Dziesięć lat temu poznałam wspaniałego faceta. Byłam na drugim roku studiów, on właśnie skończył geodezję. Dosyć przystojny, mający ciekawe zainteresowania, wykształcony i ułożony mężczyzna, który zawrócił mi w głowie. Byliśmy ze sobą przez 5 lat, z czego większość wspominam jako cudowny okres w moim życiu - dobrze nam się powodziło, zwiedzaliśmy Europę, marzyliśmy o ślubie i dzieciach. W końcu urodziłam wyczekaną córeczkę. I właśnie wtedy, kiedy było tak idealnie, mój partner stracił pracę.
Chyba każdy zna etapy huśtawki nastrojów podczas przedłużającego się bezrobocia - dość powiedzieć, że mimo mojego wsparcia, w pewnym momencie facet się poddał i stopniowo zaczął coraz częściej sięgać po alkohol. Nie pomagały miłość, troska i dopingowanie. Wolał użalać się nad sobą i oddalać się od nas. Pewnego wiosennego wieczoru wypił tyle, że pierwszy raz podniósł na mnie rękę, kiedy w ramionach trzymałam naszą córkę. Był to pierwszy i ostatni raz.
Kochałam go bardzo mocno, w dodatku był ojcem mojego dziecka, ale w tamtym momencie liczyło się tylko to, że mnie uderzył. Od kiedy pamiętam rodzice uczyli mnie szacunku do samej siebie i ostrzegali przed takim scenariuszem. Beznamiętnie spakowałam się i wyszłam z domu. Nigdy więcej tam nie wróciłam, mimo jego błagań i obietnic zmiany. Wiedziałam, że po kilkumiesięcznym odwyku przestał pić i znalazł pracę. Córkę kocha teraz ponad życie i za to jestem mu wdzięczna.
Jednakże od niektórych nadal słyszę, że jest to niepojęte, jak śmiałam go zostawić, kiedy on mnie potrzebował. Bo przecież on "tylko" mnie uderzył i to było "tylko raz". Ja widzę to jednak inaczej - nie mogłabym być z kimś, kto mnie wyzywa, a co dopiero mnie bije. Skąd miałam mieć pewność, że nigdy więcej tego nie zrobi? Nie żałuję mojej decyzji ani tego, że moja córka ma rozwiedzionych rodziców. Cieszę się, że były partner zrozumiał swoją winę i wyszedł z tego bagna. Jestem również zadowolona z takiego życia, jakie mam teraz - z nowym mężczyzną, który mam nadzieję nigdy nie popełni błędu swojego poprzednika, który mimo wszystko zawsze będzie miał miejsce w moim sercu.
Piszę to dlatego, żeby pokazać, że ofiara nie może być bierna. Każdy człowiek zasługuje na szacunek, a jeśli osoba, z którą planujecie wspólne życie, wam go odbiera, to nie jest was godna.
Mam nadzieję, że osoby tkwiące w toksycznych relacjach znajdą w sobie siłę, żeby się z nich wydostać. Ja miałam to szczęście, że od dziecka wtaczano mi powyższe życiowe prawdy, ale wiem, że nie każdy myśli tak jak ja. Dlatego mimo iż nie rozumiem kobiet dających przyzwolenie na to, by parter je bił, to i tak życzę im powodzenia w wydostaniu się z takich związków.
Sytuacja miała miejsce dwa lata temu, miałam wtedy 16 lat. Razem z rodzicami pojechaliśmy na Wigilię do dziadków, którzy mieszkają od nas o pięć godzin drogi. Z tego też powodu nie widziałam się z nimi około pół roku. Razem z mamą zaplanowałyśmy "szatańską intrygę". Mianowicie wchodzę do ich domu, witam się z dziadkami, przytulamy się. Babcia odsuwa się ode mnie i śmieje się "Oj, troszkę ci się chyba przytyło?", odpowiadam nieśmiało "Troszeczkę...", po czym zdejmuję płaszcz ciążowy, pożyczony od mamy i pokazuję mój zaokrąglony brzuch. Dziadkowie patrzą się na niego w milczeniu, są w prawdziwym szoku. Babcia przysiadła na krześle, dziadek robi się coraz bardziej czerwony... Po czym ja ze zdziwieniem patrzę na brzuch i wyjmuję spod koszulki piłkę do koszykówki z głośnym westchnieniem: "No nie, znowu ją tutaj schowałam?".
To były pierwsze święta, kiedy mama nie kłóciła się ze swoją teściową, bo obie były zbyt rozbawione.
Ostatnio moja babcia kończyła 87 urodziny. Rodzinna impreza miała się odbyć kilka dni po nich. Chciałem pokazać, jakim to jestem kochającym i pamiętającym wnukiem i postanowiłem wysłać SMS-a z życzeniami (babcia bardzo lubi dostawać SMSy) dokładnie w dniu urodzin. Treść samych życzeń w sumie nie jest ważna, liczy się to, jak je zakończyłem... Chciałem napisać: "I żebyś jak najwięcej czasu spędziła w rodzinnym gronie". Z tym, że telefon zamienił mi słowo "gronie" na "grobie"...
Od dwóch lat jestem w szczęśliwym związku, mieszkam razem z moim chłopakiem. Dzisiaj przy porannej kawie wywiązała się miedzy nami taka rozmowa, którą zaczęłam ja, a mianowicie zapytałam: "Dlaczego ty mi nie mówisz o wszystkim?". Na co mój luby odparł, że boi się wchodzić ze mną w dyskusje na niektóre tematy, bo cytuję: "Kochanie ty jesteś takim terrorystą, z którym się nie negocjuje".
