Jestem w ciąży. Są to dopiero początki. Ja oraz mój narzeczony bardzo z tego powodu się cieszymy. Tylko, że radość nasza nie trwała zbyt długo, ponieważ moja teściowa potrafi przyprawić nas o zawał, a mianowicie...
Mój narzeczony chciał odłożyć ciężko zrobione pieniądze (15tys) na samochód i wesele... Więc jego mama podsunęła mu pomysł, aby te pieniądze przelał na jej konto i żeby one były tam bezpieczne... Bo przecież synek i jego wybranka nie potrafią oszczędzać, jak to zwykle mówiła.
Po tym jak dowiedział się, że zostanie ojcem stwierdził, że zgłosi się do matki po pieniądze! Bo przecież trzeba dziecko utrzymać (mimo że ja pracuję) itp.
Problem w tym ze pieniądze wyparowały! 15 tys znikło w 2 miesiące, kiedy to on był w delegacji w innym mieście. Tak więc z jego pieniędzy nie będzie ani wesela, ani samochodu, a tym bardziej wyprawki dla dziecka!
Wszystko można by było zrozumieć, tylko nie to, że matka pozbyła się pieniędzy i to nie swoich, ale też niezrozumiałe jest to, że nie potrafiła powiedzieć na co je wydała...
I wiecie co? Nie potrafię zrozumieć jak można po takim czymś spojrzeć komuś w oczy i powiedzieć, że pieniędzy nie ma i nie będzie.
Chyba przestaje wierzyć w ludzi. I powiedzenie, że z rodziną wychodzi dobrze się tylko na zdjęciach okazało się prawdą...
Po liceum, kiedy życie zapędziło mnie za biurko przytyłem niemal 15 kg - jestem niski, to dużo w moim wypadku. Po latach zapragnąłem szczupłej sylwetki ... no dobra, żenię się za rok, to też jest powód ;) .
Postanowiłem wziąć się za siebie - dietetyk, ćwiczenia, pilnowanie diety.
Dziś mam -10 kg i oglądając zdjęcie grupowe z kolegami ze street workout'u mówię Narzeczonej:
- No, już jest fajnie. Ale skończę z tym kiedy będę miał kaloryfer jak koledzy.
Dostałem odpowiedź:
- Nie, już starczy.
Tu padł mój długi wywód na temat tego, że "zdrowe jest szczupłe", "tyle już osiągnąłem, trzeba to dokończyć", etc.
Moja Narzeczona nie przepada może za grubaskami, ale nie lubi też facetów wychudzonych czy z nadmiernie rozwiniętą muskulaturą. Skwitowała więc całość krótkim stwierdzeniem:
- Kochanie, powiedziałam nie, wystarczy. Jeśli nie rozumiesz, to razem z tobą zaczynam się odchudzać Ja. I skończę, kiedy z, jak twierdzisz, "twoich" cycków i "twojej" krągłej pupy nic nie zostanie. Zrozumiałeś?
Nie miałem argumentów :P.
Pozdrawiam, jedząc czekoladę (o mniejszej zawartości kakao niż 70% ;) ).
Miałam wtedy 19 lat. Rodzice kupili stare cinquecento, które miało nie do końca sprawne hamulce. Tata zadzwonił więc do zaprzyjaznionego mechanika, który za jakiś czas przyjechał zobaczyć auto. Akurat byłam w domu sama. Facet patrzy i patrzy we wnętrzności samochodu, po czym pyta:
- Ma twój tata wódę?
- Wódę?!
- No tak, wódę 40, trzeba popryskać...
Zdziwiło mnie to, ale przecież się nie znam, więc posłusznie pomaszerowałam do barku i wyjęłam Gorzką Żołądkową, upewniając się, że na pewno ma 40%.
Gdy zobaczyłam jego minę, szybko zrozumiałam, że nie o taką "wódę" chodziło, a o spray do zardzewiałych zamków... WD 40...
Kiedy miałam jakieś 16 lat rodzice postanowili mnie wysłać na obóz muzyczny. Ja chciałam jechać na wokalny, ale wszyscy mi mówili, że takie beztalencie niczego się już nie nauczy. Wysłali mnie na obóz gitarowy (mimo, że grałam od 8 roku życia i całkiem nieźle mi to szło).
Jak to bywa na takich obozach, co jakiś czas odbywały się bloki zajęciowe, na których uczyliśmy się grać, a potem przerwy na których mieliśmy ćwiczyć. W czasie przerwy postanowiłam wziąć swoją gitarę i wyjść na dwór. Tak też zrobiłam, po drodze zgarniając również mojego znajomego.
