O tym, jak wypięła się na mnie część mojej rodziny.
Rodzice zawsze mi powtarzali, że trzeba sobie na wszystko samemu na tym świecie zapracować. Tak też robiłem. Poszedłem na te same studia, na które poszła starsza kuzynka. Kiedy ja zaczynałem, ona była na 5 roku na tym samym uniwersytecie. Oczywiście jako nowy na studiach chciałem się dowiedzieć pewnych rzeczy, choćby jacy są wykładowcy, ale także np. jak napisać jakieś podanie, gdzie szukać rejestracji, do kogo pisać w razie problemów itp. Nie powiedziała mi nic. Cóż, dowiedziałem się sam. Kiedy ja skończyłem licencjat, kuzynka nie miała pracy. Wysłała pocztą kilka CV i narzekała głównie. Do dziś nie pracuje.
Od ciotki i kuzynki dowiedziałem się, że to okropny kierunek, że po tym pracy nie ma, przez co moja matka zaczęła namawiać mnie na zrobienie magisterki z czegoś innego. Nie zgodziłem się, brnąłem w swoje. W tym samym czasie inna kuzynka skończyła inny, podobny kierunek. Magistra robiłem zaocznie, w międzyczasie dorabiałem do studiów, w wakacje również pracowałem. Na 2 roku magistra udało mi się znaleźć staż, gdyż spodobałem się na praktykach. Po studiach robiłem jeszcze podyplomówkę z kierunku, na który poszła wcześniej druga kuzynka. Rozniosłem CV WSZĘDZIE. Chodziłem osobiście, znalazłem pracę na rok w miejscowości oddalonej ok. 100 kilometrów od domu. Wynająłem pokój, coby było taniej, bo zarabiałem bardzo mało. Rodzice musieli mi raz troszkę pomóc finansowo, z dziewczyną ledwo się spotykałem, ale i tak dobrnąłem jakoś do końca roku. Potem z doświadczeniem i dość bogatym CV po studiach i kursach dostałem pracę od ręki w mojej miejscowości.
Teraz do sedna. Zjechała się pewnego dnia rodzinka w domu jednej z ciotek i dowiedziałem się, że:
- Zrobiłem chamsko, że poszedłem na ten sam kierunek co dwie starsze kuzynki i "zabrałem im pracę".
- Przyjęli mnie, bo jestem facetem.
- Powinienem był oddać tę posadę kuzynce, bo ona jest starsza i nie ma pracy, a ja młody, to łatwo coś znajdę.
- Całe życie tylko studiowałem, kasę od rodziców wyciągałem (pomogli mi czasem, przyznaję, ale sam sobie do studiów dorabiałem), nic nie robiłem, a mam się lepiej niż kuzynka (która nigdy nie pracowała...).
- To nieładnie tak robić rodzinie i skoro już mam tam pracę, to powinienem chociaż kuzynkę polecić!
- I w ogóle to nie fair, że kuzynce nie powiedziałem, że jest oferta, tylko sam poszedłem, żeby stanowisko sobie zagarnąć, a nie zawalczyć o nie z kuzynką uczciwie.
Nie zdążyłem się nawet obronić, bo moi rodzice tak ciotce wygarnęli, że sama nieroba wychowała i że skoro szukała pracy, to dziwne, że tej oferty nie widziała i wyszliśmy...
Co ciekawe, druga kuzynka potrafiła i znaleźć pracę, i nawet pogratulować mi tego, że i ja znalazłem. Sama też ciężko pracowała. Do pierwszej ciotki już nie jeździmy.
Takie tam rodzinne sprawy...
Podobają mi się naturalne dziewczyny - bez makijażu. Mówiąc "naturalne", mam też na myśli takie, które się nie golą. Podoba mi się, jak dziewczyna ma włosy na pachach, nogach i pomiędzy. Do tego jak jeszcze ma nadwagę, tak z 10 kg, maks. 15 kg. Do tego dość wzrost poniżej 160 cm.
Wiem, jestem dziwny, ale jaki nudny byłby świat, gdyby wszyscy chcieli tego samego? Naturalność górą! ;)
Mój brat jest alkoholikiem.
I nie, nie jest to tragedia.
Tragedią jest fakt, że stoczył się tak nisko, że budzi we mnie obrzydzenie.
