#VkQHw

Czytałam o matce, która mówiła, że w sierpniu to ona ma urodziny, więc ślub córki przyćmi jej uroczystość, i przypomniało mi się moje planowanie wesela. Może akurat wesele to dużo powiedziane, bo chcieliśmy kolację dla najbliższej rodziny, czyli rodzice, dziadkowie i chrzestni, ale moja mama ładnie skwitowała listę gości z mojej strony.

1. Dziadków nie zapraszaj, bo już starsi są i zmęczy ich tylko podróż do innego miasta, a przecież to tylko kolacja ma być.

2. Chrzestnej nie zapraszaj, bo ona nie będzie miała z kim dzieci zostawić, bo jest samotną matką.

3. Chrzestnego nie zapraszaj nawet, bo jest zapracowany, nie dostanie wolnego na pewno.

Według mojej mamy w ciągu około 3-4 miesięcy nie da się zaplanować jednego wolnego weekendu dla kogoś z rodziny. Na szczęście nie miałam problemów z zaproszeniem kogokolwiek, bo jednak ślubu nie było. Przykro tylko, że taki brak wsparcia od mamusi.

#aO5Ey

Parę dni temu wracałam z chłopakiem z wyjazdu. Byliśmy zmęczeni, podróż trwała wiele godzin, w związku z czym późnym wieczorem zmuszeni byliśmy zatrzymać się za potrzebą.
Weszłam do toalety i zobaczyłam babcię klozetową w zielonym fartuchu, wymiatającą brud z kabiny. Jako osoba kulturalna i bardzo towarzyska czułam się w obowiązku przywitać z panią, jako że było to jej miejsce pracy, i zagadać, powiedziałam więc z uśmiechem: „Dobry wieczór, współczuję pani, ta godzina, a pani musi jeszcze pracować”...
Kobieta popatrzyła się na mnie dziwnie, nie odpowiedziała, tylko szybko uciekła z pomieszczenia, odwracając się za mną dwa razy. I to był ten moment, kiedy mój przemęczony mózg uświadomił mi, że to wcale nie był fartuch, a zielony płaszczyk, a kobieta nie zamiatała, tylko wychodziła tyłem z kabiny, a jej szczotka to w rzeczywistości kula.
Kiedy wyszłam, kobieta siedziała już w samochodzie, prawdopodobnie opowiadając swojej towarzyszce o zdarzeniu, ponieważ obydwie bardzo krzywo zaczęły na mnie patrzeć. Mój chłopak, gdy usłyszał o tym, płakał ze śmiechu i podsumował, że powinnam mniej gadać. Chyba ma rację.

#bpgK9

Mój chłopak mi się oświadczył. Były to prawie najbardziej romantyczne oświadczyny, jakie mogłabym sobie wymarzyć – wielki bukiet kwiatów, romantyczna kolacja, przyklękniecie na jedno kolano... Gdyby nie fakt, że przy klękaniu mojemu ukochanemu wymsknął się głośny bąk.
No cóż, w opowieściach o oświadczynach będę pomijać ten ostatni szczegół :D

#KrV7o

Dzień przed sylwestrem pożegnałam swojego przyjaciela, który był z nami ponad 12 lat. Był to mój ukochany, łagodny pies, mój wymarzony prezent na 18. urodziny. Podjęliśmy decyzję o eutanazji, bo piesek już ledwo chodził, miał raka kości, wył z bólu. Czekając na weterynarzy, płacząc, myślałam tylko o tym, kiedy oni w końcu przyjadą, bo nie mogłam patrzeć, jak on leży i cierpi, „krzyczy” z bólu, był już chyba w stanie powoli agonalnym. Uważam, że decyzja o skróceniu mu cierpienia była najlepszą, jaką mogliśmy podjąć, być może nawet za późno podjętą, ale wcześniej piesek jadł, chodził i załatwiał się na zewnątrz. Weterynarze proponowali, bym nie patrzyła na jego śmierć i nie przeżywała (bo jestem w dość zaawansowanej ciąży), ale ja nie mogłam zostawić go z obcymi ludźmi, by się bał. Wolałam płakać, być przy nim i trzymać go w ostatnich chwilach, mimo że mi i mojej mamie obok było bardzo ciężko. Nie czuł bólu, chyba poczuł ulgę po głupim jasiu, bo zjadł swój ostatni przysmak, a następny zastrzyk dość szybko spowodował ustanie pracy serca.