Graliśmy tak sobie, ale jedna piosenka mi nie wychodziła. Znajomy mi podpowiedział, że jak mu coś nie wychodzi to sobie podśpiewuje i tak jest mu łatwiej. Stwierdziłam, że no cóż, lubię śpiewać, ale podobno nie wychodzi mi to za dobrze, więc nie będę ryzykować ewentualnym uszkodzeniem jego słuchu. Ale on powiedział, że mam mieć gdzieś to co mówią inni, więc się przełamałam i zaczęłam sobie podśpiewywać.
Nie skończyłam całej piosenki, kiedy to wokół nas zebrał się tłum gapiów, obozowicze i kadra, a gdy przestałam śpiewać powiedzieli, że mam ładny głos i prosili abym zaśpiewała coś jeszcze.
Kiedy dotarło do mnie to co oni powiedzieli, zrobiłam się czerwona jak burak. Jeden z opiekunów wziął mnie za rękę i zaprowadził do obozowej sali nagrań. Kazał mi coś zaśpiewać (byłam tak zestresowana, że nic nie pamiętałam, a jedna piosenka, którą akurat przyszła mi na język, to "ogórek, ogórek, ogórek zielony ma garniturek....) Zaśpiewałam, a on zaczął się śmiać i powiedział żebym zaczekała. Po chwili wrócił z 3 osobami, które kojarzyłam (w skład kadry wchodzili również często jacyś wokaliści znani w Polsce i to właśnie ich on przyprowadził). Stali przede mną i znowu poprosili abym coś zaśpiewała. Wiedziałam, że jak coś teraz palnę głupiego to się ośmieszę, więc postanowiłam zaśpiewać "Whisky" - Dżemu.
Po chwili ich szeptania, zapytali mnie się czy nie chcę z nimi wystąpić na pokazie finałowym obozu, czy nie chcę z nimi zaśpiewać. Oczywiście się zgodziłam.
Dzisiaj są moimi znajomymi. A ludzie, którzy mi mówili że fałszuje i że nie mam śpiewać, bo im uszy pękną, dziś mi zazdroszczą.
Co prawda nie jestem sławna, ale tu nie o to chodzi. Robię to co kochałam i kocham nadal. I jeśli ktoś mi mówi, że czegoś nie umiem, ale ja mimo to chce to robić dalej, to to robię.
Pewnego razu na naszą klasę wypadł sprawdzian z historii. Jako dobra uczennica nauczyłam się do niego perfekcyjnie, w przeciwieństwie do mojego kolegi, z którym siedziałam... Trzeba przyznać że nie był on dość inteligentny.
Przyszedł dzień sprawdzianu, ja jak zawsze wyluzowana, bez stresu usiadłam do ławki i wyciągnęłam długopis. Mojemu koledze z ławki groziło zagrożenie z przedmiotu, więc jedynka z tego testu na 100% zostawiłaby go w tej klasie. Ok. Kartki mamy już przed sobą, długopisy w dłoniach i czas start! W trakcie testu zauważyłam, że kolega "zapuszcza żurawia" do mojego testu i spisuje. Pomyślałam sobie, że niech sobie spisuje, mi to nic nie zrobi, a on może dzięki mnie przejść do następnej klasy. Sprawdzian napisany.
Minął tydzień i pani już sprawdziła prace. Czas oddania, pani wyczytuje moje nazwisko, ja odbieram sprawdzian i widzę tam piękną 5. Siadam do ławki i nagle drugi raz słyszę moje nazwisko, podchodzę do pani i nauczycielka daje mi drugi sprawdzian. Moja mina - bezcenna, nie wiedziałam o co chodzi i moja nauczycielka też nie. Ja zdziwiona podchodzę do ławki siadam, wszyscy czytają testy, a mój kolega z ławki nadal nie dostał swojego...
Tak, okazało się że kolega tak zgapił, że zgapił ode mnie także imię i nazwisko :')
Każdy chyba w przedszkolu miał swoją wielką miłość... tak było i ze mną.
Kiedy byłam małym brzdącem, z moim "narzeczonym" nie rozstawałam się na krok. Zresztą wszyscy się z nas śmiali, opiekunki i rodzice. Zawsze słuchałam opowieści mojej mamy jakie z nas były "zakochańce". Potem wiadomo od razu straciliśmy kontakt i nie uwierzycie...
Przez przypadek spotkałam tego samego chłopaka na studiach! Teraz jesteśmy małżeństwem od 2 lat i czekamy na narodziny naszego skarba :)
Zawsze jak byłem mały, bawiłem się w wojnę z kolegami i koleżankami. Zawsze był płacz jak jedna drużyna przegrywała. Dziś minęło trochę czasu od tamtych lat... mam syna i żonę, z którą płakałem gdy przegrywaliśmy "wojnę".
Dziś po tylu latach znów widziałem łzy swojej żony... Były to 1 nasze wspólne święta po moim powrocie z misji zagranicznej. Tak, jestem zawodowym żołnierzem. Jestem z tego dumny.