Brat jest 4 lata starszy, nie żyliśmy jak jakaś serialowa idealna rodzina, ale było w porządku. Mieszkamy w domku jednorodzinnym, jemu jako starszakowi przypadła cala góra. Głównie ze względu na to, że miał się żenić i zrobić tam osobne mieszkanie dla siebie i swojej wybranki, nie byłby to problem - pracuje jako budowlaniec. I to chyba od jego pracy się w sumie zaczęło.
Gdy jeszcze chodził do szkoły średniej odkładał każdy grosz, ładnie się ubierał i dbał o siebie, gdy trafił na budowę, szczycił się tym ile zarabia i "piwkował" z kolegami, w końcu po pracy wypada, prawda?
Tylko że na jednym się nie kończyło. Zaczęły się długie rozmowy, tłumaczenia, wszystko na nic, bo go nie rozumiemy. Dziewczyna zabierała go z budowy ledwo przytomnego, gdy w nocy przestawał panować nad pęcherzem sprzątała, ale ile można tak żyć... Rzuciła go dwa lata temu, zabrakło jej cierpliwości do pijaka.
A on pił coraz więcej, tłumaczył się, że rozpacza po stracie dziewczyny i rodzice przymykali oko.
I jesteśmy w chwili obecnej, on pracuje na "czarno", gdy ma siły zwlec się z łóżka. Nie jest ubezpieczony, nie daje się namówić na zarejestrowanie w Urzędzie Pracy, bo "po co"... Do domu sprowadza meneli, obrzydliwych zapitych żuli, którzy gdy tylko się uchleje, schodzą na dół i mnie obłapiają, licząc na szybki numerek.
Tydzień przed sylwestrem jakiś kolega przywiózł mu 22-letnią upośledzoną dziewczynę, matkę dwójki malutkich dzieci. Siedzieli u niego tydzień, pili i pieprzyli się cały czas, nie tylko mój brat, bo i jego żulowaci koledzy na zmianę ją wykorzystywali. Dziewczyna ani razu się nie umyła, nie zeszła na dół. Sika do wiaderka, nie wiem czemu... i chodzi naga. Nie docierało do niej, gdy jej mówiłam, że ma iść, że dzieci na nią czekają.
Gdy poszłam do góry zobaczyć co się dzieje, w jej otwartej torebce były moje rzeczy, widocznie okradała mnie, gdy byłam w pracy. Wezwałam policję. Zabrali i ją, i jego na wytrzeźwiałkę.
On wrócił wielce obrażony, że mu niszczę życie, rodzice mieli pretensję o to, co powiedzą sąsiedzi.
Dzisiaj wróciła, z walizkami, z dzieciakami. Brat jest zachwycony, bo piją razem. Ona dostaje 500+, mają teraz za co żyć. Dzieci siedzą na dole, bo je wykopała za drzwi, a moi rodzice nic nie mówią. Poszłam na nią nawrzeszczeć i dostałam od brata w twarz, rodzice stwierdzili, że moja wina, po co się wtrącam w jego sprawy.
Zrobi mi krzywdę, jeśli ich zgłoszę, zrobię sobie krzywdę, jeśli nic nie zrobię.
Stał się dla mnie obcym człowiekiem. Obrzydliwym, patologicznym śmieciem.
Nie mogę na niego patrzeć, a muszę znosić to, że rodzice nic nie robią.
Nie mam już sił.
