#2Ju7m

Wszystko działo się 16 lat temu podczas moich pierwszych wakacji nad morzem.
Miałem wtedy 3 lata i byłem bardzo ruchliwym i ciekawym świata dzieckiem toteż wszędzie mnie było pełno i musiałem znać działanie wszystkiego. Rodzinka chętnie oprowadzała mnie po wszystkich ciekawych miejscach Trójmiasta, jako że był to rok '99 to centra handlowe nie były często spotykane w Polsce, a dla mnie była to pierwsza wizyta w galerii, bo pochodzę z małej miejscowości. Było to CH Klif w Gdyni.

Biegałem sobie uradowany po całym centrum, a za mną moja mama. Bardzo ciekawym obiektem dla mnie stały się ruchome schody, niby widywałem je już wcześniej, ale zawsze to jakaś atrakcja. Kiedy podszedłem do jednych z nich zobaczyłem otwartą puszkę z dwoma świecącymi i ogromnymi jak na moje łapki przyciskami. Wyglądały zupełnie jak na filmach sci-fi, jeden był duży i zielony, a drugi (ciekawszy) był duży i czerwony. Oczywiście nie wyobrażałem sobie, żeby ich nie wypróbować, podbiegłem więc do puszki i wyobrażałem sobie, że jestem jedną z filmowych postaci i zaraz wysadzę coś wielkim, świecącym czerwonym przyciskiem. Nacisnąłem.

Moje wyobrażenia okazały się nie do końca sci-fi... Huk, błysk a zaraz po tym głucha cisza. Wszystko zgasło, ciemno było w całym centrum. Obok mnie błyskawicznie pojawił się jakiś pan z obsługi. Oczywiście zacząłem krzyczeć, co obudziło w mojej mamusi jakiś instynkt. Podbiegła do nas i nie czekając nawet na pierwsze słowo pana z obsługi nawrzeszczała na niego, myśląc, że chciał mi coś zrobić.

Pierwszy i ostatni raz w życiu moja mama biegła ze mną pod pachą przez ciemne centrum handlowe goniona przez ochronę... Dopiero na parkingu dała sobie wytłumaczyć, że wysadziłem korki...

#kNHnW

Jako dziecko często bawiłem się u sąsiadów w piaskownicy. Pewnego razu do mojego kolegi zza miedzy, z którym łączyły nas przyjacielskie stosunki, przyjechała jego kuzynka. Była dokładnie w naszym wieku, a mieliśmy wtedy bodajże po 8 lat. Na początku nie chciałem, aby jakaś osoba, a tym bardziej osoba płci przeciwnej wchodziła do naszego "królestwa", czyt. piaskownicy. Mówiłem do Mateusza, bo tak miał na imię mój przyjaciel, żeby ją odesłał. Niestety nie chciał tego zrobić, bo nie wypadało i bał się ciotki. Okazało się, że źle osądziłem dziewczynkę. Była świetnym budowlańcem i zbudowała nam piękne wieżowce i autostrady. Z niedowierzaniem spoglądaliśmy na wspaniałe dzieła małej Kasi. Aż żal było tego dotykać. 

Do dzisiaj mamy świetny kontakt. Mateusz pracuje przy ubezpieczeniach, Kasia jest architektem, a ja.. księdzem :)

#Frf6K

Druga klasa szkoły podstawowej, czas pierwszej komunii świętej. Już od początku roku ksiądz na religii przygotowywał nas do tego wzniosłego wydarzenia, ucząc katechizmu i wyjaśniając co trudniejsze jego kwestie. Feralnego dnia, podczas omawiania 10 przykazań, pech chciał, że księdzu coś wypadło i musiała zastąpić go młoda katechetka. Akurat mieliśmy rozmawiać o 6 przykazaniu, znanym także jako "nie cudzołóż". Ksiądz, będący dość konkretnym chłopem, pewnie bez ogródek wyjaśniłby nam o co chodzi, jednak katechetka chyba nie do końca wiedziała jak ugryźć temat. Wpadła na pomysł, że cudzołożenie w naszym przypadku może odbywać się wtedy, gdy oglądamy filmy dla dorosłych.