Potem poczytałam w internecie o eutanazji zwierząt i przeraziły mnie wpisy niektórych osób, które nie chcą się zgodzić na ukrócenie cierpienia swojemu pupilowi albo zastanawiają się nad tym zbyt długo (np. opis psa, który w ogóle nie chodził, miał odleżyny, otwarte rany, cierpiał, a właściciele, zamiast go uśpić, wynosili go na kocu na dwór).

Nie bądźmy egoistami! Nie trzymajmy kurczowo przy sobie zwierząt, których życie składa się już tylko z codziennego cierpienia, bo w takich sytuacjach myślimy tylko o sobie. Nigdy nie pogodzę się ze śmiercią mojego psiaka, ale lepsza szybka śmierć w ramionach właściciela, niż całe dnie bolesnej agonii, bo właściciel nie chce się rozstać. Liczy się dobre życie zwierzaka, tak samo jak dobra śmierć.

#eQELl

Zdecydowaliśmy się z mężem na dziecko. Chcieliśmy go, czekaliśmy na nie. Jednak nigdy nie byłam słodkopierdzącą mamusią w ciąży, która dostała zapalenia odpieluszkowego, czy jakoś tak. W końcu nadszedł dzień porodu. Miałam cesarskie cięcie. Kiedy się obudziłam... no właśnie. Pierwsza myśl – radość, że zaraz zobaczę moje dziecko. Jednak kiedy dano mi dziecko do potrzymania, pierwsza moja myśl brzmiała „ja pierniczę, jaka ona jest brzydka...”. Żeby nie było – kocham córkę, chcę dla niej jak najlepiej, ale do dziś za każdym razem, kiedy na nią patrzę, nie mogę wyzbyć się ze swojej głowy myśli, że jest okropnie brzydka. Kochana, grzeczna, ale brzydka. I nic tego nie zmieni. Kiedy mąż/mama/teściowa/dziadek/koleżanka rozczula się nad nią, mówiąc: „jaka ona śliczna/urocza”, to patrzę na nich z niedowierzaniem i politowaniem i zastanawiam się, czy mają problemy ze wzrokiem, czy mówią tak, żeby mnie pocieszyć, bo przecież sami widzą, że mam brzydkie dziecko.

I nie chcę, żeby to zabrzmiało pusto czy próżnie, ale mąż jest naprawdę przystojny (nie tylko wg mnie, ale wielu kobiet), ja też nie jestem brzydka, powiedziałabym – takiej przeciętnej urody. Ale z córą coś nie wyszło ;)

#MCVZp

Bardzo się boję tego, że jestem brzydka, a inni mówią mi komplementy, żeby mi nie było przykro. Może to coś z moją twarzą czy coś, ale jak robię sobie sama zdjęcie telefonem, to wyglądam normalnie. Natomiast gdy ktoś mi robi zdjęcie tylną kamerką, prawie zawsze wyglądam, jakby mnie coś przejechało, przemieliło i wypluło :(

#R0cXo

Jestem totalnym życiowym hipokrytą. Przykłady? Proszę bardzo. Jak z rękawa.

Naokoło twierdzę, że nie słucham disco polo, a prywatnie w ukryciu, na słuchawkach leci właśnie to.
Krytykuję paradokumenty, seriale, ale jak jestem sam, to je oglądam z zamiłowaniem.
Wszyscy myślą, że mam świetne zdrowie, że nie chodzę do lekarza. W rzeczywistości moje konto na e-pacjencie jest pełne wizyt u lekarza, i to z byle pierdołami. Albo w mieszkaniu mam pełno leków bez recepty.
Oficjalnie kawy nie piję, a w mieszkaniu mam dwie kawiarki i dzień od kawy zaczynam.