Choruję na depresję, a od trzech lat mam również zaburzenia odżywiania. Jak wiecie czy też nie, oba te zaburzenia są bardzo trudne, zdrowy człowiek, nawet gdyby próbował, nigdy nie zrozumie uczucia pustki, z jaką zmagają się osoby z depresją. Ponad pół roku temu przestałam dawać sobie radę i podzieliłam się ze swoim problemem z przyjaciółką, moja przyjaciółka odsunęła się ode mnie. Przestała dzwonić i ze mną wychodzić. Zdaję sobie sprawę z tego, że przez depresję bardzo często odmawiałam jej spotkań, ale ja wtedy byłam całkiem sama, zmagając się z problemami, czasem nawet nie miałam siły wstać z łóżka. Nie mówiłam jej tego, gdyż nie chciałam obarczać jej moim problemem. Mam wrażenie, że dla mojej przyjaciółki znikam, odsunęłyśmy się od siebie, rozmawiamy tylko w szkole. Nawet się śmiejemy, ale to tylko tyle wiedzę, że jest coś nie tak. Rozumiem, że moja przyjaciółka w momencie, w którym ja nie byłam w stanie być przy niej, znalazła sobie innych znajomych i przyjaciół. Bardzo się cieszę z tego powodu, bo często, gdy opowiada o nich widzę, że jest szczęśliwa. Bardzo mi jej brakuje i teraz gdy zaczęłam brać leki i chodzić na terapię mimo tego, że cały czas jest mi bardzo ciężko, mam nadzieję, że wyzdrowieję i będę szczęśliwa, dlatego też zaczęłam próbować znów „wychodzić do ludzi”. Jak już pisałam wcześniej moja przyjaciółka nie jest chętna do relacji ze mną, gdy proponuję jej spotkanie ona odmawia, mówiąc, że wychodzi z kimś innym lub unika tematu. Próbowałam z nią rozmawiać na ten temat, zapytać się, dlaczego w momencie, w którym poczułam się lepiej nie ma już dla mnie miejsca. Ona uważa, że nic się nie zmieniło i że tak po prostu przestała wkładać siły w naszą relację. Możecie pomyśleć sobie po tym, co teraz napiszę, że jestem ogromną egoistką, ale po prostu zastanawia mnie to. Dlaczego moja przyjaciółka nigdy nie zapytała mnie jak się czuję, nie zapytała mnie mimo tego, że wie, że choruję. Nie zapytała mnie od czasu powiedzenia jej o tym. Potrafiłyśmy siedzieć obok siebie, gdy zaczynałam płakać, a ona nie próbowała zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Może powiecie, że nie wiedziała, jak mi pomóc, nie umiała, ale ja uważam, że ona nie chciała, nadal nie chce. Dlaczego moja przyjaciółka, osoba, która jest dla mnie tak ważna, nie próbuje wspierać mnie podczas choroby i udaje, jakby jej nie było? Depresja jest przy mnie codziennie, ona nigdy nie znika. Próbowałam wytłumaczyć jej, jak ciężko jest mi z chorobą, ale ona nie próbowała zrozumieć. Dlaczego w takim momencie mojego życia się ode mnie odsunęła? Chcę, żeby było jak wcześniej. Rozumiem, że dla mnie już nie ma już miejsca. Uwierzcie mnie, że bardzo chciałabym usiąść nią i porozmawiać o tym bólu i cierpieniu, które jest przy mnie codziennie, ale nie potrafię.
Jestem wstrząśnięta. Straciłam stanowisko kierownika zespołu, bo za dobrze żyłam z ludźmi...
Myślałam, że wszystko układa się wręcz idealnie, zespół za mną przepadał, zadania wykonywane były terminowo, nikt się nie skarżył, aż tu nagle wylądowałam na dywaniku u szefa. W kulturalnych z pozoru słowach zbeształ mnie jak najgorszą za to, że według niego za bardzo spoufalam się z podwładnymi i tracę stanowisko.
Nie wierzę w to, co się stało.
Już od dziecka lubiłam sport. Nie był sensem mojego życia, ale niewątpliwie sprawiał mi radość.
W pierwszych klasach podstawówki na dodatkowych zajęciach z wychowania fizycznego zdarzało mi się mieć styczność z pewną babą, którą na potrzeby historii nazwę Babą Wredną. Już od pierwszego spotkania wiedziałam, że babsko mnie nienawidzi. Nie miałam pojęcia, czym mogłam jej podpaść. Przez sporą część podstawówki byłam wyciszona i uczyłam się tak, że rodzice nie mieli ze mną w tym temacie żadnego problemu. W głębi duszy modliłam się, żeby z Babą Wredną nie mieć tylko zajęć od IV klasy, kiedy to w planie pojawiały się regularne zajęcia z wychowania fizycznego.
Miałam to szczęście, że trafiłam do grupy Baby Wrednej i zaczęło się moje małe piekło. Ciągle się na mnie darła, a na krzyk umiałam jedynie reagować płaczem, bo w domu nikt nie musiał na mnie podnosić głosu. Ćwiczenia, które byłam w stanie zrobić z palcem w nosie, partaczyłam i kończyłam z dwójami i trójami w dzienniku. Pocieszałam się tym, że klasa nie prześladowała mnie z tego powodu w żaden sposób. Co więcej, ja i kilku znajomych jechaliśmy na tym samym wózku.
