Po całym tygodniu choroby, kiedy nie ruszałam żadnych kosmetyków, spojrzałam w niedzielny poranek w lustro i stwierdziłam, że dalej tak być nie może, ponieważ moja blada twarz jest jaśniejsza niż słońce, zwłaszcza o tej porze roku. Chwyciłam więc za kosmetyczkę i spędziłam całą godzinę w łazience. Rodzina zaczęła się niecierpliwić, ja w międzyczasie skoczyłam do pokoju po moje najlepsze spodnie, do tego dobrałam czarną koszulę i zeszłam tak na dół do mojej rodzinki. Taka patrzy na mnie i wywiązał się taki dialog:
- Wybierasz się gdzieś?
- Nie. Czy już nie można ładnie wyglądać w niedzielę?
- Przecież ty zawsze ładnie wyglądasz :)
Kochany tatuś!
Gdy byłam jeszcze nastolatką nosiłam luźne, męskie koszulki. Pewnego dnia chodząc po centrum handlowym poczułam, że zaraz umrę z gorąca. Miałam bluzę zakładaną przez głowę, więc postanowiłam ją zdjąć. Ściągnęłam ją. Razem z T-shirtem. Na środku sklepu.
Mam nadzieję, że kamery tego nie uchwyciły.
Mam brata młodszego o pięć lat. Kiedy się urodził, od razu zabrano go do szpitala i zrobiono serię 3 operacji, które powtarzano jeszcze 2 razy. Nie wiem czy to z powodu wielu narkoz (tak tłumaczyła mi mama), czy też po prostu urodził się z autyzmem i ma spore problemy manualne i z logicznym myśleniem. Rodzice "zawsze poświęcali mu więcej czasu i pieniędzy", a ja będąc dopiero kilkunastoletnią dziewczynką, zastanawiałam się, co zrobię, kiedy rodziców zabraknie i poprzysięgłam sobie, że oddam go gdzieś i nie będę utrzymywać z nim kontaktu. Byłam przy tym chamska i rozwydrzona.
Dzisiaj Młody ma prawie 18 lat i kolejną operację, która mimo, że jest bardzo ciężka, może mu jedynie trochę poprawić komfort życia. Nie potrafi zrobić kanapki, umyć się samodzielnie i nigdy nie wyjdzie sam z domu, ale nie znam drugiej osoby, która miałaby tyle pasji i zainteresowań. Czyta książki, uwielbia politykę, Kościół, sport i gry komputerowe. Natomiast ja dopiero kilka lat temu zmądrzałam i chciałabym zwrócić się do osób w podobnej sytuacji. Nie ma się czego wstydzić, bać. Fakt, że życie z taką osobą jest ciężkie, pracochłonne i kosztowne. Jednak to, że nie są one w stanie robić wielu rzeczy, nie czyni z nich ludzi gorszego sortu. Nikt nigdy nie będzie Wam tak wdzięczny za krótką rozmowę, zaśmianie się z jego dowcipu czy przyjęcie ręcznie zrobionego prezentu na lekcjach w szkole specjalnej. Wystarczy Wasze zainteresowanie, żeby ich życie nabrało kolorów.
Piszę to, żeby Was przestrzec - teraz może tak nie uważacie, ale kiedyś będziecie żałować, że nie staraliście się pogłębiać takich relacji. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o rodzinę. Której ja nie zamieniłabym na żadną inną.
Dziś rano szukałam telefonu w łóżku, świecąc latarką z telefonu...
Zawsze chciałam mieć zwierzątko futerkowe, czyli takie, które da się przytulić, pogłaskać i z nim spać. Jako że miałam 5 lat, a rodzice byli zapracowani, nie chcieli zwierza, którym się trzeba było opiekować jak mną. Ostatecznie po wylaniu z siebie 3 litrów łez moje modły do babci zostały wysłuchane! Dostałam rybkę welonkę. Był to mój najlepszy przyjaciel. Codziennie patrzyłam się w szklaną kulę i podglądałam moją rybkę Złotkę. Niestety, umarła po 4 dniach, gdyż za często ją głaskałam...
Dostałam się na wymarzone, elitarne studia. Cieszyłam się niesamowicie, tak jak cała rodzina, znajomi, znajomi znajomych i generalnie wszyscy, którym byłam w stanie się pochwalić.
No tak, dostałam się. I co z tego? Spędziłam semestr z ludźmi, którzy w książkach mogą spędzać dnie i noce, uczą się i rozumieją. Zdali już pierwsze zerówki (kiedy ja nie wiem, czy z co najmniej 2 przedmiotów zostanę dopuszczona do 2 terminu). Straciłam jakąkolwiek wiarę we własne możliwości, a co gorsza chęć do studiowania.
Nie jestem głupia. Głupi ludzie nie zdają matury tak jak ja i nie idą na takie studia. Po prostu się pomyliłam przy wyborze kariery.
Chcę zostawić to w cholerę, ale nie mam odwagi. Bo jak powiedzieć to rodzinie, znajomym, znajomym znajomych itd? Komuś, od kogo zawsze oczekiwano tego co najlepsze, nie może powiedzieć, że rzuca studia i chce zostać cukiernikiem, prawda?