Wkurza mnie to, bo nie dość, że okłamuję wszystkich wokoło, to jeszcze sam siebie. Mam jakiś dziwny lęk przed otoczeniem i zgrywam bohatera.

#liczW

Pewnego razu mąż wrócił z balkonu (chodzi na balkon palić) i powiedział mi, że pod naszym blokiem, pod naszym oknem, na chodniku stoi samochód z drzwiami otwartymi na oścież. Za około pół godziny wyszedł znowu, a auto nadal stało z rozwalonymi drzwiami.
Posterunek policji mamy dosłownie minutę pieszo od nas. Mąż poszedł pod to auto, zajrzał, czy nikogo w środku nie ma. Nie było, więc pomyślał, że pójdzie, zgłosi na policję, niech po numerze tablicy rejestracyjnej sprawdzą czyje i niech sprawdzą, czy wszystko OK. Poszedł na komisariat, zapewnili go, że za chwilę ktoś podejdzie pod auto i się tym zajmą.
Czekaliśmy cztery godziny.... I nic. Żaden policjant nie przyszedł. Było już późno, co więcej mogliśmy zrobić? Poszliśmy spać.
Rano auto było już zamknięte.

Nikt od tych policjantów nie wymagał cudów. Niepotrzebna była brygada antyterrorystyczna, pies tropiący czy CSI. Ja rozumiem procedury itp., ale serio pięć minut – dwie minuty na drogę z posterunku w te i z powrotem, trzy minuty na ogarnięcie rejestracji i auta, czy w środku jest wszystko OK, czy nie ma np. śladów krwi. Nie chcę dramatyzować, ale przecież wersji wydarzeń jest dużo: może ktoś okradł to auto i w pospiechu zostawił otwarte drzwi, może kierowcę ktoś napadł i wyciągnął z auta, może ktoś porzucił ukradzione auto. Przecież nikt normalny nie zostawia auta na chodniku z otwartymi drzwiami. Policja nie zrobiła nic. Owszem, może jak poszliśmy spać, ktoś przyszedł... No ale jeśli tak, to dopiero po tylu godzinach?
Poza tym, po co obiecywali mężowi, że już zaraz ktoś podejdzie sprawdzić?

Dotknęła mnie ta sytuacja, bo skoro z takimi „drobnostkami”, z poświęceniem pięciu minut, nie można liczyć na policję, to jak to ma wszystko dobrze działać? To na co my możemy liczyć?

Jeśli czyta mnie jakiś policjant – ja naprawdę rozumiem, że macie procedury, rozkazy, ale serio... Aż tak to musi wyglądać?

#2ds5P

Akcja się działa, kiedy chodziłem do 2 klasy szkoły podstawowej. Siedziałem w moim pokoju i odrabiałem lekcje. W tym samym czasie moja mama tłumaczyła coś mojemu starszemu bratu i powiedziała sarkastycznie: „Niedługo będziesz się trzema iksami podpisywał”. Uznałem to za kanon wiedzy tajemnej wyższych klas.

Następnego dnia w szkole chwaliłem się kolegom, że mój brat jest taki mądry, że niedługo będzie się trzema iksami podpisywał. Klasa potraktowała to tak samo poważnie jak ja, a pech chciał, że tego samego dnia mieliśmy sprawdzian z matematyki. Wielkie było zdziwienie naszej matematyczki, kiedy po zebraniu sprawdzianów zobaczyła przy rubryce „imię i nazwisko” same „xxx” :)

#5nAbP

Mimo że od dziecka pasjonowałam się biologią i chemią, nigdy nie rozważałam studiów medycznych. Ostatnio nagle zmieniłam zdanie i wszyscy z mojego otoczenia pytają, jak to się stało, że jednak medycyna.
Nikt oprócz was, drodzy Anonimowi, nie dowie się, że za moją decyzją stoi jeden, jedyny fakt. Otóż zdałam sobie sprawę, że w trakcie studiów medycznych będę miała okazję wziąć udział w sekcji zwłok i zobaczyć, jak naprawdę wyglądamy w środku.
Dodaj anonimowe wyznanie