W V klasie powiedziałam dość. Nie miałam zamiaru na jej zajęciach uronić choćby jednej łezki. Postanowiłam, że będę po prostu robić swoje. Na kilku zajęciach Baba Wredna zarządziła biegi na 600 m z myślą, że jej pupilki, które namiętnie faworyzowała na każdym kroku, pokażą, co potrafią i będzie mogła je wysłać na zawody międzyszkolne. Problem się pojawił, kiedy wszystkie biegi treningowe, ku jej i mojemu zdumieniu, zaczęłam wygrywać ja.
Z liczbami ciężko było dyskutować, więc Baba Wredna z ogromną niechęcią wysłała mnie na te zawody razem z kilkoma jej pupilkami. Zajęłam pierwsze miejsce, a babsko łaskawie postawiło mi na koniec roku 5. Swoim pupilkom oczywiście dała 6, bo... brały udział w zawodach. :D Nieraz próbowałam walczyć u niej o wyższą ocenę, ba!, angażowałam w to nawet moją wychowawczynię, ale babsko z jakiegoś powodu było nie do ruszenia.
Czas na anonimową część. Regularnie chodzę do kościoła. Wracając na weekendy do domu, wiecznie trafiam na msze w jej intencji. Słynne 'wysłuchaj nas, Panie' po wyrecytowaniu intencji dotyczącej jej osoby sprawiało, że nieraz siedziałam cicho, bo gotowałam się w środku ze wściekłości. Dopiero po latach byłam się w stanie przemóc, żeby to powiedzieć bez skrzywienia na twarzy. Kto wie, może gdyby nie ona, człowiek nie potrafiłby teraz tak zaciekle walczyć o swoje?
Od lat choruję na silną nerwicę, przez co nie jestem w stanie iść do pracy poza domem.
I nie, to nie jest lenistwo, nie jestem osobą leniwą, unikającą pracy, potrafię pracować w domu.
Niestety nerwica nie daje mi żyć. Gdy mówię znajomym o moim problemie, odpowiadają "a tam, każdy ma dziś nerwicę". No nie, nie każdy, a przynajmniej nie każdy ma tak nasiloną, bo są jeszcze różne nasilenia. Znajomi kompletnie nie zdają sobie sprawy czym jest nerwica, myślą, że wystarczy wypić meliskę i przejdzie.
Przed każdym dłuższym wyjściem z domu mam ataki paniki, przez które dosłownie się duszę. Robi mi się na przemian zimno i gorąco, nie mogę oddychać, serce bije jak oszalałe, zaczyna mi się kręcić w głowie. Nie, nie mam problemu z wyskoczeniem do sklepu za rogiem na pół godziny po szybkie zakupy, wtedy nie mam ataków paniki i normalnie wychodzę. Problem zaczyna się, gdy mam wyjść z domu na dłużej niż dwie, trzy godziny. Od ponad dwóch lat nie odwiedziłam rodziców, którzy mieszkają kilka miast dalej, bo ataki paniki mi na to nie pozwalają.
Z czego to wynika? Nie jest to strach przed ludźmi, żadna fobia społeczna. Po prostu mam schizy, że jak wyjdę, to stracę kontrolę nad tym, co się dzieje w domu, że nie będę miała już do czego wracać. Przed wyjściem mam wizje, że dom się spali, że zawali się podłoga, że przyjdzie huragan, trzęsienie ziemi, że pęknie rura i wszystko zaleje, że zawali się dach itp. itd. Najpierw jest myśl, a potem panika, nerwowe sprawdzanie, czy pozamykałam okna, gaz, czy wyłączyłam wszystko z prądu... a potem się duszę w panice i rezygnuję z wyjścia. Albo jeśli wyjdę, to potrafię się wrócić będąc już 50 metrów poza domem i sprawdzić, czy nic się nie pali, znów zaliczyć atak paniki i znów wyjść, po czym znów się wracam.
Kiedy poszłam na etat, często spóźniałam się do pracy przez moje ataki paniki, bywały dni, że w ogóle do pracy nie poszłam, bo ogarniała mnie taka panika, że kładłam się na podłodze i nie byłam w stanie się ruszyć, cały świat mi wirował. Bywały dni, że w pracy dostawałam ataków paniki, uciekałam do łazienki i siedziałam tam kilkadziesiąt minut, żeby się uspokoić.
Jak łatwo się domyślić, zwolnili mnie szybko.
