międzyczasie pracowałem, zdałem studia i pracowałem nad swoją grą. Powoli uchodziło ze mnie życie, którego i tak niewiele miałem jako wycofany samotnik. Po półtora roku od śmierci związałem się z cudowną dziewczyną, której złamałem serce, bo myślałem wciąż o poprzedniej i postanowiłem być sam. Poza tym strasznie zacząłem odwalać, nie wiedząc już sam, czego chcę. Zacząłem więc szukać tylko chwilowych przygód, żeby jakoś wypełnić pustkę, a jednocześnie nie chcąc nikogo zranić. No i tak udawało się, aż do czasu, gdy wszyscy zaczęli mnie unikać, bo stałem się rozchwiany i pogrążyłem się w samotności i smutku.
Mam 24 lata i jestem „martwy”, a zarazem jestem chodzącym chaosem, który stara się coś zdziałać z ostatków sił. Jestem jeszcze młody, biorę leki, odstawiłem używki, ale nic się nie zmienia i nic już nie ma dla mnie znaczenia. Stoję w miejscu i nie potrafię się z tego uwolnić. Wygrałem z rakiem, a przegrałem z samym sobą i żyję jak przegrany, dodatkowo tworząc sobie masę wrogów, którzy niegdyś podawali się za moich przyjaciół. Zazdroszczę innym szaleńczej młodości, związków i przyjaźni, umiejętności bawienia się i śmiania, a zarazem nigdy nie zapomnę wszystkich cennych przeżyć, które niestety tylko odstraszają ludzi ode mnie.
Ale jakoś wyjdę z tego. Jeszcze nie wiem jak, ale nie chcę się poddawać. Za dużo już przeszedłem. Mam tylko nadzieję, że jeszcze będę umiał być szczęśliwy.
Moja mama od dwóch lat myśli, że moje zaburzenia odżywiania były tylko stresem przed egzaminami i liceum. Mam do niej straszny żal, że straszyła mnie karmieniem przez rurkę i lekami, zamiast mi pomóc.
Dodaj anonimowe wyznanie