Ja, jako szczerze wierząca ośmiolatka, bardzo się tym przyjęłam. W końcu rodzice czasem pozwalali mi posiedzieć dłużej przed tv i oglądać z nimi filmy z żółtym trójkątem (+12). Miałam grzech z dekalogu - niedopuszczalne! Jako dziecko w miarę ogarnięte, mimo młodego wieku, kojarzyłam jak trzeba się nagimnastykować, żeby powstało dziecko, jednak nie skojarzyłam tego procesu z nowym, trudnym słowem i, przechodząc do sedna sprawy, podczas swojej pierwszej spowiedzi, wśród przewinień takich jak "nie słuchałam mamy" i "dokuczałam bratu" padło pełne emocji: "Cudzołożyłam!". 

Dużo czasu minęła zanim zrozumiałam, skąd ta długa, dziwna chwila milczenia po drugiej stronie konfesjonału. Uprzedzając pytania - dostałam rozgrzeszenie. ;)

#92XHH

Kiedy byłam mała, moja mama często mówiła, jak bardzo mnie kocha.  "Kocham cię tak bardzo, ile jest gwiazdek na niebie!" lub "Kocham cię tak bardzo, tyle ile jest kwiatków na łące!". Pewnego dnia również chciałam wyrazić swoją wielką miłość do mamy. Powiedziałam: "A ja ciebie kocham tyle, ile jest.. kup!".

#5US9l

Byłam umówiona na wizytę u laryngologa. Złożyło się, że jego gabinet jest tuż obok gabinetu pediatry. Na ścianach były namalowane żyrafa i małpa wśród kolorowej dżungli. Kiedy tak sobie siedziałam, przyszła mama z około 2 letnią córeczką. Pokazywała małej te rysunki i wszystko dookoła i opowiadała: "Zobacz kochanie, to jest żyrafka, o popatrz, a tam siedzi pani" itd. Potem zaczęła pytać, np.: "Gdzie jest drzewko?". Mała podbiegała z radością do ściany i pokazywała. W pewnym momencie mama spytała: "Słoneczko, a wiesz, gdzie jest małpka?". Dziewczynka podbiegła i wskazała na mnie...

#piiKS

Mając sześć lat dostaliśmy z rok młodszym bratem malutki telewizorek, najwyżej 10 calowy. Każdego ranka oglądaliśmy jedyneczkę, a po kolacji wieczorynkę. Pewnego popołudnia, po odebraniu nas z przedszkola nasza rodzicielka oznajmiła nam, że telewizor nie działa, bo przytrzasnęła kabel drzwiami. W duchu nie wierzyłem mamie w to, co mówi. Często robiła nam żarty typu "dłoń przebita gwoździem na wylot", "oddam was do więzienia", "zostaniecie na zawsze z prababcią".

Po wejściu do domu zmroziło mnie, mama nie kłamała i zobaczyłem na półce pół kabla od mojego malutkiego cuda. Oczywiście wpadliśmy z bratem w histerię, którą mama skutecznie zakończyła, dając nam po jajku niespodziance. Zapomnieliśmy o ogromnej stracie do wieczora. 

Z niecierpliwością czekaliśmy, aż tata wyjdzie do pracy, a mama zajmie się domowymi sprawami. W końcu mogłem wprowadzić mój plan w życie. Mając duszę inżyniera postawiłem przed sobą telewizor i poprosiłem brata, aby przeciął kabel z lampki nocnej, następnie skleiłem fragment z tym, co zostało przy telewizorze za pomocą taśmy klejącej. Będąc dzieckiem nie miałem pojęcia, że to dużo bardziej skomplikowana sprawa. Z dumą na twarzy włożyłem wtyczkę do gniazdka.