Leczę się, ale to nie przynosi skutków. Mam terapię online, bo nie jestem w stanie normalnie iść do lekarza, o szpitalu nie wspominając, przecież nie zostawię domu bez nadzoru. Miałam leki, ale ich nie brałam, bo do tego dochodzi silna farmakofobia - objawy te same co przy wyjściu z domu, nawet głupi lek przeciwbólowy wywołuje u mnie obezwładniający atak paniki.
Pracuję zdalnie jako freelancer, są miesiące, że zarabiam marne grosze i marzę o pracy na etacie, o stałym dochodzie, o poznawaniu ludzi w realu, a nie tylko przez internet, o normalnych rozmowach, a nie przez kamerkę. Ale nerwica mi nie pozwala na normalną pracę i życie.
Kojarzycie tę scenę z kultowego Kevina samego w domu, gdy je samotnie makaron z mikrofalówki, uważając to za kolację wigilijną? Otóż moja Wigilia będzie wyglądać podobnie, mimo że moi rodzice nie zapomnieli o mnie ani nigdzie nie wyjeżdżą. Po prostu nie chcą mnie na Wigilii.
Mam 17 lat i ojciec mi powiedział, że nie chce mnie widzieć na kolacji, ponieważ jestem niewdzięczną gówniarą. Pewnie myślicie, że pyskuję, włóczę się po nocach, przepijam ich pieniądze, ostro imprezuje? Prawda jest inna: głównie siedzę w domu, ucząc się lub czytając. Mój ojciec nienawidzi mnie i często daje mi do rozumienia, że wolałby syna. Jego zdaniem powinnam siedzieć w kuchni, ponieważ jestem w technikum gastronomicznym, albo sprzątać, a to że wybrałam technikum, to kto to widział, bo baba to ma się domem zajmować, a nie z nosem w książce siedzieć.
Ojciec postanowił wziąć przed świętami tydzień wolnego, aby "pomagać" w porządkach, jednak tak naprawdę to jedyne co robi to "piwkuje" cały dzień, ponieważ on pracuje i mu się należy. Przyjechali do nas goście, a ojciec nieważne, czy trzeźwy czy nawalony, traktuje mnie przy nich jak przynieść, zanieś, pozamiataj, żeby pokazać jakim on jest zajebistym ojcem i że ma nad nami władzę. Ojciec kazać mi iść robić kolację dla gości, ale gdy zaczęłam robić tak jak nas w szkole uczą, to zaczęła się afera. Poszło o to, czy powinno się solić wodę na jajka. Mi w szkole tłumaczyli, że tak, i gdy tak zrobiłam, on zaczął narzekać i krzyczeć, że w tej szkole to mnie niczego nie uczą, moja nauczycielka to idiotka, bo mu jego MAMA mówiła, że się wody nie soli (ani moja babcia, ani tata nie są kucharzami z zawodu i nie pracują w tym zawodzie). Zaczęłam bronić nauczycielki, bo to złota kobieta, i chciałam mu pokazać na internecie, jak gotować jaja, więc dostałam w twarz jego kapciem i usłyszałam, że z taką gówniarą on jeść Wigilii ani innego posiłku nie będzie i dobrze mi radzi, żebym się nie pokazywała na oczy, bo mnie wyrzuci przez balkon.
Mama umywa ręce, bo dziecko musi znać co to szacunek, a mnie w tym roku chyba czeka Wigilia z zupką Amino i świątecznymi filmami, żeby poczuć nastrój.
Jestem na pierwszym roku studiów. Pod koniec listopada postanowiliśmy urządzić sobie małą imprezkę w akademiku. Po kilku butelkach ognistej wody naszło nas na wyznania. Musieliśmy powiedzieć sobie o swoim największym przypale jaki mieliśmy w tym roku. Pusta flaszka zakręciła się na podłodze i po kolei mówiliśmy o naszych wpadkach. Jeden koleś złapał za piersi obcą kobietę w sklepie, kumpela została posądzona o kradzież przy swoich kolegach z pracy, ktoś puścił pawia na imprezie rodzinnej. W końcu trafiło na mnie. Na poczekaniu wymyśliłam jakąś drobnostkę z udziałem policji i zabawa trwała dalej.
Nie mogłam im powiedzieć o moim największym ostatnim upokorzeniu.