Miejsce akcji: kochane metro w stolicy. Przechodzę sobie przez bramkę, a tu taka sytuacja: niepełnosprawna dziewczyna na wózku, bramka, którą mogłaby się przedostać zamknięta, a obsługi ni widu, ni słychu. Do naszej bohaterki podchodzą dwa Sebki. Myślę sobie "nie dość, że dziewczyna ma problem, to jeszcze tacy się dowalą". Już mam bronić ofiary, gdy jeden z Sebków pyta spokojnie:
- Możemy pomóc?
Dziewczyna zdezorientowana wyjąkała, że tak. No i wtedy jeden Sebek podniósł ją jak pannę młodą, a drugi chwycił wózek. Tak też przeszli przez bramki oraz schody i postawili bezpiecznie dziewczynę z wózkiem przed pociągiem.
P. S. Kupiłam Sebkom po czekoladzie, zasłużyli sobie ;)
Pracuję w sklepie z elektroniką, a właściwie na dziale z elektroniką w hipermarkecie, gdy ktoś mnie pyta, to odpowiadam w ten pierwszy sposób, chyba ze wstydu. Pewnego niedzielnego popołudnia miałem dość zaskakującą sytuację.
Otóż było pełno ludzi i ledwo udawało mi się pomóc kolejnym klientom, którzy ustawiali się w kolejce. Wszystko szło gładko aż do jednego momentu. Zobaczyłem jak zbliża się do mnie pewien łysy człowiek, wytatuowany od stóp do głów, chyba ze 100 kg wagi, wysoki, przy moich 185 cm aby spojrzeć mu w twarz - co z takimi ludźmi różnie się kończy - musiałem stojąc podnosić głowę, jednym słowem "koks". Przekalkulowałem szybko w głowie wyniki rozmowy na temat sprzętu i doszedłem do wniosku, że albo nasłucham się wielu epitetów, albo będę musiał tłumaczyć coś ze 30 razy, a jeśli coś pójdzie nie tak, to ja jako nie pan, a "koleś" z marketu dostanę blokersowe ostrzeżenie.
Uwierzcie, miałem masę takich klientów i różnie się to kończyło, tak więc postanowiłem, że odwrócę się, udam, że klienta nie widziałem, a nuż zaczepi któregoś z moich kolegów. Niestety tuż przy finalizacji mojego planu, zaczepiła mnie pewna staruszka, która szukała słuchawek dla syna, tym samym "Sebek", który zmierzał w moim kierunku, w tej chwili także stanął przy mnie, nie dając mi zrealizować mojego planu ucieczki. Jakież było moje zdziwienie, gdy po 25-minutowej rozmowie odniosłem wrażenie, że rozmawiałem z chyba najbardziej wychowanym, spokojnym, grzecznym, zdecydowanym i konkretnym klientem, jakiego obsługiwałem.
Ów pan (teraz już mogę tak o nim powiedzieć) kupił telewizor, grzecznie podziękował i życzył miłego dnia. Mój światopogląd nieco się zmienił. Naprawdę, od tej pory "nie czytam etykiet". Parę chwil po tym zdarzeniu podszedł do mnie jeden z kolegów i mówi, że pan Krzysiek to stały klient, zawsze bierze rozszerzoną gwarancję (profit dla nas). W dodatku pan Krzysiek jest właścicielem najlepszego prywatnego przedszkola w dzielnicy. Jedyne co w tym momencie mogłem pomyśleć, to chyba to, że... poślę swoje dzieci do tego przedszkola.
Sytuacja dość prozaiczna, a zapamiętam ją na zawsze. Nasza piękna wiosna, poranek, a ja w blasku słońca idę sobie na zajęcia, których w maju nie było wiele. W połowie drogi spotkałem swoją sąsiadkę z miejscowości, z której pochodzę, właściwie to mieszka drzwi obok mnie. No i wesoło mnie zagadała co słychać, a ja jej opowiedziałem, że wszystko dobrze się układa, że w moim życiu zaszły ogromne zmiany na lepsze. I tak się rozgadałem dobry kwadrans. A gdy skończyłem, ona uśmiechnęła się ciepło i powiedziała "Mama byłaby z ciebie dumna".
Bo moja mama zmarła bardzo dawno temu.
Taki zwykły tekst, a przez resztę drogi na uczelnię szedłem ze łzami w oczach i uśmiechem na ustach.
Bo mama jest ze mnie dumna.
Kochajcie swoich rodziców :)
W zeszłym roku poznałam swojego obecnego narzeczonego, najcudowniejszego faceta na świecie. Jest między nami 5 lat różnicy, pochodzimy z bliskich okolic i nawet chodziliśmy do tej samej szkoły, a mimo to się nie znaliśmy! Ostatnio nas naszło na wspominki o czasach szkolnych, zeszło na temat wigilii szkolnej, na której, jak się okazało, byliśmy obydwoje - ja jako uczennica mówiąca wierszyki, a mój narzeczony... jako Święty Mikołaj wręczający dzieciom prezenty, a między innymi i mi. Kto by pomyślał, że po tylu latach przyjdzie mi znowu siadać na kolanach tego samego Mikołaja? ;)
Dodaj anonimowe wyznanie