W jednej chwili nastąpił huk, w całym domu zgasło światło, a w powietrzu czuć było świąd spalenizny. Mama wpadła do pokoju i widząc, co narobiłem zaczęła na mnie wrzeszczeć, a po chwili płakać, gdy zauważyła moją osmoloną sadzą dłoń. Koniec końców nikomu się nic nie stało. Najbardziej ucierpiała nasza ulica pozbawiona na kilka godzin prądu... oczywiście z przyczyn niewyjaśnionych.

#SfsQV

Byłem u dziewczyny, w mieszkaniu byli też jej rodzice. Dawno się nie widzieliśmy, więc zdecydowaliśmy się na szybki numerek. Po wszystkim poszedłem do łazienki umyć przyjaciela. Drzwi nie były zamknięte, a gdy je otworzyłem zastałem tam ojca mojej dziewczyny, który robił dokładnie to samo co zamierzałem zrobić ja.

Tak, w czasie kiedy my uprawialiśmy seks, licząc na to, że jej rodzice nas nie przyłapią, jej rodzice robili to samo, licząc, że my ich nie nakryjemy.

#SSESG

Zawsze byłam dzieckiem zainteresowanym światem. Nigdy też nie stanowiło dla mnie problemu starte kolano czy guz na głowie. Historia wydarzyła się kiedy miałam jakieś 5-6 lat.

Pamiętam jak jednego dnia mój tata postanowił popracować w piwnicy nad barkiem dla cioci. Zrobił jej taki ładny na tokarce, z kółkami i w ogóle. Kiedy biegając w stroju kąpielowym wpadłam do piwnicy usłyszałam tylko ostrzegawczo od taty: "Tylko nie dotykaj maszyny! Nawet palcem!". Wzruszyłam ramionami i zaczęłam się kręcić, podglądając, co on takiego robi. W pewnym momencie tatuś poprosił o przyniesienie z "drugiej" piwnicy dużych stalowych nożyczek. Z racji tego, że zawsze byłam pomocnym dzieckiem nie było trzeba dwa razy prosić. Pobiegłam po nie i wracałam już bardzo spokojnym krokiem, w końcu zawsze rodzice powtarzali, że z nożyczkami nie wolno biegać.

Przechodząc pukałam tymi nożyczkami w różne rzeczy, tym sposobem dotarłam do maszyny, pomyślałam, że przecież nie dotknę jej palcem i stuknęłam w nią nożyczkami. Jakie było moje zdziwienie, kiedy momentalnie znalazłam się jakieś 2 metry dalej leżąc w starej balii z wapnem gaszonym, z której wystawała tylko moja głowa i nogi. Tata momentalnie chwycił mnie za kostki i nadgarstki i dawaj, na trawę opłukiwać z węża ogrodowego!

Jak się później dowiedziałam, tokarka miała przebicie (ktoś kiedyś pożyczył, coś się zepsuło i nie naprawił tylko oddał w takim stanie jak była). Panowie pewnie wiedzą, że takie napięcie wynosi 400V, dlatego też łatwo sobie wyobrazić lot dzieciaka ważącego jakieś 20kg po takim "walnięciu". Podobno wykonałam niezły lot jakieś 1,5 metra w górę i 2 metry w poziomie.

Historia jest dobrze znana w rodzinie, tak więc nie mogło zabraknąć tej opowieści, kiedy pojawił się mój narzeczony. Po całej tej historii spojrzał na mnie uważnie i rzucił tylko "To sporo wyjaśnia...". I jak tu go nie kochać :)

#s6eBw

Mieszkam na obrzeżach Warszawy. Sytuacja miała miejsce 8 lat temu. Jako zadowolona uczennica klasy 2 szkoły podstawowej, z wielkim plecakiem, dwoma warkoczami i kluczami dyndającymi na szyi dumnie maszerowałam że szkoły do domu. Odcinek że szkoły do domu to ok 3 km.

W pewnym momencie zauważyłam, że jakiś samochód zaczyna zwalniać i jakby "jechać razem ze mną". Nagle auto zatrzymało się, a sympatycznie wyglądający pan ze środka zapytał mnie, czy nie chcę może podwózki do domu. Ja (porządnie wychowana przez rodziców) grzecznie odmówiłam i poszłam dalej. 