W klasie maturalnej, gdy zaczęły się pierwsze rozmowy o sukienkach i butach, zaczęłam desperacko szukać partnera. Wszystkie moje koleżanki miały z kim iść, a ja, klasycznie, nie. Pytałam kilku kolegów ze szkoły, oferowałam transport i pokrycie kosztów za nas obu, ale nikogo to nie przekonało. Jeden od razu powiedział, że chciał zaprosić kogoś innego, inny kręcił coś o wyjeździe z rodzicami, reszta mniej lub bardziej kulturalnie odmawiała. Postanowiłam szukać szczęścia w pobliskim technikum, gdzie miałam kilku znajomych. Wszyscy czterej kandydaci odmówili, chociaż obiecali popytać kolegów, czy ktoś by nie był chętny. Niestety, znowu porażka.
Na początku stycznia zebrałam się w sobie i na przerwie podeszłam do kolegi z młodszej klasy. Prosto z mostu spytałam, czy nie chciałby ze mną iść. Liczyłam na to, że skoro znamy się od prawie siedmiu lat, to jego ewentualna odmowa nie będzie chamska. Tymczasem na korytarzu zgromadziło się już trochę ludu, niektórzy nas podsłuchiwali.
- Ee, wiesz Sandra, ja raczej z tobą nie pójdę - oświadczył niezbyt cicho mój młodszy kolega. - Ale wiesz, może spytasz Wojtka D. z 2B, on by się chyba zgodził.
Wojtek był lekko opóźnionym w rozwoju garbatym chłopakiem, który miał problem z poprawnym podpisaniem się.Tak naprawdę był uczniem naszej szkoły tylko w teorii, bo pojawiał się średnio raz na dwa miesiące Ludzie zebrani wokół nas parsknęli śmiechem, a ci co nie dosłyszeli, natychmiast zostali poinformowani. Później słyszałam, jak robili zakłady, czy faktycznie go zaproszę i czy pomogę mu się ubrać - bo z tym Wojtek też miał problemy.
Tylko poduszka i mama wiedzą, ile łez wylałam do dnia studniówki, bo po tym już mało kto o tym pamiętał. Do dziś na samą myśl o tym incydencie czuję gulę w gardle i upokorzenie.
Różni ludzie relaksują się w różny sposób. Ja, dziewczyna, dwadzieścia kilka lat, zmęczona po wieczornej zmianie w pracy też postanowiłam trochę odpocząć. Piątek, facet wyszedł z kolegami, dziecko śpi spokojnie, jedna myśl - długa, relaksująca kąpiel. Alkoholu nie pijam wcale, ale wiedziałam, że mam jedno piwo, z tych "babskich", które stoi w domu już chyba że 3 miesiące, zaraz minie termin, to co mi szkodzi, raz zaszaleję. Nie powiem, odprężyłam się, pillingi, maseczki i takie tam.
Po kąpieli doszłam do wniosku, że wyglądam wyjątkowo dobrze. Nawet włosy, które nie oglądały fryzjera jakieś 5 lat ułożyły się jak nigdy. O 2 w nocy umalowałam się i wyglądałam jak prawdziwa gwiazda. Takiej okazji nie można zmarnować, postanowiłam cyknąć jakąś fotkę, bo zdjęcie profilowe od 3 lat takie samo, ja ostatecznie jeszcze taka stara i brzydka nie jestem, żeby sobie selfie nie zrobić.
Odwaliłam się jak szczur na otwarcie kanału, pełen makijaż, pazurki, sukienka, ba, nawet pościel zmieniłam na łóżku, coby się wygodnie położyć i udawać gwiazdę Instagrama.
Przypomniałam sobie o piwie, stwierdziłam, że szybko wypiję, coby czasu nie marnować.
To był błąd.
Zasnęłam z tym wszystkim na sobie, PO JEDNYM PIWIE.
Rano buzi mnie facet, patrzy na mnie z jednej strony rozbawiony, z drugiej przerażony i pyta o co tu chodzi. Całe 5 kg tapety zostało na czystej pościeli, sukienka była tak niewygodna, że do teraz czuję odcisk od niej na ramionach, miałam być o 6 rano w pracy, żeby ogarnąć kilka spraw, ale zaspałam, a syn kiedy mnie zobaczył z kserem pod oczami rozpłakał się.
A mi i tak najbardziej szkoda, że jednego głupiego zdjęcia nie udało mi się zrobić :D
Dodaj anonimowe wyznanie