Zrobiłam test ciążowy, który wyszedł pozytywnie. Nieco przestraszona pokazałam go mężowi i jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy do ginekologa. Mąż nie wszedł do gabinetu.
W trakcie badania okazało się, że jest zbyt wcześnie, by stwierdzić ciążę przez USG, ale lekarz dostrzegł torbiele na jednym jajniku. Zrobił kilka zdjęć i powiedział, że trzeba je obserwować. Dostałam owe zdjęcia, zaproszenie na USG za 2 tygodnie oraz zlecenie na kilka badań.
Wychodząc z gabinetu trzymałam zdjęcia w jednej ręce, w drugiej zaś skierowanie i jakoś niechlujnie próbowałam schować wszystko do torebki. Podbiegł do mnie mąż, chwycił zdjęcie do ręki i ze wzruszeniem zapytał: "To nasze dziecko?", na co dość chłodno odpowiedziałam: "Nie, torbiele". Nigdy wcześniej nie widziałam tylu pytań w jednym spojrzeniu.
Kojarzycie może moment, kiedy ksiądz unosi opłatek (następuje przeistoczenie), cisza w kościele, słychać tylko uderzenia gongu? Wtedy właśnie ja, pięcioletnia dziewczynka, stawałam na środku kościoła i z wielką powagą unosiłam swój pieniążek do góry. Czułam się taka ważna!
Gdy mieliśmy z siostrą około 3-4 lat to przychodziła do nas opiekunka, ponieważ rodzice pracowali i nie mogli się nami zajmować. Dodam jeszcze, że niedaleko od domu wtedy był i nadal jest ogromny skład budowlany z dwoma potężnymi dźwigami.
Owa opiekunka notorycznie próbowała mnie i siostrę uśpić, aby nie musiała się nami zbytnio zajmować. A kiedy nie chcieliśmy iść spać to straszyła nas... właśnie tymi dźwigami ze składu budowlanego - że przyjdą i porwą nas swoimi hakami przez okna z domu.
Następstwo tego straszenia było takie, że z siostrą mieliśmy senne koszmary o porywających nas ogromnych, chodzących i gadających dźwigach, o chwytających nas przez okna hakach, o ucieczkach przez puste drogi lub też między domami sąsiadów przed tymi monstrami. Te koszmary tak ciągnęły się przez lata, przez naprawdę bardzo długie lata.
Dziś mam 23 lata, można powiedzieć, że już dorosły facet... i znów mam koszmary o potwornych dźwigach, które próbują mnie złapać.
Moja siostra urodziła się, kiedy miałam 5 lat. Bardzo cieszyłam się z rodzeństwa, które miało przyjść na świat (cieszyłam się dopóki nie przyszło), więc często przytulałam się do wielkiego brzucha mojej mamy. Czasem nawet rozmawiałam z moją malutką siostrzyczką! A jaka radość była kiedy poczułam jak się rusza w swojej ciemnej jamce szczęścia...
Mama miała wyznaczony termin na 2 stycznia, więc dziecko mogło być albo najmłodsze z tego rocznika, albo najstarsze z następnego. Oczywiście woleliśmy opcję drugą. Postanowiłam się spytać siostry, kiedy zamierza się pojawić na tym świecie.
- Jak urodzisz się w tym roku, kopnij raz. Jak w przyszłym, kopnij dwa razy.
Kopnęła raz. I urodziła się 29 grudnia :)
Kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze małym szkrabem, w odwiedziny do mojego domu przyszła ciocia. A że byłam ciekawskim dzieckiem, podsłuchałam jej rozmowę z mamą. Opowiadała o swoich wrażeniach ze skoku na bungee.
Postanowiłam, że ja również skoczę na bungee. Wspięłam się na najwyższą szafę w domu i zeskoczyłam... razem z szafą. Ten szalony wyskok od rzeczywistości nadal przypominają mi blizny po szwach.
Były walentynki tamtego roku i dla żartu zmieniłam status na Facebooku na "zaręczona z panem X". W końcu 7 lat razem, ile to można czekać. Po zmianie statusu zaczęły napływać gratulacje i pytania kiedy ślub. W sumie to nie spodziewałam się takiej reakcji. Powiedziałam o tym mojemu chłopakowi, a on zaczął się śmiać.
Następnego dnia przyjechali moi przyszli teściowie i zapytali:
- Kiedy to się odbyło?
- Ale co?
- No kiedy X ci się oświadczył?
- Wczoraj.
- A pokaż pierścionek.
- Czekamy na zamówienie, bo kupiłem za mały rozmiar - wtrącił mój chłopak.
Byłam bardzo zdziwiona. Wieczorem wybraliśmy się do centrum handlowego po małe zakupy. Mój X powiedział: "Chodź kupimy ten pierścionek, bo co my powiemy, jak znowu się zapytają". Więc udaliśmy się do jubilera i wybrałam sobie mój wymarzony pierścionek.
Nie tak wyobrażałam sobie ten dzień, ale cóż miałam w końcu pierścionek. Nie nie było romantycznej kolacji, kwiatów, klękania itp. Szkoda, ale cóż, nie można mieć w życiu wszystkiego.
Parę dni temu zapytałam moją miłość dlaczego ja musiałam przejąć inicjatywę. Odpowiedział mi, że wiele razy chciał spróbować, ale nie miał tyle odwagi i ciekawego pomysłu. Teraz się z tego śmiejemy i planujemy ślub. Ale to nie wszystko. Kilka dni przed świętami mój X uklęknął i zapytał, czy zostanę jego żoną (już bez pierścionka). No nareszcie się doczekałam tego najważniejszego pytania. Zero romantyzmu ale i tak go kocham.
Dodaj anonimowe wyznanie