Taka sama sytuacja się powtórzyła jeszcze dwa razy, ale za trzecim razem (kiedy to facet po raz czwarty się zapytał o to samo i usłyszał znów od młodej smarkuli "nie dziękuję, mam blisko do domu, sama dojdę") chyba się trochę wściekł, bo na początku mnie obśmiał, mówiąc że co, że pewnie myślę że coś mi zrobi, ale on chce tylko mnie do domu podwieźć. Później chciał mi wcisnąć jakiegoś "cukiereczka", a kiedy już się totalnie poddał wysiadł, złapał mnie za ramiona i powiedział cytuję (chyba zapamiętam te słowa do końca życia) "wsiądziesz do tego auta czy mam cię sam tam wcisnąć?".

Ja już totalnie przestraszona szybko się wyślizgnęłam (przyznam byłam dość zwinnym dzieckiem) i cała w łzach i zasmarkanym nosem zaczęłam uciekać. Dzięki Bogu spotkałam jakąś panią na podwórku i poprosiłam ją aby mnie podwiozła do domu. Ona litując się nad biednym dzieckiem szybko mnie podrzuciła do rodziców, a ja cała w amoku jak najszybciej chciałam zapomnieć o całej sytuacji.

Piszę to wyznanie, nie dlatego żeby się chwalić, ale patrząc z perspektywy 8 lat chcę podziękować rodzicom, bo to wszystko ich zasługa, że mnie tak wychowali oraz żeby wszystkich ostrzec, że takie sytuacje nie dzieją się gdzieś daleko w Stanach ale również tu, w Polsce, w Warszawie. Warto uczyć asertywności dzieci już od małego!

PS. Do dziś każdy facet w aucie wydaje mi się podejrzany ;)

#ByGMI

Ponoć obrona pracy magisterskiej to tylko "formalność". U mnie było tak, że na sali tylko mój promotor i ja mieliśmy pojęcie, o czym rozmawiamy. Pozostali "komisjanci" szczerze się nudzili. Po paru wymianach wielce-poważnych-rozważań-na-temat-jakże-ważny-zawarty-w-pracy ożywił się nieco przewodniczący komisji, którym był nie kto inny, tylko sam Rektor Uczelni. Postanowił zadać pytanie "takie na koniec":
- Widzę u pana, w wykazie skrótów, taki skrót "BL" - co to takiego?
Niewiele myśląc, rzucam szybko:
- To jest "to i to" (już nie pamiętam co to było ;-) )
- No dobrze, a pamięta pan może, gdzie to jest wydawane? - drąży Jego Magnificencja Pan Rektor.
"Zabij mnie, a nie pamiętam" - myślę i widzę, że mój promotor, człowiek z dużym poczuciem humoru, nagle spochmurniał i wbił we mnie wzrok. Pozostali członkowie komisji, jakby też się ożywili. "Nie jest dobrze" - myślę i w panice szukam w przepaściach umysłu, gdzież to cudo mogłoby być wydawane.
- Hmmmm... brzmi tak trochę jakby po włosku, to może w Rzymie??? - pytam z nadzieją w głosie. I nagle widzę, że mój Promotor dosłownie schował się pod ławkę i parsknął śmiechem, a pozostali ledwo się od tego powstrzymali. Natomiast pan rektor Przewodniczący ze stoickim spokojem wbija we mnie wzrok. No więc ja na ten wzrok odpowiadam nieśmiało:
- Nie w Rzymie?
- Nie. Nie w Rzymie - podpowiada rektor, a widząc, że nie mam zamiaru szukać innych opcji, dodał bardzo powoli:
- Tak się składa, że nie w Rzymie, tylko tu, w Warszawie, a ja jestem redaktorem naczelnym...

Po dłuższej chwili ciszy, trwającej niczym wieczność, zaliczyłem jednakowoż obronę, ale miny komisji pamiętam do dziś :)
Dodaj anonimowe wyznanie