Miałam kiedyś kota i to właśnie jego będzie dotyczyło moje wyznanie. Zwierze te znalazło się u mnie w dziwny sposób. Mieszkam w domu jednorodzinnym na wsi, więc tata codziennie musi rozpalać w piecu. Był to środek zimy. Tata zszedł do piwnicy, wkłada jedną łopatę węgla do pieca, potem drugą, już ma zrzucić opał do ognia, gdy nagle z fragmentów czarnego węgla wyłoniły się wielkie złote oczyska. Tak, tata prawie spalił naszego nowego kota. Miał on czarną sierść z białym podbródkiem i brzuchem. Mama nigdy nie tolerowała domowych pupili, ale nikt nie miał serca wyrzucić go na dwór w taki mróz, więc został w piwnicy. Dziwne było to, że zawsze gdy tata dokładał do pieca, on siadał mu na ramieniu i patrzył się w ogień.
Jego miejsce w naszym budynku początkowo rozszerzyło się o korytarz, a potem nawet o cały parter. Nikt nie mógł się oprzeć temu wyjątkowemu stworzeniu, jednak miał karę wchodzenia na piętro. Zawsze gdy postępował wbrew zasadom, dostawał rożnego rodzaju kary.
Pewnego dnia bardzo się rozchorowałam. Byłam niesamowicie słaba. Wstałam z łóżka, aby poprosić mamę, która była dwa pokoje dalej o jakieś leki. Podeszłam do niej i dosłowne zemdlałam na jej rękach. Mama szybko ocuciła mnie, położyła na kanapie i przykryła.
Mój kot, który miał absolutny zakaz wchodzenia na te piętro, stanął w progu. Czekała go ciężka decyzja: pobiec do mnie i narazić się na różnego rodzaju kary, czy swobodnie poruszać się po zakazanych pomieszczeniach. Wybrał pierwszą opcję, w mgnieniu oka pobiegł i położył się nam moim ramieniu, szorując językiem moją twarz, aż do zejścia gorączki. (Potem grzywkę ustawiałam pół godziny, żeby nie stała sztorcem). Po tej akcji kot swobodnie mógł chodzić po wszystkich pokojach, a przy okazji naprawdę leczył nasze, różne dolegliwości. Zawszę kładł się w miejscach gdzie coś kogoś bolało i najzwyczajniej w świece burczał, "wyciągając tym choroby".
I niech mi ktoś teraz powie, że koty nie mają nadprzyrodzonych mocy :)
Mieszkam razem z siostrą.
Któregoś dnia poszłam do kuchni zrobić sobie herbatę. Biorąc czajnik z kuchenki potrąciłam garnek, który spadł na ziemię razem z pokrywką i zrobił straszny rumor.
Piję herbatę, po jakichś 5 minutach wracam do pokoju, a moja siostra:
- Boże! To ty żyjesz?!
Ja zdziwiona odpowiadam, że jak widać, i pytam o co jej chodzi? A ona:
- No bo ten rumor... myślałam, że to wybuch gazu... miałam do ciebie iść, ale pomyślałam "Niee boję się, niech leży".
Kochana siostra ;)
Nie pamiętam mojego wujka, starszego brata mamy. Znam go tylko z jej opowieści, ponieważ zmarł tragicznie, gdy ona była nastolatką. Mój wujek był żołnierzem i tamtego strasznego czasu był w Stanach Zjednoczonych. Pewnego dnia, do rodzinnego domu przyszła ta najgorsza wiadomość, że wujka zastrzelono. Do Polski mieli wysłać trumnę z jego ciałem, przyszła również informacja z wojska, żeby pod żadnym pozorem nie otwierać trumny, ponieważ ciało jest zmasakrowane.
Idąc w orszaku, mój dziadek, który niósł trumnę miał ciągle dziwne wrażenie, że w środku przesypują się kamienie.
Kilka lat temu, do naszej miejscowości przyjechał misjonarz zza granicy, odprawić rekolekcje. Któregoś dnia miało się odbyć odnowienie przysięgi małżeńskiej przez chętne pary małżonków. Polegało to na tym, że wszystkie pary stały na środku Kościoła, odmawiały przysięgę, a następnie podchodziły kolejno do misjonarza po błogosławieństwo. Poszli również i moi rodzice. Mama wróciła do domu z miną, jakby zobaczyła co najmniej ducha. I to dosłownie, bo mama w oczach, ruchach oraz głosie misjonarza zobaczyła swojego brata. Oczywiście kapłan nazywał się zupełnie inaczej, ale zmienić nazwisko może każdy. Następnego dnia misjonarz wyjechał.
Może brzmi to jak wariactwo, ale jakoś jej wierzę, nigdy nie zapomnę jak wyglądała mama tamtego dnia. Chciałabym się dowiedzieć, czy to rzeczywiście on. Tak bardzo chciałabym go poznać.
Dodaj anonimowe wyznanie